Felieton

Znalazłem 200 tys. złotych partii Razem!

Fot. Paweł Wiszomirski/flickr.com, Unsplash. Edycja KP.

Media alarmują, że w Razem zarabia się po 16 tys. miesięcznie. I że się kradnie. Albo jedno i drugie. No cóż, nie jest to prawdą.

Kilka dni temu poznaliśmy oświadczenia majątkowe posłów i posłanek. Uwagę mediów przykuły oświadczenia Adriana Zandberga, Marceliny Zawiszy, Macieja Koniecznego i Pauliny Matysiak z Razem. Wszyscy oni wykazali, że w 2019 zarobili w partii po mniej więcej 200 tys. złotych. Dyskusję wywołała wysokość tych zarobków, ale też to, co się z nimi stało. Z oświadczeń wynika bowiem, że tak dużych sum posłanki i posłowie nie mają na swoich kontach.

O pensjach członków Razem i o tym, gdzie się podziało 200 tys. złotych pensji członków zarządu, napisały m.in. Onet i „Rzeczpospolita”. Wszystko w tonie sensacyjnym. Galopujący Major wylicza i wyjaśnia, że żadnej sensacji tu nie ma. A poszukiwaczom skandalu finansowego w lewicowej partii dedykujemy cytat z Jarosława Kaczyńskiego z marca 1992 roku: „Gdybyśmy przyjęli założenia czysto moralne, tobyśmy nigdy niczego nie mieli. Spotykalibyśmy się jak dawniej na Puławskiej w 50 osób, Centrum dawno by nie było, a Geremek by tu rządził”.

**
Po pierwsze, wynagrodzenie podane przez Razemitów w oświadczeniach majątkowych to wynagrodzenie brutto. Składa się na nie w 1/4 pensja roczna, a w 3/4 ekstra jednorazowa pensja kampanijna.

„Członkowie zarządu w roku wyborczym dostali jednorazowo wyższe wynagrodzenie. Co widać po oświadczeniach majątkowych, nie wzbogacili się na tym, ale zdecydowali się wpłacić pieniądze na kampanię do wyborów parlamentarnych” – powiedziała Onetowi rzeczniczka Razem Dorota Olko.

Radykałowie? Komuniści? Nie – Razem to zwyczajna europejska socjaldemokracja

Tak, Razemki zwyczajowo zarabiały za pracę w zarządzie całe 4100 brutto, chciwe lewaki. Owa ekstra jednorazowa pensja kampanijna to ta z kolei pensja, która miała być przeznaczona na kampanię Lewicy.

Po prostu zamiast plakacików z napisem „Zandberg – kandydat Razem” trzeba było wpłacić pieniądze do SLD, żeby SLD opłaciło druk plakaciku „Zandberg – kandydat Lewicy”. Dla wielu legalne wpłacanie pieniędzy na kampanię wyborczą partii, z której się startuje, to, jak widać, zbrodnia.

Co ważne, wynagrodzenie jest opodatkowane. Po opodatkowaniu (z takim wynagrodzeniem wpada się w drugi próg podatkowy) zostaje około (liczone kalkulatorem netowym) 144 tys. złotych netto.

Z tego wynagrodzenia netto odejmujemy 1/4, czyli ową pensję zwyczajną. A więc z ekstra jednorazowej pensji kampanijnej zostaje około 108 tys. Pan Marcin Terlik z Onetu chyba tego nie łapie, więc podpowiadam: 200 tys. całej pensji brutto minus podatek i minus 1/4 wynagrodzenia netto = jednorazowa pensja kampanijna netto.

Dalej, zgodnie z art. 134 § 3 kodeksu wyborczego: „Kandydat na posła, kandydat na senatora, kandydat na Prezydenta Rzeczypospolitej oraz kandydat na posła do Parlamentu Europejskiego będący obywatelem polskim może wpłacić na rzecz komitetu wyborczego sumę nieprzekraczającą 45-krotności minimalnego wynagrodzenia za pracę, ustalanego na podstawie odrębnych przepisów, obowiązującego w dniu poprzedzającym dzień ogłoszenia aktu o zarządzeniu wyborów”.

Minimalne wynagrodzenie wynosiło 2250, więc pomnożone przez 45 daje 101 250 złotych. Czyli mamy około 108 tys. i możliwość wydania 101 250 złotych.

Problem w tym, że Maciej Konieczny oświadczył Onetowi, że wpłacił na kampanię wyborczą ledwie 56 tys. złotych, bo takie są limity. Powstaje więc pytanie, co z pozostałą częścią? Tyle że nie jest to problem 200 tys., ale, jak rozumiem, pozostałych około 50 tys.?

Zandberg: Premier bardziej boi się ambasady USA niż tego, że ludzie umrą

Tu z odpowiedzią przychodzi „Rzeczpospolita”, która pisze:

„W celu rozwikłania zagadki dotarliśmy do wykazu wpłat na fundusz wyborczy SLD w 2019 roku. Po pierwsze, z rejestru wynika, że znaczne kwoty wpłacali też inni członkowie zarządu Razem, którzy nie są posłami: Konrad Mostek, Maciej Szlinder i Julia Zimmermann. Po drugie, nie przekraczali limitów. Np. Zawisza, Konieczny i Matysiak wpłacili po ponad 50 tys. zł, przy czym Zawisza i Konieczny rozbili to na kilka wpłat. Bardziej złożona jest sytuacja z Adrianem Zandbergiem, który wpłacił 71 tys. w czterech ratach, za każdym razem z żoną. Poza tym Barbara Audycka-Zandberg osobno wpłaciła 28 tys. zł. Nazwiska Szlinder, Zimmermann, Zawisza, Konieczny i Matysiak również pojawiają się w rejestrze z różnymi imionami”.

Czyli jesteśmy w domu. Otóż dostając wynagrodzenie, możesz zrobić z nim, co chcesz. Czyli spalić w piecu, przepić, oddać żonie albo matce. Tak np. robił z wynagrodzeniem Jarosław Kaczyński (i dobrze). Przy czym formalnie, jak dajesz najbliższym, to jest to darowizna, więc kwoty powyżej 9700 powinieneś zgłosić do skarbówki (tzw. grupa 0), chyba że chcesz płacić podatek.

A potem razem (albo osobno) ze swoimi bliskimi możecie dotrzymać dżentelmeńskiej umowy i wpłacić na fundusz wyborczy partii w ramach limitów po 50 tys. na jedną osobę. Tylko po to, żeby można było wydrukować te cholerne plakaty wyborcze z kasy, która od początku była i tak przeznaczona na druk plakatów.

Gwoli wyjaśnienia, autor w „Rzepie” chyba nie wie, że w oświadczeniu majątkowym złożonym na początku kadencji akurat rubryka IX, „Inne dochody z tytułu zatrudnienia…”, obejmuje okres za rok poprzedni, bo taka jest interpretacja Sejmu, a konkretnie Komisji Etyki Poselskiej. Więc, głupia sprawa, panie redaktorze Ferfecki, jednak połowa artykułu do kosza. Łącznie z tytułem.

Podsumowując:

Nie, nikt z Razem nie zarabia po 16 tys. miesięcznie. To była jednorazowa wpłata ekstra tylko w roku wyborczym.

Nie, pieniądze nie zostały skradzione przez Razem, ale wydane na fundusz wyborczy SLD, co potwierdziła „Rzepa”.

Tak, jest to całkowicie legalne, co potwierdziła PKW, przyjmując sprawozdanie partii.

Tak, z wynagrodzeniem możesz robić, co chcesz. Jeśli jesteś uczciwy, wpłacisz na kampanię wyborczą partii, z której startujesz i która wydrukuje ci te cholerne plakaty. Jeśli jesteś nieuczciwy, to ukradniesz.

Tak, pieniądze podatników w ramach subwencji to pieniądze mające służyć kampanii wyborczej i summa summarum jej posłużyły. Nikt za nie nie pływał na Kajmanach.

Tak, kandydowanie kilku partii z listy jednej partii jest normalne, tak właśnie wygląda to w PiS, gdzie cała Zjednoczona Prawica kandyduje z partii Kaczyńskiego.

Tak, przepisy są absurdalne.

Słowem, przykro mi, drodzy przeciwnicy partii Razem. Najpierw myśleliście, że oni tam zarabiają miesięcznie po 16 tysi. Potem, że coś zataili w oświadczeniach, potem wreszcie, że wpłacili za mało, a na końcu, że ukradli. Wszystko to jednak krew w piach, i to tylko dlatego, że redaktor z Onetu nie odróżnia brutto od netto. Cóż, zdarza się.

Portfel posła – głupi populizm kontra reprezentatywność

I wreszcie na koniec: nie, nie mam z tą akcją absolutnie żadnych problemów, kasa otrzymana od podatnika na kampanię ostatecznie poszła na kampanię. Nikt się nie wzbogacił, poza urzędem skarbowym, który przytulił podatek (i dobrze). Nie mam problemu właściwie poza jednym: otóż ten pomysł relatywnie niskich zarobków Razem przynosi więcej szkód niż pożytku, czego właśnie są teraz świadkami. Zarabiali Razemki po 4100 brutto, całą ekstra kasę i tak przekazali na kampanię, a teraz będą ich wyzywali od złodziei fani POPiS-u albo szurów, co to gruby hajs ciągną latami i jeszcze krzyczą, że im się należy.

__
Tekst ukazał się na blogu Galopującego Majora.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Bio

Galopujący Major

| Komentator Krytyki Politycznej
Bloger, komentator życia politycznego, współpracownik Krytyki Politycznej. Autor książki „Pancerna brzoza. Słownik prawicowej polszczyzny”, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Krytyki Politycznej.