W niedawnym artykule Ida Zając przyglądała się izraelskiej lewicy spod znaku syjonizmu liberalnego. Większość jej zwolenniczek i zwolenników zamierza w nadchodzących wyborach poprzeć ugrupowanie Ha-Demokratim (hebr. Demokraci), którego program kładzie nacisk na współistnienie z Arabami przy zachowaniu ideologicznych pryncypiów państwa.
Oprócz nich w Izraelu istnieje także lewica, której przedstawiciele głośno domagają się zerwania z syjonizmem i gruntownych zmian o charakterze systemowym. Kim są zwolennicy tzw. partii arabskich, jak potocznie nazywa się w Izraelu ugrupowania niesyjonistyczne i czy ich głos może przesądzić o wyniku zaplanowanych na 27 października wyborów parlamentarnych?
Zbyt radykalni dla Izraela, zbyt konformistyczni dla zagranicy
Wypada mi zaznaczyć, że stawianie liberalnych syjonistów w jednym szeregu z Bezalelem Smotrichem czy Itamarem Ben-Gvirem uważam za poważne nadużycie. To właśnie wśród liberalnych syjonistów najłatwiej znaleźć dziś w Izraelu osoby, które przynajmniej wierzą w jakąś alternatywę dla okupacji, a wiele z nich podejmuje realne wysiłki dążące do zakończenia wszelkich form dyskryminacji Palestyńczyków i kolonialnej polityki Izraela na terytoriach okupowanych.
Mówię choćby o Avim Daboushu, przewodniczącym organizacji Rabini na rzecz praw człowieka, która zajmuje się obecnością ochronną na Zachodnim Brzegu i nagłaśnianiem zjawiska przemocy osadniczej. Daboush należy do partii Demokratów i głośno sprzeciwia się przegłosowanej niedawno ustawie o karze śmierci dotyczącej jedynie przestępców narodowości palestyńskiej. Argumentuje, że wszelkie przejawy dyskryminacji nie-Żydów w Izraelu są fundamentalnie sprzeczne z jego rozumieniem syjonizmu.
Liberalni syjoniści potrafią też być boleśnie szczerzy w swojej ocenie polityki Izraela: rzeczniczka organizacji It’s Time Mika Almog otwarcie przyznaje, że konflikt z Palestyńczykami jest „podstawową przeszkodą na drodze do pokoju na Bliskim Wschodzie”, a działania państwa na okupowanym Zachodnim Brzegu konsekwentnie nazywa „projektem kolonialnym”. Tego rodzaju sformułowania brzmią dziś na tle izraelskiego dyskursu wręcz radykalnie, a gdyby padły z ust osoby kojarzonej z ruchem propalestyńskim, zapewne sprowokowałyby lawinę oskarżeń o antysemityzm.
Możemy też zżymać się na fakt, że to właśnie liberalni syjoniści w sposób nadreprezentatywny kreują obecny na Zachodzie dyskurs o izraelskiej okupacji i sprzeciwie wobec niej. Z uwagi na logikę systemu izraelskim Żydom wolno zwyczajnie więcej w kwestii krytyki państwa. Wielu Palestyńczyków zarówno w Izraelu, jak i na Zachodnim Brzegu po prostu milczy w obawie przed porwaniem do obozu tortur, a w Strefie Gazy – przed zabiciem przez izraelskie siły. Nadreprezentacja głosów żydowskich w środowiskach krytycznych względem polityki państwa sama w sobie mówi nam wiele o charakterze konfliktu w Palestynie. Nie zmienia to faktu, że bez wysiłków izraelskich aktywistów wiedzielibyśmy dziś znacznie mniej o sytuacji na okupowanych terytoriach, w izraelskich więzieniach czy wewnątrz samej armii.
Na poziomie polityki środowiska liberalno-syjonistyczne mogą pochwalić się znacznie skromniejszymi sukcesami. By nie powiedzieć dosadniej: liberalno-syjonistyczna lewica od dawna znajduje się w głębokim kryzysie, a jego objawy tylko się nasiliły po 7 października 2023 roku. Choć formalnie partia Demokraci popiera tzw. rozwiązanie dwupaństwowe, w obecnej kampanii wyborczej robi wszystko, aby jej potencjalni wyborcy się o tym nie dowiedzieli. Udało mi się dotrzeć do zaledwie jednej wypowiedzi polityka z ramienia demokratów, która w jakikolwiek sposób odnosiłaby się do problemu okupacji palestyńskich ziem. Mowa tu o deklaracji Yaira Golana, że Izrael „nie może zaanektować milionów Palestyńczyków”. Pośrednio wynika z niej, że lider Demokratów nie wyobraża sobie nawet zakończenia trwającej już okupacji, co najwyżej sprzeciwia się niektórym aspektom związanego z nią procesu kolonizacji.
Jednak w izraelskiej debacie publicznej, silnie zdominowanej przez prawicę, nawet postulowanie pewnego rozluźnienia „kontroli bezpieczeństwa” nad Zachodnim Brzegiem i Strefą Gazy szybko ściąga na krytyków łatkę ekstremistów. I choć wielu demokratów szczerze pragnie końca okupacji Palestyny, trudno oprzeć się wrażeniu, że partia pozbawiła swój program wyrazistości, ostrożnie tonując fundamentalne postulaty w lęku przed utratą centrowych wyborców.
Demokratom nie udało się też w żaden sposób zakwestionować niesprowokowanego i opartego na fałszywych oskarżeniach ataku na Iran, ani tym bardziej prowadzonej brutalnymi metodami okupacji południowego Libanu. W kampanii wyborczej jak ognia unikali kontestowania izraelskiej polityki wojennej, skupiając się na postulacie obowiązku służby wojskowej dla charedim, wzmocnieniu „instytucji demokratycznych” i rozliczeniu Benjamina Netanjahu za dopuszczenie do ataku 7 października 2023. Można by pokusić się o stwierdzenie, że choć izraelscy demokraci funkcjonują w zupełnie innych warunkach materialnych i politycznych, przejawiają zaskakująco wiele podobieństw z zamieszkującymi kraj nad Wisłą „obrońcami konstytucji”.
Lista grzechów obozu liberalno-syjonistycznego w Izraelu jest znacznie dłuższa. Z punktu widzenia zachodniej lewicy problem stanowi choćby fakt, że na listach partii znajduje się wiele osób służących w armii w trakcie wojny w Gazie. Władze ugrupowania zresztą silnie eksponowały ten wątek w kampanii. Widać to między innymi w kreowaniu mitu rezerwisty-bohatera Yaira Golana, który 7 października spontanicznie chwycił za broń, by ruszyć do walki z bojownikami Hamasu atakującymi uczestników festiwalu Nova. Demokraci konsekwentnie przedstawiają samych siebie jako walecznych i gotowych do poświęceń na rzecz państwa pionierów, w opozycji do „tchórzliwych”, wiecznie rozmodlonych i wiecznie uprzywilejowanych charedim, którzy mieliby w tej narracji pasożytować na zdrowej, świeckiej i służącej w wojsku większości.
– Demokraci konsekwentnie popierają przestępcze działania państwa i zbrodnie popełniane wobec narodu palestyńskiego – komentuje Itamar Greenberg, student prawa i działacz polityczny, członek kolektywu Mesarvot zrzeszającego osoby odmawiające obowiązkowej służby wojskowej. Greenberg zyskał rozpoznawalność w 2024 roku, gdy publicznie odrzucił wezwanie do komisji wojskowej, za co spędził w więzieniu łącznie 197 dni. – Stają murem za każdą kolejną wojną. Sam Yair Golan wzywał chociażby do zagłodzenia Strefy Gazy, dlatego nie mam żadnych wątpliwości w kwestii oceny tej partii.
Głos na wspólną listę głosem przeciwko okupacji
Nie wolno zapominać, że niechlubna spuścizna izraelskiej lewicy sięga głęboko w przeszłość. Uznawany za ikonę środowisk liberalnych i postępowych Icchak Rabin traktował powstawanie nowych osiedli na Zachodnim Brzegu jako normalną formę nacisku politycznego, a jego rząd rozwijał plany kolonizacji okupowanych ziem. Rabin został zamordowany 4 listopada 1995 roku w Tel-Awiwie przez Yigala Amira, skrajnie prawicowego studenta prawa w odwecie za porozumienia z Oslo.
Ten sam Rabin, współlaureat (z Jasirem Arafatem i Szimonem Peresem) Pokojowej Nagrody Nobla, którego symboliczną i niejako męczeńską śmierć co roku upamiętniają dziesiątki tysięcy Izraelczyków, był też autorem polityki „łamania kości”, czyli tłumienia II intifady brutalną przemocą zbiorową, co zaowocowało serią wysiedleń, pobić i burzenia domów Palestyńczyków podejrzewanych przez Izrael o wspieranie ruchu oporu.
Wiele osób dochodzi zatem do wniosku, że przemoc osadnicza, ludobójstwo w Gazie czy kolonizacja Zachodniego Brzegu nie są wypaczeniami syjonizmu, lecz jego inherentnymi konsekwencjami. Myśląca w tych kategoriach część izraelskiej lewicy namawia do głosowania na partie niesyjonistyczne, argumentując, że próba nadania syjonizmowi „ludzkiej twarzy” jest skazana na porażkę. Do tego grona należy choćby dyrygent Ilan Volkov czy Einat Temkin, znana w środowisku antysyjonistycznej lewicy komentatorka i publicystka.
W nadchodzących wyborach środowiska radykalnie antysystemowe reprezentować będzie lista wyborcza Al-Musztaraka/Ha-Meszutefet, zwana też z angielska Joint List (wspólną listą). Jej przedstawiciele otwarcie deklarują, że nie zamierzają utworzyć rządu z żadnymi siłami politycznymi, które akceptują kontynuację okupacji. W skład partii tworzących Joint List wchodzi Demokratyczny Front na Rzecz Pokoju i Równości Hadasz, Arabski Ruch na rzecz Odnowy Ta’al oraz świecka, antysyjonistyczna partia Krajowy Sojusz Demokratyczny Balad. Hadasz jest bezpośrednią następczynią Komunistycznej Partii Izraela i w zgodzie z tradycjami ruchu komunistycznego w Palestynie i Ziemi Izraela konsekwentnie podkreśla potrzebę arabsko-żydowskiej solidarności. Z kolei Ta’al i Balad reprezentują szeroko rozumiane interesy arabskich obywateli Izraela, którzy stanowią około 25 proc. populacji kraju.
W obecnej kadencji Hadasz reprezentują w Knesecie Palestyńczycy: Ayman Oudeh i Aida Touman-Suleiman, a także Żyd, Omer Cassif. Oudeh i Cassif zdobyli rozgłos w światowych mediach, wnosząc na salę obrad transparent z napisem „Recognize Palestine” podczas wizyty Donalda Trumpa w Knesecie 13 października 2025 roku. Z kolei z ramienia Ta’alw obecnym parlamencie zasiadają Ahmad at-Tibi, pełniący w latach 90-tych funkcję doradcy politycznego Yassira Arafata oraz Samir Bin Said, jeden z niewielu przedstawicieli mniejszości beduińskiej w izraelskiej polityce.
Oprócz Joint List w Knesecie pięć mandatów ma obecnie partia Ra’am, której program określany bywa jako konserwatywny i islamistyczny, mimo to partii zdarzało się współpracować z siłami politycznymi izraelskiego mainstreamu. W czerwcu 2021 roku Ra’am weszła w skład rządzącej koalicji premiera Naftalego Beneta jako pierwsza partia arabska w historii Izraela. Z uwagi na szereg różnic ideologicznych, w tym przede wszystkim stosunek do religii (partie wchodzące w skład Joint List określają same siebie jako świeckie) Ra’am startuje do tegorocznych wyborów w ramach samodzielnej listy, a wedle uśrednionych wyników sondaży podawanych przez telewizyjne kanały 11, 12 i 13 może liczyć w nowym Knesecie na zachowanie swoich pięciu miejsc.
Choć co czwarty obywatel Izraela należy do społeczności arabskiej, ugrupowania reprezentujące Palestyńczyków odgrywają w tamtejszym parlamencie znikomą rolę. W obecnym Knesecie formacje niesyjonistyczne dysponują zaledwie 10 na 120 mandatów. Jedną z przyczyn tego stanu rzeczy jest stosunkowo niska frekwencja po stronie palestyńskich obywateli Izraela – podczas ostatnich wyborów do urn poszło zaledwie 53,2 proc. uprawnionych, podczas gdy wśród społeczności żydowskiej wskaźnik ten sięgnął około 75 proc. Dla wielu izraelskich Żydów poparcie ugrupowań antysyjonistycznych stanowi zaś tabu graniczące wręcz ze zdradą stanu. Ze względu na panujący klimat polityczny oraz silnie syjonistyczny charakter tożsamości narodowej Izraela tylko nieliczni decydują się poprzeć listę otwarcie kwestionującą ideologiczne fundamenty państwa. Jednym z żydowskich Izraelczyków, którzy zamierzają wesprzeć Zjednoczoną Listę w nadchodzącym głosowaniu, jest Greenberg, który tak wyjaśnia swoją decyzję:
– W mojej ocenie jakakolwiek alternatywa po prostu nie istnieje. Nie staję przed realnym dylematem, ponieważ Joint List jest jedynym lewicowym ugrupowaniem startującym do nowego Knesetu. Wybór jest więc oczywisty, to jedyna siła, która konsekwentnie sprzeciwia się zbrodniom Państwa Izrael.
Rewolucji nie będzie
Ostateczny wynik zaplanowanych na 27 października 2026 roku wyborów parlamentarnych w Izraelu pozostaje wielką niewiadomą. Faworytami na urząd premiera pozostają Benjamin Netanjahu i Gadi Eisenkot. Uśrednione wyniki sondaży z ostatnich tygodni wskazują na remis ze wskazaniem na Eisenkota. Jego blok może liczyć na 53 miejsca w Knesecie, z kolei opozycja pod wodzą Netanjahu na około 50 miejsc. Pozostałe 17 miejsc rozdzielą między siebie Joint List, Ra’ami Ha-Milu’imnikim (hebr. Rezerwiści) – powstała w 2025 partia reprezentująca interesy żołnierzy rezerwy powołanych do służby podczas wojny w Gazie.
Jeśli obecne sondaże okażą się miarodajne, to właśnie partie kontestujące ogólny kierunek polityki państwa staną się języczkiem u wagi mogącym zadecydować o ukonstytuowaniu się nowej większości. Nie można wykluczyć, że Demokraci ostatecznie zdecydują się na sojusz z Eisenkotem, gdyż nadrzędnym celem dla obu pozostaje odsunięcie Netanjahu od władzy i ograniczenie przywilejów charedim. Łączy ich także negatywny stosunek do osadników, forsowanych przez Netanjahu reform sądownictwa i poluzowania dyscypliny w IDF.
Kością niezgody pozostaje stosunek do okupacji. Eisenkot twardo sprzeciwia się powstaniu niepodległego państwa palestyńskiego, a także aneksji Zachodniego Brzegu, widząc w niej zagrożenie dla „żydowskiego i demokratycznego charakteru państwa”. Umiarkowani demokraci, którzy co prawda niezbyt głośno artykułują swój sprzeciw wobec okupacji, mogą ostatecznie okazać się dla niego i pozostałych koalicjantów po prostu zbyt radykalni. W tej sytuacji nie można wykluczyć scenariusza, w którym demokraci udzielą poparcia rządowi Eisenkota, ale ostatecznie do niego nie wejdą, co mogłoby w konsekwencji doprowadzić do przyspieszonych wyborów.
Na pewno wykluczone jest utworzenie nowego rządu Netanjahu z poparciem partii Demokratów, którą urzędujący premier postrzega jako „skrajną, radykalną lewicę”. Z kolei do ugrupowań arabskich przejawia mniej więcej taki stosunek, jaki PiS okazywał względem partii opozycyjnych w latach swoich rządów. Netanjahu notorycznie przedstawia Joint List i Ra’am jako „zagrożenie dla syjonistycznego charakteru państwa” i straszy, że jeśli przegra wybory, Eisenkot utworzy z nimi koalicję, doprowadzając do permanentnego chaosu i upadku państwa. Choć Netanjahu prowadził tajne rozmowy koalicyjne z Ra’am w 2020 i 2021 roku, trudno sobie wyobrazić, że przedstawiciele tych partii podejmą po wyborach współpracę z premierem, który włożył tak dużo wysiłku w ich demonizowanie.
– Eisenkot proponuje Izraelowi powolną rekonwalescencję, podczas gdy Izrael potrzebuje pilnej operacji – komentuje Kacper Max Lubiewski, polsko-izraelski dziennikarz i publicysta. – Ja też tak uważam. Jednak, biorąc pod uwagę obecne położenie Izraela, powolna rekonwalescencja jest lepsza niż kolejny rząd Netanjahu.
Bez względu na to, czy i kiedy dojdzie do utworzenia nowego rządu, jedno wydaje się pewne: wtorkowe wybory do Knesetu nie przyniosą istotnej zmiany w kwestii stosunków pomiędzy Izraelem a Palestyńczykami. Poza Demokratami, Joint List i Ra’am wszystkie zarejestrowane ugrupowania deklarują pryncypialny sprzeciw wobec uznania państwowości Palestyny, a co za tym idzie, godzą się na kontynuację konfrontacyjnej polityki państwa wobec nieżydowskich sąsiadów. Choć Izrael okupuje dziś terytoria trzech sąsiednich państw oraz prowadzi operacje wojskowe przeciwko co najmniej siedmiu różnym przeciwnikom, kwestia zakończenia konfliktu i okupacji pozostaje w zasadzie całkowicie poza dyskusją.
– To nie są wybory między ludźmi wspierającymi apartheid a tymi, którzy z nim walczą – mówi Greenberg. – Wybieramy między jednymi zbrodniarzami wojennymi a drugimi. Głównym rywalem Netanjahu jest przecież były szef sztabu, Eisenkot. Czy jego zwycięstwo doprowadzi do zakończenia okupacji? Nie, ale lepsze to niż nic. Musimy wykorzystać całą siłę polityczną, jaką mamy.
Przełomu nie będzie, ale i tak do urn zamierza się udać około 75 proc. uprawnionych do głosowania Izraelczyków. Prognozowana jest także wielka mobilizacja wśród arabskich obywateli Izraela: odsetek głosujących może osiągnąć wśród nich rekordowe 67 proc. Zmęczenie rządami Netanjahu oraz impasem procesu pokojowego w Strefie Gazy sprawiają, że ogromna część izraelskiego społeczeństwa jest głodna choć symbolicznej zmiany na lepsze.
– Mam nadzieję, że po wyborach Izrael będzie miał nowy rząd – mówi Lubiewski. – Taki, który będzie bardziej pragmatyczny, a mniej mesjanistyczny i skupiony na osobistym interesie Netanjahu. Czy centryści przyniosą pokój? Nie, ale wierzę w metodę małych kroków, bo wizje wielkich, nagłych zmian po prostu zawiodły. Skoro istnieje plan Trumpa – choć daleki od ideału, to przynajmniej zaakceptowany przez obie strony i z powołaną już strukturą nadzorczą – to po prostu powinniśmy go konsekwentnie realizować. Mam nadzieję, że zakończenie wojny w Gazie jest jedną z tych rzeczy, które realnie może przynieść nam odsunięcie Netanjahu od władzy.










Komentarze
Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!