Oleksij Radynski

Wszystkie tropy prowadzą na wschód

Nawet jeśli żaden z obcych wywiadów nie maczał w tym palców, afera podsłuchowa przybliża Polskę do wschodniego sposobu uprawiania polityki, który poznaliśmy na Ukrainie, Białorusi i w Rosji.

Wszystkie tropy prowadzą na wschód, twierdzi Jacek Żakowski, komentując aferę podsłuchową. Teoria o ruskim spisku przeciwko polskiemu państwu została zawłaszczona przez „nieprawicę” tak samo sprytnie jak przez prawicę po Smoleńsku. Jak zawsze prawdziwy problem z teoriami spiskowymi nie polega na tym, że są chorymi produktami paranoicznej wyobraźni. Polega raczej na tym, że spiski wszelkich gatunków istnieją naprawdę. Są po prostu jedną z wielu metod powszechnie używanych w polityce. A więc popularność teorii spiskowych jest prawdziwą pułapką dla „oświeconej” świadomości. Słusznie odrzucając teorie spiskowe jako przejaw nieoświeconej paranoi, przymykamy oko na rzeczywiste istnienie spisków jako narzędzi politycznych.

Pytanie o to, czy za aferą podsłuchową stoją rosyjskie służby specjalne, czy też nie, jest drugorzędne. Nawet jeśli żaden z obcych wywiadów nie maczał w tym palców, jest oczywiste, że afera podsłuchowa przybliża Polskę do wschodniego, „bizantyjskiego” sposobu uprawiania polityki, który poznaliśmy na Ukrainie, Białorusi i w Rosji. Jak pokazał Jakub Majmurek, zestawienia publikacji we „Wprost” z rewelacjami Edwarda Snowdena są nie na miejscu.

Tej aferze znacznie bliżej do niegdyś słynnej, a teraz niezasłużenie zapomnianej sprawy taśm majora Melniczenki, znanej także jako Kuczmagejt.

Przypomnę: w roku 2000 były oficer służby ochrony ukraińskiego prezydenta Kuczmy ujawnił nagranie, na którym Kuczma miał zlecić zabójstwo opozycyjnego dziennikarza Georgija Gongadze. Rozpętała się największa w najnowszej historii Ukrainy afera publiczna, bez przerwy podsycana nowymi nagraniami Melniczenki – okazało się, że ochroniarz prezydenta miał okazję nagrywać rozmowy swojego szefa praktycznie bez przerwy. Społeczeństwo obywatelskie odebrało tą sprawę jednoznacznie – jako stuprocentowy dowód na to, że autorytarny prezydent jest winny śmierci swego oponenta. Zapoczątkowano kampanię społeczną „Ukraina bez Kuczmy”, która stała się podłożem dla pomarańczowej rewolucji.

Powiązania majora Melniczenki z rosyjskimi służbami ujawniły się dopiero kilka lat później. Wreszcie, zwrócono uwagę na okoliczność, że tuż przed „sprawą Gongadze” Kuczma odwrócił się od Rosji i ogłosił geopolityczne zbliżenie z Europą, powołując prozachodniego premiera Wiktora Juszczenkę. Z ust Kuczmy rzeczywiście padły wówczas słowa, które można było tłumaczyć jako groźbę dla życia Georgija Gongadze (były prezydent lubił po pijaku pokrzyczeć sobie na podwładnych). Najprawdopodobniej, te słowa zostały w jedynie słuszny sposób wytłumaczone przez służbistów codziennie przesłuchających nagrania prezydenta. Gongadze został zabity, a Kreml wykorzystał jego śmierć dla upewnienia się, że Kuczma już nigdy nie zbliży się z Europą.

Nie mam podstaw twierdzić, że polska afera podsłuchowa ma te same źródła, co ukraińska Kuczmagejt. Ale nawet jeśli rosyjski wywiad ma z tą sprawą tyle wspólnego, co ze złamaniem smoleńskiej brzozy, Kreml ma prawo się cieszyć. Nie tylko dlatego, że obecny rząd może zostać zastąpiony przez bardziej radykalną prawicę, świetnie nadającą się do roli „pożytecznych idiotów Putina”. Przede wszystkim dlatego, że politykę w Polsce robi się mniej więcej tak, jak na Ukrainie robiło się ponad dziesięć lat temu, a w Rosji – w latach 90., przed konsolidacją władzy Putina. Szokujące, arbitralne, skandaliczne nagrania są wrzucane do sfery publicznej według dobrze przemyślanej politycznej kalkulacji, która bardziej przypomina klasyczną bizantyjską grę o władzę niż Snowdenowskie pragnienie, by obalić wszystkie strony konfliktu, bez żadnych preferencji.

Obecny polski kryzys przypomina też jeszcze jeden niedawny odcinek z ukraińskiej historii politycznej. Chodzi o serię niefortunnych wydarzeń, które spowodowały społeczny wybuch Majdanu i obecną katastrofę na wschodzie Ukrainy.

Nie porównuję skali tych sytuacji – na razie chodzi tylko o strukturę konfliktu i jego eskalację. Otóż ujawnienie nagrań przez tygodnik „Wprost” strukturalnie odpowiada niezadowoleniu z decyzji o niepodpisaniu umowy stowarzyszeniowej z UE przez Janukowycza, która spowodowała pierwsze (dość nieliczne) protesty w Kijowie. W obu przypadkach społeczeństwa poczuły się oszukane przez polityków, ale w zasadzie nie dowiedziały się nic nowego: ujawniona została skala cynizmu, o której wszyscy już świetnie wiedzieli. Po tych wzgłędnie małych kryzysach doszło do ostrych, naprawdę zaskakujących eksalacji konfliktu: ukraiński rząd wysyła jednostki specjalne, żeby rozpędzić pokojową demonstrację na Majdanie; polski – brutalnie atakuje redakcję „Wprost”. Jak skończyło się to dla ukraińskiego rządu, wszyscy dobrze wiemy. Jak skończy się dla rządu polskiego? To zależy też od tego, czy potrafi on uwzgłędnić smutne doświadczenie swoich byłych partnerów zza wschodniej granicy. 

Czytaj także:

Piotr Kuczński, Ktoś zrobił na nagraniach majątek?

Andrzej Halicki: Czekamy na pełną polityczną odpowiedź premiera

Maciej Gdula, Valar Morghulis

Jakub Majmurek, Wolność prasy w dzikim kraju

Janusz Palikot: Z jakiego powodu mam bronić Tuska?

Józef Pinior: Groteskowa akcja ABW to dowód bezwładu państwa

Kinga Dunin, Nadchodzi zima

Cezary Michalski, Alienacja

Jacek Żakowski: Poza histerią dziennikarską jest też histeria służb

Agata Bielik-Robson, Olimp w ogniu

Edwin Bendyk, Cała władza w ręce prasy

Józef Pinior: Nowy rząd albo orbanizacja

Maciej Gdula, Tuskowi lekko nie będzie

Cezary Michalski, Wunderwaffe Tuska albo jego koniec

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Oleksij Radynski
Oleksij Radynski
Publicysta i filmowiec (Kijów)
Filmowiec dokumentalista, współzałożyciel Centrum Badań nad Kulturą Wizualną w Kijowie. W latach 2011-2014 redaktor ukraińskiej edycji pisma Krytyka Polityczna.
Zamknij