Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Obserwuj Obserwuj

Czy protesty studentów we Francji otwierają Le Pen drogę do prezydentury, czy wręcz przeciwnie?

Gdyby w drugiej turze wiosną Le Pen zmierzyła się z Jeanem-Luciem Mélenchonem, to jako kandydatka „partii porządku”, ratująca kraj przed skrajną lewicą i chaosem, miałaby największe szanse zwycięstwa.

ObserwujObserwujesz
Walka

We wtorek we Francji na ulice wyszli uczniowie i studenci, wspierający ich rodzice, związkowcy, głównie związani z sektorem edukacji oraz zwykli obywatele. Według ministerstwa spraw wewnętrznych w całej Francji w demonstracjach wzięło udział 266 tysięcy osób, z czego 56 tysięcy w samym Paryżu. Organizatorzy podają jeszcze większe liczby: 450 tysięcy we Francji, z czego 100 tysięcy w stolicy. Protesty miały ogólnie spokojny przebieg, mimo pojedynczych incydentów w takich miejscach jak Paryż, Lyon czy Marsylia.

Czytaj także Marine Le Pen idzie śladami Meloni. Radykalna prawica nie musi grać dla Kremla Paulina Siegień

Demonstracje z wtorku były kulminacją protestów uczniów szkół średnich, które zaczęły się 17 września na jednym z ludowych przedmieść Paryża, a następnie rozlały się na cały kraj, obejmując nie tylko podmiejskie osiedla zamieszkane przez klasy ludowe, ale także szkoły w dobrych, zamożnych dzielnicach w centrach miast. Protestom towarzyszyły okazjonalne akty wandalizmu i przemocy – cały świat obiegły zdjęcia płonących śmietników, barykad wznoszonych przed szkołami, zniszczonych budynków szkolnych, konfrontacji młodych ludzi z policją, w których od początku protestów według rządu rannych zostało ponad 700 funkcjonariuszy.

Protesty mają miejsce nieco ponad pół roku przed zaplanowanymi na kwiecień wyborami prezydenckimi. Pojawiają się więc pytania, komu mogą pomóc, a komu zaszkodzić. Dwie najczęściej pojawiające się odpowiedzi to: „młodzi ludzie właśnie podarowali Marine Le Pen prezydenturę” z jednej strony oraz: „protesty wcale nie tworzą przyjaznej koniunktury dla skrajnej prawicy” z drugiej. Która może okazać się bardziej prawdziwa?

Czego chcą studenci?

Z całą pewnością protesty można uznać za ocenę niedostateczną wystawioną przez najmłodsze pokolenie Francuzów dziesięcioletnim rządom Macrona i temu,   w jakim stanie kończący kadencje prezydent zostawia tak istotny obszar jak oświata. Protesty studentów nie biorą się bowiem znikąd, wynikają z konkretnych kwestii, za które odpowiedzialność ponosi władza.

Studenci protestują przeciw brakom kadry w szkołach, stanowi szkolnych budynków, zbyt długim godzinom, jakie spędzają w szkole i źle ułożonym planom lekcji, wreszcie – przeciw działającej od 2018 roku platformie elektronicznej Parcosoup. Rozpatruje ona aplikacje na studia i decyduje o przydziale miejsc na uczelni, zdaniem protestujących robiąc to w sposób nieprzejrzysty i niesprawiedliwy.

Ruch uczniowski wystosował do władz 10 postulatów, domagając się między innymi specjalnego programu remontów budynków szkolnych; zwiększenia liczby personelu pomocniczego w szkołach, zwłaszcza szkolnych pielęgniarek i psychologów; zagwarantowania studentom długiej przerwy w środku dnia tak, by wszyscy mogli w spokoju zjeść obiad i zregenerować siły; zwiększenia stypendiów; skończenia z „selekcją algorytmiczną” na studia wyższe i utworzenia 250 tysięcy dodatkowych miejsc na studiach w najbliższym roku akademickim.

Wiele problemów, o których mówią studenci, jest jak najbardziej realnych. W liceach we Francji uczy się dziś wyż z roku 2010, jednocześnie jak podaje „Le Monde”, choć w szkołach przebywa dziś ćwierć miliona uczniów więcej niż 2008 roku, to uczy ich mniej nauczycieli. Co jest efektem decyzji rządów Macrona, a konkretnie cięć i nieuzupełniania etatów w szkolnictwie. Efektem braków kadrowych są przepełnione klasy oraz problem z ułożeniem przyjaznego dla studentów i nauczycieli planu lekcji.

Średni wiek budynku francuskiej szkoły to 60 lat, tylko 15 proc. zostało zbudowane lub wyremontowane po roku 2015. Szkoły nie mają najczęściej klimatyzacji i nie są przyzwyczajone do realiów, w których rok szkolny pokrywa się z coraz częstszymi i bardziej dokuczliwymi letnimi falami upałów.

Na te wszystkie konkretne problemy nakładają się szersze, egzystencjalne lęki młodych ludzi. Historyk ruchów społecznych Stéphane Sirot wskazywał w rozmowie z „Le Monde” na takie kwestie jak zmiany klimatyczne – doświadczane w tym roku we Francji w postaci fali upałów i pożarów, słaby wzrost francuskiej gospodarki, wojny w Ukrainie i w Iranie, rozwój sztucznej inteligencji, wreszcie możliwość zwycięstwa Zjednoczenia Narodowego Le Pen w przyszłorocznych wyborach.

Czytaj także Kim jest „niepokorny” Jean-Luc Mélenchon? Artur Troost

Z krytyką spotkała się także reakcja macronowskiej władzy na protesty. Prawica zarzuca rządowi, że nie potrafi zapewnić elementarnego porządku w kraju i nie radzi sobie z towarzyszącą protestom przemocą. Lewica – że zamiast zacząć na poważnie rozmawiać ze studentami, sięga po represyjne policyjne środki, które ostatecznie tylko pogłębiają chaos. Jak w komentarzu na łamach lewicowego dziennika „Liberation” napisała dziennikarka Alexandre Schwarzbrot:

„To, jak ten ruch [protestów uczniowskich] wymknął się spod kontroli, pokazuje, jak głębokie jest dziś pęknięcie między władzą a społeczeństwem. Władza nie jest w stanie zmierzyć się z podstawowymi problemami inaczej, niż gasząc pożary, aplikując prowizoryczne rozwiązania, składając obietnice bez pokrycia, a gdy wszystkie te sposoby zawodzą – sięgając po przemoc”.

Le Pen ma to w kieszeni?

Badania pokazują, że ponad 60 proc. Francuzów popiera postulaty uczniowskich protestów. Jednocześnie obrazy starć z policją, chaosu w centrach miast, sił porządku na ulicach czy szczególnie zuchwałych aktów wandalizmu i przemocy w naturalny sposób budzą strach w dużej części opinii publicznej i rodzą tęsknotę za silną władzą, która będzie w stanie „przywrócić w kraju porządek”. Stąd głosy, że ostatecznie na protestach – jeśli dalej towarzyszyć im będą akty wandalizmu i przemocy – najwięcej zyskać może Marine Le Pen.

Taką tezę stawia na łamach portalu UnHerd brytyjski dziennikarz specjalizujący się w tematyce francuskiej, autor między innymi biografii Guya Deborda i Isidore’a Isou, Andrew Hussey. Obecne protesty pod względem skali i profilu demograficznego często porównuje się do roku 1968. Warto jednak pamiętać, przestrzega Hussey, jakie były polityczne konsekwencje paryskiego maja. Otóż po maju przyszedł czerwiec i wybory do Zgromadzenia Narodowego, które zakończyły się przytłaczającym zwycięstwem prawicy – popierająca generała de Gaulla Unia Demokratów na Rzecz Republiki po raz pierwszy w historii zapewniła sobie samodzielną większość w Zgromadzeniu Narodowym.

Przyczyniły się do tego także podziały na lewicy i taktyczne błędy popełnione przez jej przywództwo, ale kampania prawicy mobilizująca „cichą większość” do obrony republiki przed „komunistycznym zagrożeniem” okazała się po prostu skuteczna. Lewica na zdobycie władzy we Francji po maju czekała 13 lat – do zwycięstwa Mitteranda w wyborach prezydenckich w 1981 roku.

Prawie 60 lat temu „partia porządku” zjednoczyła się wokół de Gaulle’a i jego premiera Georges’a Pompidou. Dziś centroprawica we Francji znajduje się w stanie głębokiej dezintegracji i najpopularniejszą prawicową polityczką pozostaje Marine Le Pen. To ona może więc zebrać głosy spragnionych porządku w 2027 roku.

Czytaj także Troost: Francuska centrolewica wybiera swoją przyszłość Artur Troost

Na rzecz Le Pen będą pracowały algorytmy sympatyzujących ze skrajną prawicą technologicznych oligarchów związanych z ruchem MAGA, nagłaśniając wszelkie towarzyszące ewentualnym dalszym protestom akty wandalizmu i przemocy, zwłaszcza te popełniane przez ludzi o innym kolorze skóry niż biały, przedstawiające je jako „dowód” na to, że w wyniku masowej migracji i „ideologii woke” Francja pogrąża się w wojnie domowej między „prawdziwymi Francuzami” i migrantami, realizującymi projekt „wielkiego zastąpienia”.

Gdyby w drugiej turze wiosną Le Pen zmierzyła się z liderem Francji Nieugiętej Jeanem-Luciem Mélenchonem – co według sondaży jest dziś bardzo prawdopodobną opcją – to jako kandydatka „partii porządku” ratująca kraj przed skrajną lewicą i chaosem miałaby największe szanse zwycięstwa. Już dziś sondaże dają jej największe szanse w drugiej turze właśnie z Mélenchonem, w starciu z nim kandydatka skrajnej prawicy mogłaby liczyć na 68 proc. głosów.

Czy to naprawdę wygodny temat dla skrajnej prawicy?

Lider Francji Nieugiętej (LFI) jest bardzo aktywny w swoim wsparciu dla protestów, podobnie jak politycy jego partii. Rząd oskarża polityków LFI o to, że podburzają młodzież do gwałtownych protestów, traktując uczniów jak swoje „wyborcze mięso armatnie”. We wtorek w trakcie debaty w Zgromadzeniu Narodowym premier Sébastian Lecornu oskarżył polityków LFI o celowe „sianie chaosu” i politykę „burdelizacji kraju”.

Jak w swojej analizie wskazała francuska dziennikarka specjalizująca się w tematyce lewicy, Sandra Cassini, dla Mélenchona protesty uczniów są jednocześnie polityczną szansą i zagrożeniem. Szansą, bo mogą one stać się wydarzeniem mobilizującym jego przyszłorocznych wyborców i gwarantującym, że w 2027 roku tłumnie stawią się przy urnach. A wejście Mélenchona do drugiej tury w dużej mierze będzie zależeć od tego, jak bardzo uda się mu zmobilizować najmłodszych wyborców. Według sondażu Ipsos dla „Le Monde”, 40 proc. wyborców w wieku 18-24 lat zamierza głosować w pierwszej turze na Mélenchona – w normalnych warunkach ten najmłodszy elektorat charakteryzuje się jednak najczęściej dużą absencją i trzeba czegoś ekstra, by na pewno poszedł zagłosować.

Z drugiej strony, im więcej aktów przemocy towarzyszyć będzie jeszcze protestom i im bardziej LFI będzie się nimi kojarzyć przeciętnemu wyborcy, tym niższy może być wynik Mélenchona w drugiej turze w starciu z Le Pen. Gdyby z kolei protesty tak obciążyły kandydata LFI, że nie wszedłby on do drugiej tury, to mogłaby to okazać się szansa dla powstrzymania Le Pen – bo przynajmniej dziś to Mélenchon wydaje się dla niej najwygodniejszym politycznie konkurentem.

Czytaj także Śmierć jednego nacjonalisty to tragedia. Dziesiątki ofiar skrajnej prawicy to statystyka Artur Troost

Wszystko politycznie zależy od tego, jak dalej będą wyglądały protesty – bo na demonstracjach z wtorku pewnie się nie skończy. A konkretnie od tego, w jakich ramach osadzona zostanie debata wokół nich: czy wokół kwestii prawa i porządku, czy kwestii socjalnych. Im bardziej uda się narzucić tę drugą ramę, tym większe szanse na zatrzymanie skrajnej prawicy. Dlatego socjolog Vincent Tiberj w rozmowie z „Le Monde” dość optymistycznie wypowiada się o politycznych perspektywach protestów dla strony lewicowej:

„Do tej pory w kampanii prezydenckiej politycy ignorowali kwestie nierówności społecznych i stan usług publicznych, skupiając się na debatach o migracji i braku bezpieczeństwa. Protesty uczniów wymuszają na kampanii zmierzenie się z rzeczywistością, zachęcając kandydatów, by zajmowali stanowisko w takich kwestiach jak oświata i inne usługi publiczne. Ci, którzy będą teraz odwoływali się do autorytetu i merytokracji albo będą postulować ograniczenia w dostępie do edukacji wyższej, zmierzą się z istotnym politycznym ryzykiem”.     

Komentarze

Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
0
Komentujące wszystkich krajów, łączcie się!x