„Czy ukraińscy politycy nie boją się, że po takich uchwałach w Polsce może dojść do pogromów Ukraińców?” – zapytała mnie polska dziennikarka, gdy Lwowska Rada Obwodowa ogłosiła rok 2027 rokiem Romana Szuchewycza, UPA i Ołeha Olżycza. Nie było to pytanie retoryczne. Po nadaniu jednostce ukraińskiej armii imienia Bohaterów UPA i wiosennym sporze o Order Orła Białego atmosfera w Polsce i tak była skrajnie napięta.
Po raz kolejny tłumaczyłam to, co tłumaczę od lat. Ukraińska władza myśli dziś przede wszystkim o przetrwaniu kraju oraz o tym, jak wskazać ludziom, którzy codziennie oddają życie na froncie, wzór niezłomnej walki w sytuacji dosłownie nie do wytrzymania. Dla wielu Ukraińców, szczególnie na zachodzie Ukrainy, takim przykładem jest UPA.
To tylko połowa prawdy. Druga połowa jest taka, że w ostatnich dniach wydarzyło się coś, co w tej długiej i bolesnej historii może okazać się ważniejsze niż sama uchwała, która wywołała burzę.
Kolejna bezmyślna decyzja
20 października Lwowska Rada Obwodowa, czyli samorząd regionu (a nie miasta), ogłosiła rok 2027 rokiem UPA, jego dowódcy Romana Szuchewycza oraz poety i lidera Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN-M) Ołeha Olżycza. Za uchwałą głosowało ponad 50 z 84 radnych. Inicjatorem był radny Światosław Szeremeta, który już w 2017 roku otrzymał zakaz wjazdu do Polski w związku ze sporem o blokowaniem polskich prac poszukiwawczych i ekshumacyjnych.
To kolejna bezmyślna decyzja lokalnych polityków, którzy w środku wojny, dla wzmocnienia własnej pozycji, szkodzą relacjom z najważniejszym sąsiadem i sojusznikiem Ukrainy. Reakcja Warszawy była natychmiastowa.
Jako pierwszy z członków rządu, jeszcze w dniu głosowania, zabrał głos wicepremier i szef MON Władysław Kosiniak-Kamysz. – Decyzja Lwowskiej Rady Obwodowej jest nieakceptowalna. Taka decyzja nie buduje wzajemnego zaufania między narodami, lecz wzmacnia podziały. Konieczne jest odcięcie się władz Ukrainy od tego stanowiska – powiedział. Następnego dnia premier Tusk nazwał uchwałę „niemądrą” i „samobójczą taktyką”, a MSWiA zakazało Szeremecie wjazdu do strefy Schengen na pięć lat. Kraków i Przemyśl zaczęły mówić o zawieszeniu partnerstwa ze Lwowem, a Wrocław i Lublin skrytykowały uchwałę. Zaczęły też krążyć pogłoski, że Polska wstrzymała przekazanie Ukrainie dużego pakietu pomocy wojskowej. Polskie MON szybko im zaprzeczyło.
Obrońcy uchwały odpowiadają, że podobne uchwały zapadały już w latach 2006–2017, a Polska dopiero teraz się obudziła. To prawda, że wtedy przechodziły bez większego echa. Dla Ukraińców były naturalną częścią budowania własnej pamięci, choć podejmowano je bez oglądania się na polską wrażliwość. Ale ten argument nie bierze pod uwagę jednego: od tamtej pory zmieniły się reguły gry. Po kryzysie wokół orderu Warszawa prowadzi asertywną politykę i reaguje szybko i twardo na każde upamiętnienie postaci, która wiąże się z krzywdą Polaków. Nikt z radnych nie może więc powiedzieć, że nie spodziewał się polskiej reakcji.
Od lokalnego kultu do państwowego i z powrotem
Warto wiedzieć, skąd się to wszystko wzięło. Po 1991 roku pomniki Stepana Bandery i ulice jego imienia pojawiały się głównie w obwodach lwowskim, tarnopolskim i iwanofrankiwskim. Każdy kolejny prezydent, łącznie z Wiktorem Janukowyczem, w milczeniu tolerował ten lokalny kult, a ukraińska debata o Banderze toczyła się niemal wyłącznie w kontekście walki z Sowietami. Polskiej pamięci o UPA niemal nikt nie brał pod uwagę.
Na poziom państwowy wyniósł te symbole były prezydent Wiktor Juszczenko, i to nie w czasie pomarańczowej rewolucji 2004 roku, lecz później, gdy był już skrajnie niepopularny. W 2003 roku jako lider frakcji Nasza Ukraina poparł oświadczenie Rady Najwyższej upamiętniające ofiary Wołynia. A cztery lata później nadał Szuchewyczowi tytuł Bohatera Ukrainy. W styczniu 2010 roku, gdy w pierwszej turze wyborów dostał zaledwie 5,45 proc. głosów, ten sam tytuł otrzymał Bandera. Decyzję tę unieważnił sąd w Doniecku po wygranej prorosyjskiego Wiktora Janukowycza, którego obóz odrzucał banderowską politykę pamięci.
Majdan 2014 roku wzmocnił rolę Bandery jako odpowiedzi na rosyjską propagandę. Wielu protestujących zaczęło nazywać siebie „banderowcami”, nierzadko ironicznie. Po aneksji Krymu kult UPA po raz pierwszy wyszedł poza zachód kraju. W 2016 roku Kijów przemianował aleję Moskiewską na aleję Bandery, a w 2018 roku rada obwodu żytomierskiego ogłosiła rok 2019 rokiem Bandery. Za prezydentury nacjonalistycznego Petra Poroszenki ukraińskim IPN kierował zwolennik UPA Wołodymyr Wiatrowycz, a ustawa z 2015 roku uznała UPA za bojowników o niepodległość. Władze ignorowały krytykę płynącą z Warszawy i Tel Awiwu.
Wołodymyr Zełenski, który wygrał wybory w 2019 roku między innymi ze względu na swój dystans do ukraińskiego nacjonalizmu, z czasem też po niego sięgnął, próbując zaspokoić symboliczne potrzeby wojska. Po sporze o order wygląda jednak na to, że władza centralna z tych symboli rezygnuje, a one wracają tam, skąd przyszły: do samorządów.
Kijów zareagował inaczej
Najciekawsza jest jednak reakcja Kijowa. Tym razem nikt nie udawał, że nic się nie stało. MSZ Ukrainy publicznie nazwało uchwałę „kontrproduktywną” i przypomniało, że decyzje samorządów „nie powinny szkodzić interesom narodowym Ukrainy, przede wszystkim w sferze bezpieczeństwa i integracji europejskiej”.
Iryna Wereszczuk, zastępczyni szefa Biura Prezydenta (notabene pochodząca z zachodniej części kraju), napisała wprost, że władze obwodu „nie mogą lekceważyć interesów państwa w polityce zagranicznej”, i nazwała Polskę jednym z kluczowych sojuszników w wojnie z Rosją. Wedle relacji polskiego wiceministra spraw zagranicznych Marcina Bosackiego otoczenie prezydenta Zełenskiego zapewniło, że uchwała nie wejdzie w życie. Sama uchwała zniknęła ze strony rady jeszcze wieczorem w dniu głosowania, choć formalnie nikt jej nie uchylił.
Jeszcze wiosną to sam Kijów znalazł się w centrum podobnej burzy. Wtedy zareagował zupełnie inaczej: nie cofnął się ani o krok, a spór przerodził się w jeden z najpoważniejszych kryzysów w relacjach polsko-ukraińskich od początku pełnoskalowej wojny. Dziś władza centralna w ciągu doby, publicznie i jednoznacznie, zrobiła dokładnie to, czego Warszawa oczekiwała od niej wtedy. To jakościowa zmiana.
Można się spierać o polską strategię twardego reagowania, ale ten tydzień pokazuje, że jest skuteczna. A skoro działa, Warszawa tym bardziej będzie się jej trzymać.
Rosja nie musi niczego wymyślać
Uwagę na drugie dno tej historii zwrócił ukraiński poseł Mykoła Kniażycki. 21 października wieczorem w ukraińskich mediach pojawiła się oparta o anonimowe źródło informacja, że Polska wstrzymała przekazanie dużego pakietu pomocy wojskowej z powodu uchwały. Polskie MON od razu zaprzeczyło. Rosyjskiej propagandzie nie przeszkodziło to jednak podchwycić tematu. Według The Insider rosyjska telewizja przedstawiła wstrzymanie pakietu jako jego anulowanie, a o dementi nie wspomniała ani słowem.
Mechanizm jest prosty. Moskwa nie musi wymyślać konfliktu ani go wywoływać, bo wystarczy jej spór, który już istnieje. Dołoży do niego jedno niesprawdzone doniesienie, a resztę przemilczy. Ukraińcy mają usłyszeć, że Polska odwraca się od nich z powodu historii, a Polacy – że sojusz z Ukrainą się rozpada.
Gdzie jest ukraińska samokrytyka?
Gdy Kijów publicznie skrytykował uchwałę, ukraińska dyskusja przeniosła się na kwestię niezależności samorządu. „To co, teraz każda decyzja ma przechodzić polską ekspertyzę historyczną? Nawet rady wiejskie mają uzgadniać uchwały z Warszawą?”
Kijów nie wydał żadnego rozkazu, a MSZ samo podkreśliło, że radni nie podlegają władzy centralnej. Nikt nie żądał od radnych zgody Kijowa. Problem w tym, że oni sami nikogo nie zapytali o radę, a rada to nie rozkaz. A gdy uchwała jednego obwodu może zaostrzyć relacje ze strategicznym partnerem i odbić się na pomocy, od której zależy cały kraj, przestaje być sprawą wyłącznie lokalną. Cała Ukraina nie może być zakładniczką decyzji jednej rady obwodowej.
To zresztą kolejna skrajność: najpierw Ukraińców nie obchodziła reakcja Polaków, a teraz straszą wizją „uzgadniania wszystkiego z Warszawą”. Między tymi biegunami jest całkiem sporo miejsca. Może czas nauczyć się polityki środka?
Brakuje mi w ukraińskiej debacie samokrytyki. Gdy pytam, co MY moglibyśmy zrobić inaczej albo czy tę decyzję naprawdę trzeba było podejmować akurat teraz, najczęściej słyszę: „A czy my mówimy Polakom, kogo mają czcić?”. Pod moimi wpisami pojawiły się dziesiątki komentarzy. Jedni przypominają o krzywdach wyrządzonych Ukraińcom przez Armię Krajową i o akcji „Wisła” i pytają, dlaczego Polacy nie chcą zrozumieć, że to też boli. Inni ostrzegają: „ustąpimy teraz, będziemy ustępować zawsze”. Ale są też głosy trzeźwe: „Warszawa ma czym naciskać na Kijów, a my nie mamy czym odpowiedzieć. Wszyscy są bardzo patriotyczni, ale nie zawsze rozsądni”.
Nie mogę też udawać, że krytycznych głosów w Ukrainie nie ma. Są, tylko słono płacą za ich wypowiadanie. Znany ukraiński historyk Heorhij Kasjanow słusznie zaznaczył, że ci, którzy mówią głośno o trudnych stronach historii UPA, spotykają się z hejtem, groźbami i donosami, a niektórzy badacze po prostu odeszli z zawodu, bo się zmęczyli. Młodzi pytają: „A po co mi to?”. W Polsce znam wielu intelektualistów, którzy publicznie krytykują własny rząd za politykę wobec Ukraińców i z trudem uspokajają rozgniewanych współobywateli. Ukraina też potrzebuje takich ludzi, a jeszcze bardziej potrzebuje, żeby nie zostawali sami.
Ile kosztuje zadanie niewygodnego pytania, przekonali się w 2018 roku lwowscy historycy Marian Mudryj i Ołena Arkusza. W ich podręczniku dla licealistów portret Szuchewycza znalazł się w podrozdziale o ukraińskich formacjach w armii niemieckiej, zatytułowanym – zgodnie z ministerialnym programem – Przejawy kolaboracjonizmu. Kolaborantem nie został nazwany nikt. To wystarczyło: na uniwersytecie zawisły anonimowe ulotki z ich zdjęciami, poseł Swobody złożył interpelację do ministerstwa i SBU, a Lwowska Rada Obwodowa – ta sama, która dziś ogłasza rok Szuchewycza – bez dyskusji przyjęła apel przeciwko podręcznikowi. W obronie autorów stanęło ponad 250 studentów, nauczycieli i naukowców od Jarosława Hrycaka po Serhija Płochija. Ministerstwo i tak kazało tekst poprawić.
Samokrytyka w Ukrainie nie zniknęła, ale została zepchnięta do defensywy, bo ci, którzy ją uprawiają, zostają z nią sami. Państwo, które dziś słusznie mówi radnym, że nie mogą szkodzić interesom kraju, powinno też stanąć w obronie historyków, którzy zadają niewygodne pytania. Bez nich dialog z Polską zawsze będzie rozmową polityków, a nie społeczeństw.
Co ważne, a co najważniejsze
Niestety po każdej takiej uchwale przybywa Polaków, którzy nie chcą Ukrainy w Unii Europejskiej. W lipcowym badaniu CBOS przeciw było już 40 proc., o 23 punkty więcej niż jesienią 2023 roku i najwięcej w historii pomiarów. Za rok Polska wybiera nowy Sejm, a każda taka uchwała to gotowy argument dla tych, którzy chcą Ukrainie pomagać mniej albo wcale. Rozumiem gniew przyjaciół, którzy słyszą w tym nakaz oglądania się na Warszawę. Ale suwerenność to także umiejętność liczenia kosztów własnych decyzji.
Lokalna niefrasobliwość ma długą tradycję i jeszcze nie raz da o sobie znać. Prawdziwy test przyjdzie wtedy, gdy kolejna rada zada sobie pytanie, co jest ważne, a co najważniejsze, zanim podniosą ręce do głosowania, a nie wtedy, gdy uchwała już zniknie ze strony.
Wracając do pytania dziennikarki: cieszę się, że tym razem nie muszę tłumaczyć się z cudzych nieodpowiedzialnych decyzji. Państwo ukraińskie samo, i to w ciągu doby, powiedziało: „tak nie wolno”.
*
dr Oleksandra Iwaniuk – pisarka, badaczka społeczna, adiunktka na Wydziale „Artes Liberales” Uniwersytetu Warszawskiego, założycielka klubu Po Sąsiedzku w Ukraińskim Domu w Warszawie, promującego dialog międzykulturowy i pojednanie poprzez literaturę i debatę publiczną.










Komentarze
Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!