Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Obserwuj Obserwuj

Trump wycofuje amerykańskie wojsko z Iraku. Jaki jest plan?

Wycofanie wojsk amerykańskich z Iraku to niewątpliwie koniec pewnej epoki. Jednak zamiast otwierać szampana, lepiej zastanowić się, czy aby na pewno była to cicha klęska amerykańskiego imperializmu w Azji Zachodniej.

Walka

Kiedy w maju 2026 roku Ali az-Zaidi został premierem Iraku, większość Irakijczyków nie wiedziała, kim jest. Czterdziestojednoletni – historycznie najmłodszy na stanowisku – multimilioner, miłośnik drogich zegarków i marki Patek Philippe, który na nadgarsku nosił m.in. model Grand Complications Ref. 5104P, wart około 750 tys. dolarów, był w polityce właściwie nowicjuszem. Wnosił doświadczenie innego rodzaju: bankiera, byłego dyrektora jednej z telewizji informacyjnych, który właściwej fortuny miał się dorobić na kierowaniu gargantuicznym imperium National Holding Company, działającym w sektorach od rolnictwa i nieruchomości po energię odnawialną.

Czytaj także Wojna w Iraku jako szkoła uczuć Maciej Gdula

Az-Zaidi nie pojawił się na najwyższych szczeblach władzy przez przypadek. W końcu, jak pisała Vivian Salama dla „The Atlantic”, „każdy premier Iraku od czasu upadku Saddama Husajna dziedziczy to samo, niemożliwe zadanie do wykonania: przekonać Waszyngton, że Irak nie osuwa się całkowicie w orbitę wpływów Iranu, przekonując jednocześnie Iran, że nie staje się przyczółkiem Amerykanów”. Młody premier miał być odpowiedzią na to pierwsze. Zaproponowany na skutek kilkumiesięcznego parlamentarnego patu biznesmen az-Zaidi spodobał się Amerykanom dostatecznie, aby nie tylko oficjalnie poprzeć jego kandydaturę, ale przede wszystkim nie grozić Bagdadowi znacznym ochłodzeniem kontaktów. Groźba była realna. Poprzedni kandydat na de facto najwyższy urząd w państwie, Nuri al-Maliki, były premier i opozycjonista z czasów Husajna, był dla Waszyngtonu nieakceptowalny jako „człowiek Teheranu”. Bajecznie bogaty, mówiący językiem inwestycji, a zdaniem Donalda Trumpa również „bardzo przystojny” Ali az-Zaidi wręcz przeciwnie – dostał więc od Amerykanów placet, z fanfarami obejmując urząd 14 maja 2026 roku, a Stany Zjednoczone czyniąc pierwszym kierunkiem swojej wizyty zagranicznej.

Cena amerykańskiego wycofania

Nowy premier otrzymał od Waszyngtonu nie tylko aprobatę, ale również zadanie do wykonania, które jego poprzednik, Muhammad Szijaʿ as-Sudani, określił jako zwyczajnie niemożliwe. Aby zakończyć militarną obecność Stanów w Iraku, premier musiał zobowiązać się do rozbrojenia szyickich paramilitarnych bojówek, które jak grzyby po deszczu wyrosły na gruncie walki z „Państwem Islamskim” i faktycznie odegrały niebagatelną rolę w jego zwalczaniu. Dziś oficjalnie jest ich niemal siedemdziesiąt, a zgodnie z planem opracowanym jeszcze za czasów prezydentury Bidena złożenie broni przez organizacje jest warunkiem sine qua non końca „militarnego śladu” Amerykanów w Iraku i wycofania ostatniej, liczącej 2500 wojskowych grupy wraz z końcem września tego roku, czyli na rok po oficjalnym zakończeniu operacji Inherent Resolve.

Trwająca ponad dekadę misja Stanów Zjednoczonych rozpoczęła się w 2014 roku, przerywając krótkie intermedium nieobecności USA między Tygrysem a Eufratem. Na skutek niemal całkowitej anihilacji państwowego wojska wraz z inwazją Stanów w 2003 roku Bagdad zwrócił się do Waszyngtonu z prośbą o wsparcie w walce ze śmiertelnym zagrożeniem płynącym ze strony Państwa Islamskiego Iraku i Lewantu. USA skwapliwie na tę propozycję przystały, choć później trudniej było je z Iraku wyprosić, nad czym pochylę się w dalszej części tekstu. Ostatecznie jednak prezydentowi Bidenowi i premierowi as-Sudaniemu udało się wspólnie wypracować ramowy plan wygaszania, z finałem przypadającym na 30 września 2026.

Tę datę zdecydował się utrzymać Donald Trump, wywołując zaskoczenie amerykańskich i zagranicznych komentatorów. Całkowite rozbrojenie szyickich bojówek wydaje się bowiem zasadniczo niemożliwe. Plan nowego premiera Iraku, który obejmuje wcielenie wszystkich partyzanckich dotychczas „milicji” do jednej organizacji parasolowej na państwowym żołdzie i z bronią w centralnym magazynie, zawodzi już dziś, choć do wyznaczonego sobie deadline’u az-Zaidi ma jeszcze kilka miesięcy. Bojówki nie chcą poddawać broni, wskazując, że na terenie Iraku wciąż znajdują się obce wojska (tureckie, wymierzone w Kurdów jednostki stacjonujące na północy), a dopóki państwo nie będzie całkowicie wolne, dopóty potrzebne będą takie organizacje. Lider grupy Kataʿib Hezbollah, Mudżahid al-Assaf, groził natomiast premierowi, mówiąc, że ci z polityków, którzy nie pracują na rzecz ludu, mogą spodziewać się bolesnego upadku. Na dodatek sama irańska strategia oddziaływania na irackie bojówki również zdaje się zmieniać – dziś mają być mniejsze, szybsze i niekoniecznie dysponujące własnymi biurami prasowymi.

Stąd też zdziwienie decyzją Donalda Trumpa. Czy oby na pewno Stany Zjednoczone powinny tracić ważny wojskowy przyczółek w czasie trwającej właśnie wojny z Iranem? Już dziś Arabia Saudyjska wysuwa wobec Iraku oskarżenie, że to z jego terytorium przeprowadzono atak na kluczowy rurociąg Wschód-Zachód, którego sprawstwo przypisuje się irańskiej agenturze. O podobny scenariusz nietrudno – razem z zakończeniem amerykańskiej (czy też koalicyjnej) operacji Inherent Resolve skończyły się systemy obrony powietrznej umożliwiające wykrywanie, identyfikowanie i przechwytywanie obiektów powietrznych. Irakijczykom w spadku zostało kilkadziesiąt samolotów F-16, którymi mogą swobodnie latać bez rozpoznania, nie mając pełnej kontroli nad własną przestrzenią powietrzną. Ta dziura ma zostać załatana dopiero z czasem. W międzyczasie 30 września 2026 strona amerykańska dopełniła założeń wycofania swojego personelu, częściowo przenosząc go do swojej bazy w Jordanii.

Czytaj także Irański ból głowy Europy Jakub Majmurek

Gdzie znajduje się główny rachunek Banku Centralnego Iraku?

Skąd więc ta pozornie nielogiczna decyzja Donalda Trumpa? Wydaje się, że na to pytanie można odpowiedzieć w dwójnasób, wskazując na długo- i krótkoterminowe strategie Waszyngtonu. Można założyć, że Trump potrzebował wydarzenia, które mógł zakomunikować swoim przyszłym wyborcom jako sukces. Po fiasku planowanej wojny błyskawicznej z Iranem, która przyniosła mu gigantyczne polityczne straty nie tylko wśród elektoratu, ale i w samym łonie Partii Republikańskiej, Trump musiał znaleźć jakikolwiek argument pozwalający mu na podtrzymanie wizerunku antywojennego prezydenta, na względzie mającego przede wszystkim dobro amerykańskiego podatnika. Co sprawdziłoby się lepiej, niż oficjalne zakończenie jednej ze znienawidzonych przez Amerykanów forever wars, która łącznie kosztowała skarbiec kilka bilionów dolarów? Nagłówki mediów na całym świecie obiegła informacja o ostatecznym zakończeniu kampanii, która stanowiła retoryczną kartę przetargową w wyborach. To, że media arabskie ogłosiły 30 września dniem odzyskanej przez Irak suwerenności, jest dla Stanów wtórne. Amerykanie wcale nie opuszczają Azji Zachodniej, wciąż stacjonując m.in. w Katarze, Bahrajnie, Kuwejcie, Zjednoczonych Emiratach Arabskich czy wspomnianej wcześniej, rozbudowującej się bazie w Jordanii. Co więcej, nie opuszczają nawet Iraku. Ich obecność przyjmie jednak inny charakter.

Aby zrozumieć woltę w strategii Stanów Zjednoczonych, należy odpowiedzieć sobie na pytanie, gdzie znajduje się główny rachunek Banku Centralnego Iraku. Jest to nowojorska 33 Liberty Street – to tam mieści się siedziba Banku Rezerwy Federalnej w Nowym Jorku. To właśnie tam, początkowo dla ochrony przed ewentualnymi roszczeniami ze strony posthusajnowskich urzędników czy praniem pieniędzy, trafiają irackie pieniądze z obrotu ropą (obecnie ponad 90 proc. przychodów państwa), które przejść muszą przez oparty na dolarze system. W uproszczeniu: kiedy Irak sprzedaje ropę, wynagrodzenie otrzymuje w dolarach, a te trafiają do amerykańskiego „Fedu”. W praktyce oznacza to całkowite uzależnienie od obcej infrastruktury, która ma pełną władzę nad przepływem irackiego dolara po tym, kiedy trafi już na nowojorskie konto. To „Fed” kontroluje, które przelewy zostaną zaksięgowane. To „Fed” decyduje, komu i kiedy daje dostęp do środków, a przede wszystkim – kiedy go odbiera. Oto prawdziwa „nuklearna walizka” administracji Waszyngtonu. Kiedy w styczniu 2020 roku iracki parlament wezwał do wycofania się amerykańskich wojsk z terytorium państwa (po zabiciu na lotnisku w Bagdadzie Ghasema Solejmaniego), Stany zwyczajnie zagroziły Irakijczykom odcięciem dostępu do ich własnych pieniędzy. Groźba ta częściowo spełniła się w tym roku, kiedy w ramach wywierania presji na irakijskim rządzie, aby ten w końcu uporał się z problemem szyickich bojówek, Nowy Jork zwyczajnie zatrzymał dostawę 500 mln dolarów w gotówce. To właśnie w tym kontekście geopolitycznym wzeszła gwiazda Alego az-Zaidiego. Do Iraku znów zaczynają płynąć pieniądze.

Az-Zaidi stawia na amerykański kapitał

Jaki jest plan az-Zaidiego na Irak? W wywiadzie dla „The Atlantic” premier miał powiedzieć Vivian Salamie: „Obecność wojska nie buduje więzi między społeczeństwami. Robi to współpraca gospodarcza”. Podczas wizyty w Stanach Zjednoczonych, kiedy cały świat skupiał się na wartym ponad dwa miliony złotych zegarku na nadgarstku premiera, ten zabezpieczył w Waszyngtonie umowy opiewające na ok. 200 miliardów dolarów. Zgodnie z planami obu głów państwa w Iraku ma się pojawić nowy kapitał, reprezentowany m.in. przez takich gigantów jak Chevron, Halliburton czy HKN Energy, rozwijając obecną lub budując nową infrastrukturę wydobycia węglowodorów. Polityczną strategię az-Zaidiego, tak zgodną z jego dotychczasowym zapleczem, uprościć więc można do: „wy macie pieniądze i know-how, my mamy zasoby, stwórzmy coś razem”. Idealny kandydat na stanowisko zgodne z nowym planem Stanów Zjednoczonych, jakim jest odejście od niepopularnej w społeczeństwie obecności wojskowej na rzecz wpływów politycznych realizowanych poprzez kapitał. Oznaki nadchodzących zmian widać było w ostatnich latach wielokrotnie, choćby wtedy, kiedy jednocześnie wycofując się militarnie z Iraku, USA wybudowały w Irbilu największy konsulat amerykański na świecie – gigantyczny kompleks o powierzchni ponad 20 hektarów, przewidziany do zatrudnienia ponad tysiąca pracowników.

Koniec wojskowej obecności w Iraku to niewątpliwie zakończenie pewnej ery. Nie jest to jednak koniec ery amerykańskiego imperializmu. Wręcz przeciwnie – to jego zwieńczenie poprzez ostateczne uzależnienie peryferii od centrum, gdzie suwerenność państwa nie równa się autonomii gospodarczej, lecz pełnej zależności. Nie dziwi więc, że wycofanie wojsk z Iraku świętuje się również w Teheranie pod pozorem zwycięstwa z amerykańskim imperializmem. Irańczycy wiedzą bowiem, że graniczyć będą z Irakiem słabym i niezdolnym do samodzielnego kształtowania regionalnego układu sił.

Komentarze

Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
0
Komentujące wszystkich krajów, łączcie się!x