Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Obserwuj Obserwuj

Szczęśliwe wyspy Czerwonej Północy, czyli narodziny skandynawskiego snu lewicy

Skandynawskie państwo dobrobytu już przed drugą wojną światową fascynowało europejską lewicę. „Nawet przy ograniczonych możliwościach tych rządów, budzić one muszą zadowolenie i radość wśród klasy robotniczej wszystkich krajów”.

Six women wearing headscarves sit around a rough wooden table and share a meal in a simple, dim room; bowls, mugs, and a kettle visible on the table.
Walka

Był rok 1937. We Francji trwał kryzys gospodarczy, III Rzesza dynamicznie się zbroiła i przygotowywała do wojny, Związek Radziecki tonął w „wielkim terrorze”, w Hiszpanii toczyła się krwawa wojna domowa, a w wielu innych krajach europejskich, od Portugalii po Estonię, panowały dyktatury i reżimy autorytarne.

„Wzorem upragnionym stają się szczęśliwe, w spokoju i dobrobycie żyjące państwa skandynawskie” – napisał wówczas Feliks Gross, prawnik, działacz oświatowy i jedna z czołowych postaci krakowskiej PPS. Według niego w obliczu „dyktatur zachodu i wyroków moskiewskich” coraz bardziej odczuwano „wartość wolności obywatelskiej”, dlatego też wzrastało społeczne zainteresowanie funkcjonowaniem demokratycznych krajów europejskiej północy.

Gross miał oczywiście świadomość specyficznych warunków wyróżniających państwa skandynawskie względem innych rejonów kontynentu: „Prawda, że nie przechodziły zniszczenia wielkiej wojny, prawda, że dzięki korzystnym granicom nie mają ogromnych wydatków na zbrojenia, bez których niemożliwym dziś byłoby nam utrzymać niepodległość, prawda wreszcie, że od setek lat nie prowadzą wojen. To wszystko prawda. Ale wędrowiec, który ma wreszcie sposobność oglądania tych spokojnych, w dobrobycie i wolności politycznej żyjących ziem, zapomina na chwilę o wszystkich przesłankach ekonomicznych, politycznych i socjologicznych. Chciałby bowiem, by już jutro i jego kraj z takich korzystał dobrodziejstw”.

Czytaj także Waryński w fabryce Lilpopa, czyli jak socjalizm dotarł do robotników Przemysław Kmieciak

W latach trzydziestych XX wieku środowiska lewicowe z rosnącym podziwem i nieskrywaną zazdrością zaczęły spoglądać na Szwecję, Norwegię i Danię – na „Czerwoną Północ”, jak zbiorczo nazwał te państwa Jan Maurycy Borski. Ten popularny publicysta socjalistyczny pisał w 1935 roku, że „są to w porównaniu z tym, co się dzieje w Europie Środkowej, wyspy szczęśliwości, kraje o najwyższej kulturze materialnej i duchowej, o największym dobrobycie mas, kraje bez faszyzmu, bez wstrząsów, bez zamachów stanu i bez fałszywych geniuszów”.

Bez wątpienia kluczowym aspektem tej fascynacji była polityczna siła, jaką w krajach skandynawskich osiągnęła lewica. Jako pierwsi do władzy doszli socjaliści szwedzcy. W marcu 1920 roku stanowisko premiera objął tam Hjalmar Branting. W Danii pierwszy rząd socjalistyczny uformował się w kwietniu 1924 roku, a jego szefem został Thorvald Stauning. Następnie, w styczniu 1928 roku, choć ledwie na trzy tygodnie, kierowani przez Christophera Hornsruda socjaliści objęli władzę w Norwegii.

Przez kolejne lata skandynawska lewica przeżywała wzloty i porażki, ale począwszy od września 1936 roku, gdy stanowisko premiera Szwecji po raz drugi objął Per Albin Hansson, rządziła już jednocześnie we wszystkich trzech wyżej wymienionych krajach i stan ten przerwany został dopiero przez niemiecką agresję w roku 1940.

Sojusz robotnika z biedniejszym chłopem

Próbując zrozumieć ten fenomen dość łatwo było dostrzec, że skandynawskich socjalistów łączy szereg podobieństw. Ludwik Winterok tak opisywał je na łamach PPS-owskiego pisma „Światło”: „Dziś wszystkie trzy partie mają wspólną taktykę, którą scharakteryzował towarzysz Alsing Andersen, były sekretarz partii duńskiej, w następujący sposób: Ruch ten nie zna dogmatyzmu socjalistycznego, który zaniknął już przed wojną. Zwraca się w swej propagandzie nie tylko do robotników przemysłowych, ale również do drobnych przedsiębiorców, rzemieślników i chłopów”.

Jan Maurycy Borski zwracał uwagę, że choć socjaliści zdobyli władzę, to jednak ich rządy miały charakter mniejszościowy lub koalicyjny. Wskazywał, że nie mając większości w parlamencie, rządy te nie mogą się kusić o radykalne posunięcia i reformy”. Winterok dodawał, że „mają związane ręce”, przez co „nie zastosowały jeszcze metod oznaczających zerwanie z gospodarką kapitalistyczną”. W chwili obecnej „zmuszone są do sojuszów opartych na kompromisach”.

Czytaj także Między ideałami a wiernością Stalinowi. Brytyjscy i francuscy komuniści we wrześniu 1939 Przemysław Kmieciak

Borski dostrzegał jednak pewne korzyści z tej sytuacji. Pisał, że „to niedomaganie ma swoje zalety natury wychowawczej. Skazane na poparcie i współdziałanie grup niesocjalistycznych, rządy socjalistyczne dążą do pozyskania tych, co w przyszłości mogą i powinni stać się stałymi sojusznikami i przyjaciółmi. Dawniej, gdy w mieszczaństwie tliły się jeszcze iskierki demokracji, szło ono często razem z socjalistami. Obecnie mieszczaństwo nie stanowi już samodzielnej siły politycznej i przeważnie maszeruje z reakcją lub wręcz roztapia się w niej. Masy włościańskie natomiast, z wyjątkiem elementów zamożnych, idących zawsze z prawicą, mogą być materiałem podatnym dla haseł socjalistycznych, o ile zaspokoi się należycie ich interesy”.

Już w 1929 roku Borski przypisywał ówczesne zwycięstwo wyborcze duńskich socjalistów temu, że udało im się pozyskać poparcie nie tylko robotników, ale i drobnego chłopstwa. Polska lewica zaczęła dopatrywać się w Skandynawii realizacji własnych marzeń o „rządzie robotniczo-włościańskim”, który realizowałby politykę zgodną z potrzebami nieuprzywilejowanych mieszkańców miast i wsi. I gdy Kazimierz Czapiński, były poseł PPS, pisał, że istotą rządów w Szwecji, Norwegii i Danii jest sojusz robotnika z biedniejszym chłopem”, to domagał się jednocześnie, by i w Polsce obie te wielomilionowe grupy społeczne utworzyły wspólny front polityczny.

Pilnie śledzono więc reformy, które przyczyniały się do sukcesów Skandynawów. Feliks Gross wyjaśniał na przykład, że w Norwegii „rząd podwyższył ceny płodów rolnych, tak że rolnicy mogli więcej kupować, inwestować itd. Wzrost spożycia produktów przemysłowych umożliwił podniesienie płac robotniczych i w ten sposób robotnik nie odczuł podrożenia płodów rolnych, a przeciwnie, dzięki podwyżce płac, stał się lepszym konsumentem. Na tej też drodze zwiększono również obroty przedsiębiorstw”.

Skandynawski dobrobyt, walka z bezrobociem i edukacja robotników

Duże uznanie budziła skuteczność Skandynawów w walce z bezrobociem, szczególnie w warunkach dręczącego ówczesne społeczeństwa „wielkiego kryzysu”. Z podziwem patrzono na uruchomione przez tamtejsze rządy programy robót publicznych, budowy kolei, szos, mostów, tuneli i domów mieszkalnych. Adam Ciołkosz, były poseł PPS, przywoływał rozmowę, jaką odbył w 1936 roku z jednym z działaczy szwedzkiego związku robotników przemysłu chemicznego, który przekonywał go, że dzięki polityce socjalistów drastycznie zwiększyło się zatrudnienie, a co więcej, „jednocześnie ze spadkiem bezrobocia ma miejsce nieprzerwany wzrost płac bez wzrostu kosztów utrzymania”.

Ta konkretna, materialna poprawa poziomu życia przebijała się jako kluczowy czynnik tłumaczący popularność skandynawskiej lewicy. Czapiński cytował Pera Albina Hanssona, który zapewniał, że społeczeństwa „wymagają dziś od swych rządów, jakikolwiek jest ich kierunek, rzeczy realnych, a nie proklamacji teoretycznych”. Słowa swojego premiera potwierdzał pewien szwedzki robotnik-metalowiec, który tak mówił Zygmuntowi Żuławskiemu, liderowi polskiego ruchu związkowego: „Już dawno zrozumieliśmy, że słowami nie zbudujemy siły proletariatu i nie osiągniemy wyzwolenia. Nawet najpiękniejsze słowa bez czynu u nas znaczenia nie mają”.

Czytaj także „Ratować honor i godność człowieka” – jak lewica wzywała do bojkotu igrzysk Przemysław Kmieciak

Kolejnym elementem charakteryzującym politykę wszystkich trzech skandynawskich partii socjalistycznych była ogromna uwaga, jaką poświęcały one kwestii edukacji robotników. Uważano ją wręcz za podstawę działalności całego ruchu politycznego. Zygmunt Piotrowski, sekretarz generalny Towarzystwa Uniwersytetu Robotniczego, czyli instytucji oświatowo-kulturalnej powołanej przez PPS, z zachwytem pisał o działalności swoich szwedzkich towarzyszy, którzy w procesie kształcenia propagują metodę „wolności badań naukowych i niczym nieskrępowanych dyskusji”. Dostrzegano, że praca włożona w edukację przekłada się następnie na poziom kultury i polityczne wyrobienie społeczeństwa.

„Psychiczny odpór” wobec faszyzmu, komuniści jako żart i pokojowe relacje z klerem

Kazimierz Czapiński, który w 1924 roku gościł w Sztokholmie na kongresie szwedzkiej partii socjalistycznej, zwrócił uwagę na panującą tam, niezwykłą z polskiej perspektywy, atmosferę porządku i dyscypliny. Oscar Borge, znany botanik, który pracę naukową łączył z zarządzaniem partyjnym archiwum, tak objaśniał tę skandynawską specyfikę zdumionemu gościowi z Polski: „Ten spokój w obradach zależy od naszego spokojnego temperamentu narodowego. Nawet w niedawnej epoce burzliwych strajków powszechnych panował ten sam spokój”.

Borge przekonywał Czapińskiego, że ta kultura polityczna jest w Szwecji zakorzeniona tak mocno, że socjaliści pozostają w dobrych, osobistych stosunkach nawet z konkurującymi z nimi komunistami. Partie komunistyczne miały zresztą w Skandynawii niewielkie poparcie. Zygmunt Piotrowski stwierdził nawet, że traktuje się je tam raczej „ze strony humorystycznej”.

Skandynawia wydawała się też odporna na szybko rozprzestrzeniającą się po Europie fascynację ustrojem faszystowskim. Nils Oskar Persson, sekretarz szwedzkiego związku pracowników komunalnych, mówił w 1930 roku w wywiadzie dla polskiego pisma „Robotnik”, że koncepcje dyktatury i faszyzmu są tamtejszemu społeczeństwu obce i spotykają się „z psychicznym odporem ogółu obywateli”.

Obcy był też Skandynawom tak głośny w Polsce problem konfliktu politycznego pomiędzy lewicą a Kościołem. „Duchowieństwo do naszych walk zupełnie się nie wtrąca” – tłumaczył Czapińskiemu sekretarz partii szwedzkiej Gustav Möller. „Tego, co wy w Polsce nazywacie klerykalizmem, my w Szwecji nie mamy. W szeregach partyjnych mamy szereg pastorów, co więcej, wśród posłów socjalistycznych mamy księży, jak np. towarzysza Klefbecka”. Skoro za wyjątkiem garstki fanatyków Kościół nie atakował lewicy, to i na lewicy nie było chęci ani potrzeby konfrontacji. „W szeregach socjalistycznych nie ma wcale tendencji antyreligijnych” – pisał Ludwik Winterok. Dostrzegał ponadto, że socjaliści nie zamierzają pozbawiać Kościoła pełnionej przez niego roli w życiu świeckim, np. w zakresie dobroczynności czy prowadzenia akt stanu cywilnego.

Mniej bardzo bogatych, mniej bardzo biednych

Obraz skandynawskiej polityki przekładał się na panujące tam relacje społeczne. „Weźmy np. służbę domową” – pisał Kazimierz Czapiński. „U nas w Polsce taka służąca jest nieraz niewolnicą jaśnie wielmożnej pani, niewolnicą, która dzień i noc winna być gotowa do usług. A w krajach skandynawskich widzimy 8-godzinny dzień pracy dla służących. Kolacja proszona? Owszem, o godzinie 6, ściśle, bo o godzinie 7.30 służąca udaje się do swego pokoju i tam ona, służąca, przyjmuje swych przyjaciół, albo idzie na spacer i do kina”.

Społeczeństwa skandynawskie wydawały się o wiele bliższe lewicowemu ideałowi równości. „Mniej ludzi bardzo bogatych, mniej bardzo biednych” – pisał Czapiński w roku 1937, dostrzegając, że rozpiętości majątkowe są tam wyraźnie mniejsze niż w innych krajach.

Czytaj także Przez autonomię do pojednania: socjalistyczna wizja rozwiązania kwestii ukraińskiej w II RP Przemysław Kmieciak

Olbrzymie wrażenie robiły warunki życia zwykłych mieszkańców. „Zwiedzałem mieszkania robotnicze” – opowiadał Zygmunt Piotrowski po wizycie w Szwecji. „Przeważnie są to piękne domy, wille dla jednej rodziny. Mieszkanie złożone z 3 pokoi, kuchni, łazienki. Radio, elektryczność, wodociąg, czasem i gaz”. Były to wówczas luksusy, o których wielu obywateli II RP mogło tylko marzyć.

PPS-owski „Głos Kobiet” objaśniał w roku 1936, że socjalistyczny rząd Szwecji „uważa, że dwupokojowe mieszkanie jest koniecznością, jeżeli rodzina ma żyć w ludzkich warunkach”. Pismo dodawało z uznaniem, że „słusznie nasi towarzysze stawiają sprawę mieszkaniową jako czołową, bo dach nad głową to podstawa, na której gruntuje się życie człowieka i rodziny”.

Kolejnym aspektem wyróżniającym Skandynawię był wysoki poziom bezpieczeństwa. Było to bardzo uderzające, bo jednocześnie nie dostrzegało się na ulicach zwiększonej obecności służb mundurowych. Potęgowało to kontrast pomiędzy krajami „Czerwonej Północy” a bardziej represyjnymi państwami reszty Europy. W 1937 roku Feliks Gross napisał po powrocie z Oslo, że napotkał tam „dosłownie jednego tylko posterunkowego w porcie”, a policji nie było nawet przed norweskim zamkiem królewskim.

Problem monarchii? Nie istnieje. Silny jest za to antymilitaryzm

A jak już jesteśmy przy zamku królewskim, to zauważmy, że wszystkie trzy omawiane kraje były monarchiami, a mimo to w tekście nie padło dotąd ani jedno odniesienie do osoby króla i jego roli politycznej.

„Problem monarchii?” – retorycznie pytał Kazimierz Czapiński. „Właściwie nie istnieje, bo panowie monarchowie jakoś przystosowali się do demokracji”. Nils Oskar Persson wyjaśniał na łamach „Robotnika”, że król jest tylko „bardzo wygodnym dla wszystkich parawanem i efektowną dekoracją”, a „prawa jego i przywileje są mniejsze niż niejednego prezydenta”. By bardziej plastycznie zobrazować polskiemu czytelnikowi pozycję monarchy w skandynawskim społeczeństwie, Feliks Gross przywoływał zdarzenie ze swojej wycieczki do Oslo. Otóż wchodząc przypadkowo do lokalu sportowego stowarzyszenia żeglarskiego spotkał tam grupę młodych ludzi popijających herbatę. Okazało się, że jest pośród nich następca norweskiego tronu. I znów Gross nie widział wokół żadnego funkcjonariusza, który czuwałby nad bezpieczeństwem członka królewskiego rodu.

Czytaj także Sen o demokratycznej Rosji i wolnej Polsce. Trzecia droga Wiktora Czernowa Przemysław Kmieciak

Król znajdował się więc na uboczu skandynawskiej polityki, a sama Skandynawia na uboczu polityki międzynarodowej. Wiele osób bardzo sobie ten stan chwaliło. Hjalmar Branting tłumaczył Czapińskiemu, że Szwecja stała się szczęśliwym krajem właśnie w momencie, gdy „wycofała się z wszelkiej tzw. wielkiej polityki”.

Z wyjątkiem Danii, która od południa graniczyła z Niemcami, pozostałe dwa kraje skandynawskie były geograficznie niemal odseparowane od reszty kontynentu. Czapiński pisał, że z ich perspektywy „wielkie problemy europejskie, wojna, Hitler, wydają się być dość dalekie”. Kraje te nie prowadziły agresywnej polityki względem sąsiadów, a już z pewnością nie zamierzały realizować swoich interesów przy użyciu siły. Ludwik Winterok oceniał, że w Skandynawii „antymilitaryzm jest właściwy nie tylko socjalistom, ale ogółowi ludności”.

Polscy socjaliści zdawali sobie jednak sprawę, że w obliczu narastającej groźby ponownej wojny to poczucie komfortu i bezpieczeństwa może być złudne. Oczekiwali więc większej aktywności Skandynawów, widząc w nich podporę międzynarodowego obozu obrońców pokoju. Borski pisał w 1935 roku, że „byłoby rzeczą bardzo pożądaną, by trzy czerwone państwa Północy zacieśniły współpracę i stworzyły blok socjalistyczny, który by mógł niewątpliwe wywrzeć większy wpływ na politykę europejską w duchu pokoju i socjalizmu. Blok taki mógłby do pewnego stopnia paraliżować zakusy i zapędy faszyzmu”.

Integrację krajów skandynawskich przynieść miał jednak dopiero okres powojenny. Na razie budowały swój dobrobyt samodzielnie, a udział socjalistów w tej budowie był przez społeczeństwo oceniany bardzo pozytywnie. W połowie lat trzydziestych poparcie dla partii socjalistycznych w każdym z tych krajów znacznie przekraczało 40 proc.

Europejskie oazy spokoju, wolności, kultury i dobrobytu

Cudzoziemscy socjaliści wracali ze Skandynawii zachwyceni i zauroczeni. Zygmunt Żuławski tak pisał w roku 1931: „Byłem na wielu kongresach związków zawodowych przed wojną i po wojnie, we wszystkich niemal krajach Europy. Widziałem wielkie i silne organizacje w Niemczech, w Austrii, w Anglii i w Stanach Zjednoczonych Ameryki, ale znikąd nie wróciłem tak głęboko przejęty wielkością i potęgą, jaką zorganizowana klasa robotnicza może osiągnąć, a równocześnie tak zawstydzony naszą własną małością, jak obecnie ze Szwecji. Klasa robotnicza stałą się tam potęgą! Zdobyła wzorowe umowy zbiorowe, regulujące warunki dla wszystkich niemal robotników, wysokie płace i zupełne prawie opanowanie bezrobocia”.

Czytaj także „Piasek jeść i wodę pić, a nie dać się!”. Jak rodził się ruch robotniczy Przemysław Kmieciak

Jan Maurycy Borski, oceniając socjalistyczne gabinety rządowe państw skandynawskich, stwierdzał, że „nawet przy ograniczonych możliwościach tych rządów, budzić one muszą zadowolenie i radość wśród klasy robotniczej wszystkich krajów. Wskazujmy i wyjaśniajmy zwolennikom dyktatur, jak wysoce pożyteczną i twórczą rolę spełniają socjaliści, jak w atmosferze wolności i prawa skutecznie walczą z kryzysem gospodarczym, jak bez blagierstwa frazesów o mocarstwowości wznoszą prawdziwe mocarstwo pokoju i kultury”.

W maju 1939 roku, niecałe cztery miesiące przed wybuchem II wojny światowej, Borski pisał, że państwa skandynawskie „są w obecnym piekle europejskim oazami spokoju, wolności, kultury i dobrobytu. Są świadectwem wartości demokracji i potęgi twórczej socjalizmu. Tam, gdzie socjalizm może rozwijać się bez wstrząsów, wykazuje on ponad wszelką wątpliwość, że potrafi prowadzić nie tylko klasę robotniczą, ale cały naród i państwo ku lepszemu jutru, ku wyższym formom bytowania. Kraje skandynawskie jak magnes przyciągają ku sobie wszystkie ludy i narody, miłujące pokój i postęp”.

Komentarze

Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
0
Komentujące wszystkich krajów, łączcie się!x