Kraj

Prezydencki Paryż wart jest konfederackiej mszy

Nie warto umywać rąk w sytuacji, w której można realnie powstrzymać walec, który nam demokrację i prawa człowieka rozjeżdża na miazgę. Komentarz Michała Sutowskiego.

„Jeśli chodzi o wolność gospodarczą, mamy w większości takie same poglądy”, napisał na Twitterze Rafał Trzaskowski do wyborców Krzysztofa Bosaka tuż po ogłoszeniu sondażowych wyników pierwszej tury. Walczący o prezydenturę kandydat traci 13 punktów procentowych do Andrzeja Dudy, więc musi – chcąc nie chcąc – łowić ryby we wszystkich stawach naraz.

Ktoś chyba nie miał na studiach logiki…

Opublikowany przez Jana Smoleńskiego Niedziela, 28 czerwca 2020

Oddaje więc honory Szymonowi Hołowni i zapowiada otwartość na dialog zamiast gry na podział Polaków, lewicy przypomina o szacunku dla praw kobiet, no i gra na nucie wolnorynkowej, tutaj na użytek skrajnej prawicy. We wszystkich kierunkach jest równie niekonkretny, każdy z tych sygnałów ma jednak przekonać jakiś elektorat, że Andrzej Duda to w danym obszarze „większe zło”.

Kandydat Konfederacji Krzysztof Bosak ma za sobą 1 300 000 głosów (6,75%), a spora część jego zwolenników to elektorat korwinowski, organicznie wrogi państwu, podatkom, regulacjom i wszystkiemu, co się kojarzy z ingerencją w rynek. Ich poglądy to ekonomiczna aberracja, oparta zazwyczaj na fantazjach i niedoczytanych doktrynach z XVIII wieku, choć czasem też realnie złych doświadczeniach kontaktu z niesprawnym państwem polskim.

Tak czy inaczej, wierzą oni mocno, że PiS to partia socjalistyczna. Notabene, ta nieco infantylna wiara faktycznie łączy ich z częścią twardego jądra wyborców i stronników Trzaskowskiego i Platformy Obywatelskiej; niejeden wyborca Krzysztofa Bosaka zapewne zdziwiłby się, jak wiele jest wspólnych poglądów między nim a uczestnikami marszów w obronie konstytucji (obok mnóstwa innych, rzecz oczywista, które ich nieprzekraczalnie dzielą).

Oburza was tweet Trzaskowskiego do Bosaka? Oto dlaczego kandydat PO zatrzyma w Polsce faszyzm

Liczby są tu dość bezlitosne – same elektoraty fajnopolaka w wersji hard, czyli Szymona Hołowni, i kandydata Lewicy Biedronia, choćby i wsparte połową głosujących na lidera PSL, nie wystarczą do pokonania człowieka obozu władzy. Trzaskowski po prostu nie ma innego wyjścia, jak zwracać się do wszystkich – i musi przyjąć założenie, że nie każdy z głosujących na Bosaka popiera całą agendę Konfederacji. Gdyby zresztą było inaczej, to jako sygnatariusz warszawskiej Karty LGBT i cudowne, wielojęzyczne dziecko III Rzeczpospolitej po prostu nie miałby na ich głosy żadnych szans. Badania jeszcze sprzed wyborów pokazują jednak, że prawie połowa wyborców Konfederacji sprzed roku gotowa jest go poprzeć.

Sam Bosak nie popiera żadnego kandydata, co jest z jego perspektywy logiczne – ma podzielony elektorat (bardziej libertariański lub bardziej nacjonalistyczny), więc poparcie któregokolwiek z dwójki zniechęciłoby do niego przynajmniej część zwolenników. Dystansując się od obydwu, potwierdza wizerunek antysystemowca, co walczy z duopolem; w jego interesie jest jednak przegrana Dudy, skutkująca osłabieniem rządu, z dekompozycją Zjednoczonej Prawicy włącznie – to tam może się pożywić na osieroconych wyborcach i to tam może liczyć na nową zdolność koalicyjną.

I nie, to nie znaczy, że dobrze jest leczyć dżumę cholerą, a PiS rozmontowywać sojuszami z jeszcze bardziej prawicową ekstremą. Po prostu – w ciągu dwóch tygodni zdecyduje się, czy Jarosław Kaczyński będzie mógł złapać oddech, odbić Senat, skonsolidować na powrót własny obóz po ekscesach Gowina i „dokończyć” sądy i media – czy nie będzie w stanie. Ukłon Trzaskowskiego wobec skrajnej prawicy może pozwolić mu dostawić odważnik 12 lipca i przechylić szalę na korzyść opozycji.

A skutki uboczne? Długofalowe? A czy coś szczególnego Trzaskowski skrajnej prawicy obiecał? I komu konkretnie? Bądźmy szczerzy, to naprawdę nie ma nic wspólnego z zapraszaniem sami-wiecie-kogo do rządowej koalicji, żeby pogonił socjalistów i komunistów, jak to kiedyś sobie umyślili nieszczęśni niemieccy konserwatyści.

Owszem, Konfederacja może powiedzieć „sprawdzam” i zacząć się konkretów domagać. Tyle że w sprawie podatków Trzaskowski zadeklarował już dzień po pierwszej turze, że „nie ma zgody na podwyższenie podatków, nie ma zgody na nowe podatki”. A w swoim programie ma kwotę wolną podniesioną do 30 000 złotych rocznie – miłą dla ucha libertarian (bo fiskus mniej żarłoczny) i lewicy jednocześnie (bo to narzędzie podatkowej progresji, na korzyść ubogich).

Tymczasem czytając wypowiedzi części lewicy (części – bo Robert Biedroń wprost wezwał swych wyborców do głosowania na Rafała Trzaskowskiego), można odnieść wrażenie, że to sam Krzysztof Bosak wszedł do drugiej tury, względnie, że kandydat opozycji wyhaftuje za chwilę falangę na platformerskim sztandarze.

„Nie wyobrażam sobie głosowania na kandydata podzielającego skrajnie prawicowe poglądy Konfederacji. Poglądy gospodarcze Bosaka są tak samo nienawistne i przemocowe jak ich ultrakonserwatyzm” – pisze poseł partii Razem, Maciej Konieczny. A wtóruje mu sam Adrian Zandberg: „Nie będziemy iść na układy z faszystami, nie będziemy się wdzięczyć do Bosaka, bo demokracja i prawa człowieka to są wartości, których się nie sprzedaje”.

Czy to koniec lewicy w Polsce?

Co do meritum, właściwie nie ma sporu, tylko… kontekst się jakby nie zgadza. Trzaskowski wraz z całą PO przez ostatnie lata ewoluowali w kwestiach społeczno-gospodarczych ku centrum. Jasne, że too little i too late, ale twierdzenie, że wycofanie pieniędzy z OFE, rozbudowa (realna) dostępności do żłobków i przedszkoli, a także reforma wprowadzająca sześciolatki do szkół to po prostu czysty „konfederatyzm”, to jednak głębokie nieporozumienie.

Co do handlu demokracją i prawami człowieka, dobrze byłoby dziś przyjąć odwrotną perspektywę – że warto zapłacić czysto symboliczną cenę za realną szansę na ukrócenie najbardziej szkodliwych praktyk obecnej władzy. Wystarczy odpowiedzieć sobie na pytanie, czy osoby LGBT, regularnie zaszczuwane w mediach publicznych i atakowane przez sprzyjających władzy komentatorów, będą mniej zagrożone przy prezydencie liberalnym (nawet jeśli zachowawczym), czy może takim, który „walkę z ideologią LGBT” uczynił głównym przekazem swojej kampanii?

Czy regularnie szykanowani aktywiści i organizacje pozarządowe – z których wywodzi się przecież wielu działaczy partii Razem – a także niedyspozycyjni sędziowie będą bezpieczniejsi w warunkach kohabitacji, czy raczej jednolitości władzy państwowej? Czy sygnaliści i wszyscy represjonowani za opór lub zwykły brak pokory wobec tej władzy będą mieli nadzieję na ochronę z prezydentem tym, który jest, czy raczej tym, który być mógłby? Nie wszyscy przecież walczą z patologiami, o które akurat można oskarżyć decydentów z opozycji…


Jednocześnie, w imię symbolicznej czystości i wizerunku ideowców zwolennicy opcji „PiS-PO jedno zło”, obok demokracji i praw człowieka, mogą w tych wyborach przy okazji załatwić nam wszystkim… konfederacyjną politykę gospodarczą. Bo tak się składa, że PiS wciąż nieźle udaje społeczny solidaryzm, ale jak on wygląda w praktyce, to już sam Adrian Zandberg w swym świetnym „kontrexposé” wykazał najlepiej. Dodajmy, że partia ta spinała budżet socjalny, między innymi mrożąc wynagrodzenia sektora publicznego – nauczycielek, pielęgniarek, ratowników medycznych, pracownic usług socjalnych czy lekarzy rezydentów. Po prostu się to władzy nie kalkulowało.

W czasie pandemii PiS dorżnął jeszcze oświatę publiczną – poniżając publicznie nauczycieli, ignorując problem wykluczenia cyfrowego i społecznego wielu uczniów, przerzucając nieproporcjonalne ciężary na samorządy i odmawiając im wsparcia, wreszcie – zachęcając pośrednio rodziców, oczywiście tych zamożniejszych, do wyprowadzenia swych dzieci do sektora prywatnego. W tygodniach kolejnych, acz już po wyborach, planuje zwolnienia administracji publicznej i redukcję etatów.

Dwóch gniewnych ludzi przechodzi do drugiej tury

Ja się nawet zgadzam z Koniecznym, że poglądy gospodarcze Bosaka są „nienawistne i przemocowe”; ja się zgadzam z Zandbergiem, że demokracji i praw człowieka sprzedawać nie wolno. Uważam tylko, że w imię odruchu obrzydzenia nie warto umywać rąk w sytuacji, w której można realnie powstrzymać nienawistną i przemocową praktykę gospodarczą. I zatrzymać walec drogowy, który nam demokrację i prawa człowieka rozjeżdża na miazgę. Albo inaczej: Paryż wart jest mszy. W końcu dla świeckiej lewicy Paryż istnieje naprawdę, a msza to tylko rytuał, nieprawdaż?

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Bio

Michał Sutowski

| Publicysta Krytyki Politycznej
Politolog, absolwent Kolegium MISH UW, tłumacz, publicysta. Członek zespołu Krytyki Politycznej oraz Instytutu Studiów Zaawansowanych. Współautor wywiadów-rzek z Agatą Bielik-Robson, Ludwiką Wujec i Agnieszką Graff. Pisze o ekonomii politycznej, nadchodzącej apokalipsie UE i nie tylko. Robi rozmowy. Długie.