Patrząc na wydarzenia ostatnich tygodni, chciałoby się rzec: widmo krąży po Europie – widmo rosyjskiej agresji. O tym, czy odniesie ona skutek kinetyczny i polityczny, zadecyduje przede wszystkim nasza reakcja. Kreml od dawna urabia nas tak, by tą reakcją była uległość.
Tu coś spadnie, tam coś wybuchnie
Rosyjskie drony próbowały zniszczyć samolot transportowy na niemieckim lotnisku Lipsk Halle. Inny dron rozbił się w pobliżu bazy wojskowej Wunstorf w Dolnej Saksonii – według mediów znaleziono przy nim ładunki wybuchowe. W Bułgarii doszło do pożaru w zakładach zbrojeniowych koncernu EMCO, sprzedających amunicję dla Ukrainy. To drugi pożar w EMCO w ciągu miesiąca. Pożar wybuchł także w tallińskiej siedzibie firmy Milrem Robotics, zaopatrującej Ukrainę w lądowe drony. Rosyjska fregata wystrzeliła flary w kierunku duńskiego śmigłowca.
Przestrzeń powietrzna Rumunii i Mołdawii jest regularnie naruszana dronami – niektóre są zestrzeliwane, inne spadają na ziemię lub wymuszają czasowe wstrzymanie lotów na miejscowych lotniskach. Podobnie rzecz ma się na Litwie. Myśliwce NATO zestrzeliły uzbrojonego drona nad Litwą, a lotnisko w Wilnie zostało zamknięte – po raz kolejny – z powodu nadlatujących znad Białorusi balonów. Drona znaleziono także na fińskim archipelagu Porvoo.
Loty czasowo wstrzymano także w Lublinie i Rzeszowie. Dla obu województw kilkakrotnie podnoszono alarmy lotnicze. Oprócz tego, pod koniec sierpnia wybuchł pożar w zakładach WB Electronics w Skarżysku Kamiennej – firma produkuje drony i optoelektronikę. Następnego dnia spłonęła hala produkcyjna JFG Composites w Lublinie – producenta komponentów do przemysłu lotniczego.
Ogień zanotowano także w stacji bazowej systemu Starlink w mazowieckiej Woli Krobowskiej. Stacja zapewniała dostęp do internetu między innymi rosyjskiej armii. Wicepremier Krzysztof Gawkowski nazwał to aktem sabotażu.
Rosyjskie drony uderzyły w pociąg i stację benzynową tuż przy polsko-ukraińskim przejściu granicznym. Wkrótce kolejny spadł do lasu niedaleko przejścia w Dorohusku. Na plaży w Rusinowie (powiat sławieński) znaleziono rosyjskiego drona z głowicą bojową. Kilka dni później polską przestrzeń powietrzną naruszył rosyjski śmigłowiec. Z kolei według Zbigniewa Parafianowicza, celem rosyjskiej rakiety, która 30 lipca spadła na pole w województwie lubelskim, mogły być zakłady Mesko w nieodległym Kraśniku.
To tylko wybrane przypadki z ostatnich dwóch miesięcy. Prawdziwa liczba rosyjskich sabotaży jest trudna do oszacowania. Nie o wszystkich wydarzeniach wiemy, innych nie da się jednoznacznie powiązać z rosyjskimi służbami – na przykład serii ataków na niemiecką infrastrukturę energetyczną. Przynajmniej niektóre incydenty z udziałem dronów w Rumunii i Mołdawii, choć rosyjskiej proweniencji, najprawdopodobniej były przypadkowe. Rosyjskie władze oczywiście wszystkiemu zaprzeczają.
Choć z podobnymi działaniami mieliśmy do czynienia już wcześniej, a Rosja narusza przestrzeń powietrzną państw bałtyckich od 20 lat, wygląda na to, że obserwujemy ich natężenie. Analitycy z International Centre for Counter-Terrorism i Globsec naliczyli w swoim raporcie 156 „incydentów kinetycznych” od początku inwazji do lutego tego roku – a więc średnio ponad trzy miesięcznie. Co ważne: te liczby dotyczą tylko incydentów, których rosyjskie pochodzenie udało się jednoznacznie udowodnić i które przedstawiono opinii publicznej. Jak stwierdzają autorzy, prawdziwa liczba jest znacznie wyższa. Jako przykład podają Niemcy, gdzie tylko w 2025 roku naliczono 320 aktów sabotażu, którego sprawców nie udało się ustalić.
Autorzy wskazują, że państwem, w którym doszło do największej liczby incydentów, jest Polska. Następne w kolejce są Francja, Litwa, Niemcy, Wielka Brytania i Estonia. „Taki rozkład silnie wskazuje, że najważniejszym czynnikiem decydującym o wyborze celu jest wsparcia dla Ukrainy” – piszą. Jeszcze do tego wrócę.
Agresja, ale jaka?
Wszystko to sprawia bardzo przygnębiające wrażenie i podsyca lęk, że lada moment do Polski wtargną rosyjskie zagony, które zatrzymają się nie wcześniej niż na Wiśle. Spokojowi nie sprzyjają też groźby Putina. Takie jak ta, że w państwach bałtyckich łamane są prawa rosyjskojęzycznych mniejszości; ta, że „punkt bez odwrotu może nadejść szybko i nieoczekiwanie dla wszystkich”, albo ta o NATO wkraczającym na „historyczne rosyjskie ziemie”, połączone z groźbą uderzeń na firmy i terytoria państw dostarczających broń Ukrainie. Putin nieustannie zapewnia, że Rosja nie planuje agresji, ale „będzie się bronić w ramach prawa międzynarodowego”. Trudno nie mieć flashbacków z roku 2014 lub 2022.
Informacyjny chaos nie pomaga. Sieć jest pełna sprzecznych informacji. Rosja raz jest w nich przepotężna i zdolna równać z ziemią całą Europę, a raz wykończona i skazana na rychły upadek. Oczywiście nie brakuje zapewnień, że ostrzegający przed potencjalną agresją chcą nas tak naprawdę wciągnąć w „nie naszą” wojnę. Strach przed branką do wojska jest tak wielki, że ta narracja działa od lutego 2022 roku, choć ani razu się jeszcze nie sprawdziła i przypomina apokalipsę ogłaszaną co jakiś czas przez różne sekty. Nietrudno też natknąć się na chytre pytania retoryczne, takie jak „jak Rosja ma nas napaść, skoro rzekomo wykrwawiła się w Ukrainie?”, albo zapewnienia, że Putin nie rozpęta wojny z NATO, bo byłoby to z jego strony „nieracjonalne”.
Pierwszy problem w tym, że Putin wcale nie musi zachowywać się racjonalnie. Trudno uznać za racjonalną inwazję na Ukrainę z 2022 roku. W końcu opierała się na kompletnie błędnych założeniach dotyczących stanu ukraińskich sił zbrojnych, woli oporu oraz chęci państw zachodnich do wsparcia Kijowa i nałożenia na Rosję sankcji. Putin najwidoczniej nieracjonalnie uwierzył we własną propagandę, wyłożoną latem 2021 roku w pseudohistorycznym eseju O historycznej jedności Rosjan i Ukraińców. W efekcie wpakował Rosję w kryzys porównywalny chyba tylko z rozpadem ZSRR 35 lat temu.
Reżim może to przykrywać propagandą i represjami, być może przez długi czas. Ale jeszcze się nie urodził taki, któremu udało się oszukać matematykę – a to do niej ostatecznie sprowadza się i ekonomia, i logistyka, i demografia. Putinowi też się taka sztuka nie uda. Oczywiście, konsekwencje jego decyzji ponoszą zwykli Rosjanie i będą je ponosili jeszcze przez lata, także po jego śmierci.
Nieracjonalne wydaje się więc dalsze kontynuowanie tak wyniszczającego konfliktu, a co dopiero jego rozszerzanie. No właśnie: wydaje się.
Drugi problem, ten ważniejszy, polega bowiem na tym, że w tym rzekomym szaleństwie może kryć się pewna metoda, a agresja na państwa NATO może wydawać się Kremlowi posunięciem racjonalnym. Pod warunkiem, że będzie to agresja ograniczona i pomyślana pod realizację celów, które nie wszyscy sobie wyobrażamy. Wbrew zarzutom o „podżeganie do wojny” właśnie przed taką niepełnoskalową agresją ostrzegają europejscy liderzy od Niemiec i Francji, przez Finlandię, Rumunię i państwa bałtyckie, po Polskę.
„Agresja pod progiem pełnoskalowej wojny” – łatwo powiedzieć, trudniej sobie wyobrazić. Zadania tego podjęli się analitycy z Institute for Studies of War. 21 września opublikowali potencjalny scenariusz ograniczonej agresji rosyjskiej w rejonie estońskiej Narwy (podkreślając, że to tylko umowna lokalizacja). Zaczyna się on dość przewidywalnie: zielone ludziki znienacka zajmują kluczowe budynki w mieście i ogłaszają powołanie „republiki ludowej”, na wzór donbaskich parapaństw z 2014 roku. Kreml oczywiście zaprzecza, jakoby miał z tym cokolwiek wspólnego.
W odróżnieniu do scenariusza przedstawionego rok temu przez Carlo Masalę w książce Jeśli Rosja wygra analitycy z ISW nie traktują Estonii i innych państw NATO jak bezwiednych obserwatorów, którym agresja się przytrafia. Twierdzą za to, że zachodnie siły zbrojne nie są przygotowane na prowadzenie operacji lądowej z masowym wykorzystaniem taktycznych dronów. W związku z tym, argumentują, po zajęciu umownej Narwy elitarne rosyjskie jednostki dronowe, takie jak utworzony w zeszłym roku „Rubikon”, byłyby w stanie zza granicy stworzyć skuteczną zaporę dronową na obszarze kilkudziesięciu kilometrów na zachód od miasta, de facto odcinając je od odsieczy i przedłużając kryzys.
Co ważne, według ISW Rosja jest w stanie osiągnąć taki efekt z zasobami i zdolnościami, którymi obecnie dysponuje. I nie musi przeprowadzać mobilizacji wielkich sił, co zostałoby natychmiast zauważone przez zachodnie wywiady – wręcz będzie jej unikała jak ognia.
Zapora taka jest do przełamania, jednak wiązałoby się to albo z koniecznością uderzeń lotniczych w głębi Rosji, albo z wysokimi stratami sił lądowych, które mają nie być gotowe na nowoczesne, „przezroczyste” pole walki. Dodajmy do tego masową kampanię dezinformacyjną i sabotażową w zachodnich państwach, jasno dającą do zrozumienia, że najprostszą metodą wyjścia z kryzysu jest pójście na ustępstwa wobec Rosji. Moskwa będzie starannie unikała jakichkolwiek ruchów sugerujących dużą operację zbrojną, jednocześnie zapewniając, że zaatakowana będzie musiała się bronić.
Na luki w takich scenariuszach wskazuje Marcin Ogdowski, dziennikarz „Polski Zbrojnej” i autor bloga bezkamuflazu.pl. Wskazuje, że zachodni wojskowi znają zagrożenie i od dawna mają przygotowane tzw. plany ewentualnościowe, także na scenariusze hybrydowe w państwach bałtyckich. A to właśnie oni podejmują decyzje w pierwszych chwilach agresji – kalkulacje polityczne przychodzą później. Ogdowski podkreśla także przygniatającą przewagę powietrzną NATO. Jeśli ktoś tu kogoś izoluje, twierdzi, to nie Rosja Narwę, ale zachodnie samoloty jej rosyjskie zaplecze po drugiej stronie granicy. I uspokaja, że taka „Ludowa Republika Narwy” przetrwa w porywach kilkanaście godzin.
Pożądana reakcja już tu jest
Zdolności obrony zatem są. Przewaga powietrzna sojuszu – ogromna. Pytanie tylko, czy nie zabraknie politycznej woli, by ich użyć. Według ISW Putin może wierzyć, że połączenie powyższych czynników do tego właśnie doprowadzi. Wygra strach przed eskalacją, logika appeasementu i niechęć do „umierania za Narwę”. Gdyby tak się stało, idea NATO zostanie poważnie naruszona. Być może w ogóle straci sens.
Zapewne zerwana zostałaby pomoc dla Ukrainy, a być może personel i instalacje NATO zostałyby wycofane za „granicę z 1997 roku” – tak jak żądała Rosja tuż przed inwazją. Tym samym zastosowanie znajdzie rosyjska metoda osiągnięcia deeskalacji poprzez eskalację. Przy takich założeniach koncepcja ograniczonej agresji nie wydaje się już taka nieracjonalna. Skoro Putin zawistował wysoko w 2022 roku, może zrobić to ponownie.
Szczególnie, że europejskie partie prorosyjskie dają mu wiele powodów do optymizmu. Spójrzmy na Polskę. Ani opisane powyżej sabotaże i naruszenia naszej przestrzeni powietrznej, ani zeszłoroczny sabotaż na kolei (w istocie będący nieudanym zamachem terrorystycznym), ani wcześniejsze podpalenia obiektów cywilnych takich jak hala targowa przy Marywilskiej w Warszawie, ani miotane z Moskwy groźby nuklearnej anihilacji Warszawy – nic z tego nie skłania polskiej prawicy do korekty kursu. Wręcz przeciwnie – prawica biegnie ku przepaści, ciągnąc nas za rękę. Im bardziej Kreml nas straszy słowem i czynem, tym bardziej prawica osuwa się w retorykę o „nie naszej wojnie” i „ukraińskiej niewdzięczności”. I tym mocniej nawołuje do odcięcia Kijowa od jakiejkolwiek pomocy militarnej – co przyniesie przecież tylko jeden skutek: wymęczone zwycięstwo Putina. Dlatego właśnie działania hybrydowe i dezinformacyjne koncentrują się na krajach aktywnie pomagających Kijowowi – takich jak Polska.
Wydaje się, że nie ma tu nic skomplikowanego i trudnego do zrozumienia. Związki przyczynowo-skutkowe wydają się jasne, a eksperci piszą o tym od lat. Mimo to europejska prawica (w państwach zachodnich także prorosyjska lewica, w Polsce szczęśliwie marginalna) reaguje dokładnie tak, jak Kreml chce, żebyśmy wszyscy reagowali. Jak gdyby chciała dać Rosji wygrać, trzymając w ręku instrukcję „jak nie dać wygrać Rosji”. Jak tak dalej pójdzie, Putin osiągnie swoje cele za pomocą samych tylko sabotaży i obejdzie się bez żadnej Republiki Ludowej Narwy, zielonych ludzików i dronowej zapory Rubikonu.
Skumulowane efekty takiego stanu rzeczy widać dopiero retrospektywnie. Wiosną 2022 roku jedyną antyukraińską partią w Polsce była Konfederacja – wtedy jeszcze z Korwinem i Braunem na pokładzie, balansująca na granicy progu wyborczego. Dziś tę samą retorykę uprawia Konfederacja, Konfederacja Korony Polskiej i PiS (Przemysław Czarnek nawołuje do wstrzymania całego zachodniego wsparcia dla Ukrainy), które łącznie mają w sondażach ponad 40 proc. poparcia. Zdaje się także panować ponadpartyjny konsensus, że mieszkającym w Polsce Ukraińcom trzeba jakoś uprzykrzyć życie – co widać było choćby w trakcie zeszłorocznej ustawy o 800+, czy przy okazji pokazowych deportacji za zbrodnie takie jak złowienie suma w stawie. Na antyukraińskie wycieczki pozwala sobie też minister obrony Władysław Kosiniak-Kamysz. Trudno nie traktować tego jako sukcesu rosyjskiej machiny dezinformacyjnej.
Polskie platformy antyspołecznościowe, od dawna całkowicie zdominowane przez prawicę, już teraz są zalane narracjami o „wpychaniu nas w wojnę”, ściekiem antyukraińskich pomyj i wszelakimi teoriami spiskowymi. Nietrudno wyobrazić sobie, jak będą wyglądały, gdy ta wojna rzeczywiście nadejdzie, choćby „tylko” do Estonii. Szczególnie, jeśli na każde asertywne działanie Rosja, oczywiście tylko się broniąca, odpowie kolejnym sabotażem, który będzie można przedstawić na platformach jako prowokację Ukrainy, Brukseli lub innych „ich”.
W takich realiach sondażowych i dezinformacyjnych Donald Tusk może mieć niemały problem z wyjaśnieniem opinii publicznej naszych zobowiązań wobec sojuszników. To samo można powiedzieć o Niemczech, gdzie CDU i SPD notują fatalne sondaże, za to po historyczne wyniki, potwierdzane zwycięstwami w kolejnych wyborach lokalnych, sięga najbardziej prorosyjskie (a w Niemczech poprzeczkę zawieszono wysoko) AfD. Albo o Francji, gdzie Marine Le Pen zdaje się iść po prezydenturę, obiecując między innymi natychmiastowe wstrzymanie pomocy dla Ukrainy. Prorosyjska (albo przynajmniej pełniąca rolę użytecznych idiotów Kremla) prawica nie musi nawet rządzić, by skutecznie wpływać na debatę i podejmowane przez władze decyzje.
Nie zapominajmy też o słoniu w pokoju – taka właśnie prawica rządzi obecnie Stanami Zjednoczonymi. USA dopiero co potwierdziły wycofanie z Europy dwóch brygad. Najlepsze, co można powiedzieć o retoryce dotyczącej potencjalnej obrony europejskich sojuszników, to że stała się niepewna. Szczególnie w realiach braków w środkach obrony przeciwlotniczej, z których Ameryka wyprztykała się w idiotycznej wojnie z Iranem. Dodatkowo Trump zdaje się właśnie iść z Putinem na kolejny deal, podobny do tego, który od jakiegoś czasu uskutecznia z Białorusią – dyktator uwolni politycznych więźniów w zamian za złagodzenie sankcji i przywrócenie Rosji do obiegu światowej gospodarki. Być może w tym celu Trump zaprosił go na grudniowy szczyt G20 na Florydzie. A może jednak chodzi o podzielenie Europy na strefy wpływu.
Wszystko to może skłonić Putina do refleksji, że właśnie teraz otwiera się okienko możliwości wymuszenia na Zachodzie ustępstw i osiągnięcia zwycięstwa bez wypowiadania prawdziwej wojny. I choć w 2022 roku car fatalnie niedoszacował polityczną wolę zachodnich państw i społeczeństw, nie musi popełnić tego błędu ponownie. W 2022 roku nie było Trumpa i sukcesów AfD, zmęczenia wojną, ukraińskich uchodźców i kryzysu paliwowego. Dziś, cztery i pół roku nieustannej kampanii dezinformacyjnej później, jesteśmy już po prostu w innym, mroczniejszym miejscu.
To, czego Rosja nie jest w stanie dokonać dywizjami pancernymi, może osiągnąć za pomocą tweetów, aktów sabotażu i pojedynczych dronów. Na nasze własne życzenie.

Projekt sfinansowany przez Fundację PKO Banku Polskiego.










Komentarze
Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!