Gdy pod koniec 1876 roku w Warszawie zaczęło się zbierać kółko entuzjastów idei socjalistycznej, wśród jego członków próżno było szukać robotników. Tworzyła je młodzież inteligencka, głównie studenci Uniwersytetu Warszawskiego zafascynowani wizją ustroju, który miał wyzwolić ludzkość od wszelkiego wyzysku, a wszystkie narody połączyć w jeden braterski związek.
Jak pisał Ludwik Krzywicki, jeden z przedstawicieli tego pokolenia buntowników, „pionierami były osoby pochodzące ze sfery uprzywilejowanych. Idea porwała jednych swoim poczuciem sprawiedliwości, innych pociągnęła od strony artystycznej, jeszcze u innych sprzęgła się z marzeniami o jakimś czynie bohaterskim. Wyjaśnienia ich obecności w rodzącym się ruchu należy poszukiwać w ich wrażliwej, emocjonalnej, marzycielskiej naturze”.
Wedle założeń idei socjalistycznej motorem przemian powinna stać się jednak klasa robotnicza. Co więcej, jak głosił Karol Marks jeszcze u zarania Międzynarodówki, wyzwolenie klasy robotniczej miało być jej własnym dziełem. Innymi słowy, nie mogli jej w tym wyręczyć najbardziej nawet szczerzy w przekonaniach przedstawiciele innych warstw społecznych. Tymczasem warszawskie kółko, choć rozrosło się szybko z kilku do kilkudziesięciu osób, z początku nie miało w zasadzie żadnych kontaktów z robotnikami.
Młodzi entuzjaści zdawali sobie sprawę z tej ułomności. Ich kluczowym zadaniem była więc próba pozyskania dla idei kilkudziesięciotysięcznej rzeszy robotników, stanowiących już wówczas pokaźną masę w dynamicznie rozwijającej się, liczącej około 300 tysięcy mieszkańców Warszawie.
W celu nawiązania kontaktów w tym środowisku część studentów zatrudniła się po prostu w warszawskich fabrykach i zakładach rzemieślniczych. Mimo iż sami pracowali teraz jako zwykli robotnicy, ich propagandowe zabiegi początkowo nie dawały oczekiwanych rezultatów. Jak oceniał to potem Bolesław Antoni Jędrzejowski, jeden ze współzałożycieli PPS, „młodzi propagandziści nie znali zupełnie życia praktycznego, socjalizmu nauczyli się z książek i dzielili się z robotnikami tym, co sami wiedzieli. Przedstawiali więc zalety społecznej własności środków wytwarzania, piętnowali wyzysk, nieuchronny przy prywatnej własności fabryk i ziemi, dowodzili możliwości ustroju socjalistycznego. Jednym słowem głosili najbardziej ogólne zasady socjalizmu bez zastosowania ich do naszego życia codziennego”.
Jednym z tych młodych socjalistów był 20-letni Ludwik Waryński. Pochodzący z rodziny szlacheckiej z okolic Kijowa, przyjechał do Warszawy po tym, jak za udział w studenckim proteście został wydalony z petersburskiego Instytutu Technologicznego. Od stycznia do sierpnia 1877 roku pracował jako praktykant ślusarski w fabryce maszyn i narzędzi rolniczych Lilpopa, Raua i Loewensteina przy ulicy Świętojerskiej.
Waryński na własnej skórze przekonał się, jak nieskuteczna jest propaganda oparta na teoretycznych dywagacjach, abstrakcyjnych dla robotnika skupionego na codziennej walce o byt. Dostrzegł też, że przekonanie innych do socjalistycznych idei będzie procesem żmudnym i długotrwałym. Jak pisał kilka lat później, „myślano, że nieufność ludu, wyrodzona pod wpływem wiekowej niewoli, zniknie natychmiast, skoro się przemówi do niego w imię jego praw, skoro się go wezwie jasno i wyraźnie do walki z jego wiekowymi ciemiężcami. Nieufność znikała tylko przy wytrwałym obcowaniu z robotnikiem, przy gruntownym wzajemnym zapoznaniu się. Przekonać się łatwo było, że robotnik prędzej rozumie czysto materialny interes niż ideę samą”.
Po kilkumiesięcznym pobycie w Puławach Waryński wrócił więc do Warszawy z udoskonaloną wizją działalności. Uznał, że skupić się trzeba na bieżących potrzebach i bolączkach osób pracujących. Kazimierz Dłuski, jeden z członków warszawskiego kółka, podobnie jak Waryński pochodzący z kresowej rodziny ziemiańskiej, wspominał, że język oparty na konkretnych i przyziemnych hasłach spotykał się z szeroką aprobatą robotników. Zauważał, że robotnik „rozumiał bardzo dobrze, co znaczy niedostatecznie opłacona praca i skąd pochodzą nadmierne zyski właścicieli fabryk i warsztatów”.
Niewątpliwie Waryńskiemu pomagały w pracy jego osobiste uzdolnienia, tak silnie podkreślane w poświęconych mu materiałach wspomnieniowych. Według Dłuskiego był to „umysł bystry i nadzwyczaj logiczny, umiejący zawsze uchwycić samą istotę rzeczy, nie gubiąc się w niepotrzebnych szczegółach. Dar słowa rzadki, pozwalający wyrażać swe myśli zwięźle, jasno, treściwie, w formie bardzo prostej i obrazowej zarazem”.
Niekiedy była to forma naprawdę obrazowa. Edward Geisler, u którego Waryński pomieszkiwał podczas pobytu w Warszawie, przywoływał jego wystąpienie podczas zgromadzenia robotniczego, gdzie poruszano sprawę jednego z fabrykantów, wyjątkowo brutalnie traktującego pracowników. Używając dosadnych gestów, Waryński zaczął przekonywać, że nadejdzie czas, gdy „weźmiemy pana fabrykanta i będziemy darli z niego skórę, pas po pasie”. Po zgromadzeniu ze śmiechem uspokajał Geislera, że w rzeczywistości nie ma zamiaru nikogo obdzierać ze skóry, ale przecież „trzeba używać silnych, namiętnych wyrazów i rzucać jaskrawe obrazy przyszłości, ażeby przełamać bezwładność robotnika i pociągnąć go do walki”.
Stanisław Mendelson, pochodzący z bogatej rodziny żydowskiej towarzysz ze studenckiego kółka, wspominał, że Waryński „miał naturę agitatorską” i potrafił „rozdmuchać najsłabszą iskierkę rewolucyjną w żywy płomień”. Dzięki codziennemu obcowaniu z robotnikami nauczył się operować używanymi przez nich zwrotami, posiadając przy tym naturalną swobodę dopasowywania swojego języka do percepcji słuchacza. Według Dłuskiego „do studentów Waryński przemawiał po studencku, do robotników po robotniczemu. I jedni, i drudzy dobrze go rozumieli”. Dłuski dodawał, że jeden z robotników słuchając Waryńskiego po raz pierwszy stwierdził z zachwytem, że „ten człowiek mówi tak pięknie, jak kaznodzieja jaki”.
Waryński zdobywał uznanie nie tylko płomiennymi mowami, ale też drygiem do pracy fizycznej. Po powrocie do Warszawy znów zatrudnił się jako ślusarz, tym razem w oddziale zakładów Lilpopa przy ulicy Stalowej na Pradze. Razem z nim pracował tam Kazimierz Dłuski. Jak wspominał, „o ile Waryński, będąc silnym i zręcznym, wzbudzał respekt waleniem młota w kowadło, o tyle mnie robota szkła nieskładnie, choć pracowałem w pocie czoła i zyskałem wśród kolegów robotników swą gorliwością sympatię, zaprawioną odcieniem pobłażliwej ironii z powodu mej niezręczności i braku sił fizycznych”.
Pracownicy zakładów Lilpopa uznali Waryńskiego i Dłuskiego za „swoich”, mimo iż wyraźnie widać było różnice światopoglądowe pomiędzy obrazoburczymi studentami a wyrosłymi w konserwatywnych warunkach robotnikami. Ślusarz Jan Tomaszewski odnotował na przykład, że „pewnego razu Dłuski w rozmowie zaprzeczał temu, że Bóg jest wszechpotężny, ale to wywarło tak złe wrażenie na rzemieślnikach, że niektórzy chcieli nawet opuścić zebranie i więcej nie przychodzić”. Józef Uziembło, kolejny kresowy szlachcic wśród socjalistów, wspominał, że warszawski robotnik był krytycznym i wymagającym rozmówcą. Zdarzało się więc, że „prostował nieraz niedokładności w mowie inteligenta”.
Wiosną 1878 roku z inicjatywy Waryńskiego rozpoczęto tworzenie tzw. kas oporu. Opierały się na składkach uiszczanych przez robotników, a dzięki zgromadzonym w nich zasobom zamierzano podejmować akcje strajkowe w celu wymuszenia na pracodawcach wyższych zarobków lub krótszego czasu pracy. Według Dłuskiego „taki realny cel trafił łatwo do umysłów robotniczych”. Mimo to zbieranie składek szło ciężko. Żyjących w nędznych warunkach robotników trzeba było długo przekonywać, by poświęcili część swych zarobków na cele kasy.
Tego typu organizacja miała oczywiście charakter nielegalny, więc jej budowę trzeba było prowadzić w warunkach konspiracyjnych. Uziembło pisał, że pochodząca z czasów powstańczych tradycja spisku, oporu i walki była bardzo żywa w środowisku robotniczym: „Warszawski robociarz chętnie wspominał opowieści o Kościuszce, Głowackim, Kilińskim, co »prali kozuniów«, o Konstantym, który chował się w spódnicach żony przed Belwederczykami i o cudach zręczności i przebiegłości rządu narodowego z ostatniego powstania”.
Z raportów carskich służb tropiących środowiska rewolucyjne możemy się dowiedzieć, jak wyglądał proces rekrutacji nowych członków organizacji. Socjaliści wyłuskiwali początkowo pojedynczych, szczególnie inteligentnych robotników, takich jak ślusarz Hipolit Rottengruber, i za ich pośrednictwem wprowadzali w szeregi organizacji kolejne osoby.
W marcu 1878 roku Rottengruber zaproponował na przykład swojemu koledze po fachu Feliksowi Tomaszewskiemu, że zapozna go ze studentami, którzy założyli „stowarzyszenie zmierzające do poprawy bytu robotników”. Obaj udali się do mieszkania Stanisława Mendelsona w warszawskim Śródmieściu. Mendelson objaśniał tam Tomaszewskiemu, że „na skutek niskiej płacy położenie robotników jest nieznośne i że muszą oni za pomocą strajków dążyć do podniesienia płacy”.
W tym wypadku agitacja okazała się skuteczna. Gdy wybierano dwóch pierwszych skarbników kas oporu, jednym z nich został właśnie Feliks Tomaszewski. Kierownictwo organizacji z założenia miało trafić zresztą w ręce robotników. Tak właśnie wyobrażał to sobie Waryński, który chciał, by kasy były nie tylko narzędziem w bieżącej walce, ale też szkołą dla nowych działaczy rewolucyjnych.
Przez długi czas przeszkodą w działaniach propagandowych był kompletny brak jakiejkolwiek prasy czy nawet broszur socjalistycznych w języku polskim. Wiosną 1878 roku udało się w końcu przemycić je z zagranicy. „Rozchwytywaliśmy broszury na wszystkie strony, cieszyliśmy się jak dzieci, widząc po raz pierwszy drukowane słowo socjalistyczne po polsku”, wspominał Kazimierz Dłuski. Były to zazwyczaj krótkie, sugestywne teksty, skierowane do szerokiego odbiorcy.
Wśród nich znalazła się na przykład przetłumaczona przez Mendelsona broszura autorstwa niemieckiego socjalisty Wilhelma Bracke o przewrotnym tytule Precz z socjalistami. Tekst miał sprytną konstrukcję, rozpoczynał się bowiem od przywołania pojawiających się w społeczeństwie oskarżeń przeciwko socjalistom, po czym stopniowo przechodził do obrony ich racji i próby przekonania czytelnika, że „dziś panuje garstka bogaczy dlatego, że lud robotniczy nie połączył się w jedną siłę, bo inaczej nic nie zdołałoby się oprzeć sile ludu”.
W czerwcu 1878 roku do kas oporu należało już 300 robotników. Paradoksalnie, szybki napływ członków postawił pod znakiem zapytania sam sens istnienia organizacji. Jak wspominał Mendelson, w jej szeregi trafiały „mało wyrobione jednostki, niezupełnie jeszcze wypróbowane”, stąd coraz trudniej było zachowywać rygor konspiracji. Formuła kas oporu zbliżała je do związków zawodowych na wzór zachodnioeuropejski, a takowe nie byłyby przecież w stanie funkcjonować w warunkach represyjnego carskiego reżimu.
Socjaliści podjęli więc próbę zreformowania organizacji, ale w sierpniu 1878 roku ich wysiłki zostały przerwane przez aresztowania. Carskie służby namierzyły 80 członków konspiracji, w tym 35 robotników. Waryńskiemu, Dłuskiemu i Mendelsonowi udało się uciec, zakonspirowany Uziembło pozostał w Warszawie. W ręce policji wpadli jednak najbardziej aktywni działacze robotniczy, pośród nich Hipolit Rottengruber oraz Feliks i Jan Tomaszewscy.
Słabość ruchu socjalistycznego w tym pionierskim okresie nie pozwalała mu na razie odnieść żadnych namacalnych sukcesów. Nie udało się poprawić poziomu bytu robotników, nie było też bezpośrednich przesłanek pozwalających udowodnić, że przybliżył się wyczekiwany moment powszechnej rewolucji. A przecież wiara w możliwość rychłego nadejścia przewrotu była naprawdę głęboka. Jak wspominał Kazimierz Dłuski, „któż z nas wówczas pozwoliłby sobie wątpić, że za trzy lub najdalej za cztery lata nastąpi gwałtowna rewolucja społeczna, która zmiecie z oblicza ziemi stary porządek rzeczy i na ruinach jego zaprowadzi nowy ustrój równości, wolności i braterstwa?”
W roku 1877 i 1878 marzenia młodych działaczy, inspirowane lekturami i doniesieniami o dynamicznym rozwoju ruchu socjalistycznego w innych krajach, mogły się jednak przynajmniej częściowo skonfrontować z rzeczywistością. Okazało się, że ruch, który – cytując Waryńskiego – liczył początkowo „kilka odosobnionych jednostek”, w ciągu ledwie kilkunastu miesięcy rozrósł się do organizacji liczącej kilkaset osób. A kluczem do tego było zrozumienie, że z ludźmi, których chce się zwerbować dla swojej sprawy, należy rozmawiać nie o zawiłych teoriach, a przede wszystkim o konkretnych problemach, z którymi borykają się w codziennym życiu. Nie wystarczy przekonanie o własnej racji, ani nawet szczere pragnienie budowy nowego, sprawiedliwego świata.





![Piotr Wójcik "Trumponomika [o ekonomii Donalda Trumpa]"](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2022/12/plomienie_trumponomika-okladka-171x267.jpg)

![Utracony kompas [o europejskiej lewicy]](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2026/03/plomienie_utracony_kompas-171x267.jpg)


Komentarze
Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.