Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Obserwuj Obserwuj

„Odyseja”, kryzys migracyjny i all inclusive u okupanta. Dlaczego Maroko nie odpuści Sahary Zachodniej?

Co mają wspólnego „Odyseja” Nolana i kryzys migracyjny w hiszpańskiej Ceucie? Dlaczego nie warto latać do Maroka, chyba że w koszulce z flagą Sahary Zachodniej? Oraz jak to się stało, że ruchowi oporu w muzułmańskim społeczeństwie przewodzi lewicowy Front Polisario? Odpowiada autor książki „Wszystkie ziarna piasku”.

Group of men in camouflage uniforms standing beside a military vehicle in a desert setting, one man in a red shirt with a black headwrap. Rozmowa
Kontekst

🇪🇸 Pod koniec lipca dziesiątki tysięcy osób przedostały się z Maroka do hiszpańskiej Ceuty. Władze Hiszpanii badają, w jakim stopniu kryzys był skutkiem poluzowania kontroli granicznej przez Rabat, ten wypiera się odpowiedzialności.

🇪🇭 Sahara Zachodnia od 1963 roku jest wpisana przez ONZ na listę terytoriów niesamodzielnych. Maroko kontroluje większość jej obszaru, natomiast Front Polisario domaga się niepodległości i prawa Saharyjczyków do samostanowienia.

🎬 Część Odysei Christophera Nolana nakręcono w Dakhli, na kontrolowanym przez Maroko obszarze Sahary Zachodniej. Decyzję krytykowali saharyjscy twórcy i aktywiści oraz m.in. Javier Bardem, zarzucając produkcji normalizowanie marokańskiej kontroli nad terytorium.

Walka

Patrycja Wieczorkiewicz: Kiedy umawialiśmy się na rozmowę, punktem wyjścia miała być Odyseja Christophera Nolana – film kręcono m.in. na okupowanej przez Maroko Saharze Zachodniej. Ostatnio jednak wydarzyło się coś, co sprawiło, że marokańsko-hollywoodzki „filmwashing” – tak część komentatorów określa próby legitymizowania okupacji poprzez sztukę – wydał mi się wręcz błahy. Mam na myśli napływ dużej grupy migrantów do miejscowości Ceuta, graniczącej z Marokiem hiszpańskiej enklawie w Afryce. A może jedno z drugim nie ma nic wspólnego i podejmuję się karkołomnego zadania, próbując łączyć wątki?

Bartek Sabela: Kręcone na Saharze Zachodniej sceny Odysei i ostatnie wydarzenia w Ceucie mają to samo tło polityczno-historyczne. Jedno i drugie wpisuje się w strategię zagarniania przez Maroko terenów, które do niego nie należą. Od uzyskania niepodległości w 1956 roku państwo to rości sobie pretensje do Sahary Zachodniej, jak również Ceuty i Melilli. O ile jednak trudno mi doszukiwać się pozytywnych skutków użycia „broni demograficznej” – nie lubię tego określenia, ale tutaj jest adekwatne – w hiszpańskiej enklawie, o tyle Nolan paradoksalnie odwalił ostatecznie dobrą robotę.

Czytaj także Umiesz liczyć? Licz na siebie. Ceuta i kompromitacja projektu europejskiej solidarności Artur Troost

Jak to?

Filmu nie oglądałem, ale doceniam zainteresowanie Saharą Zachodnią, jakie wzbudził. Gdyby nie Odyseja, pewnie byśmy teraz nie rozmawiali. Jasne, film zbiera świetne recenzje i bije rekordy sprzedażowe, niewielka część krytyków zwraca uwagę na kontrowersje związane z kręceniem scen w Dakhli, ale okupacja tego terenu to temat tak niszowy, że każda widoczność ma znaczenie.

Nie twierdzisz chyba, że Nolan zrobił to celowo?

Nie, absolutnie. Ze swoją pozycją miał znacznie lepsze możliwości zwrócenia uwagi na Saharę Zachodnią. Jak wiele osób zareagowałem oburzeniem, gdy dowiedziałem się, że jeden z najsłynniejszych współczesnych reżyserów zrobił sobie dekoracje do filmu z nielegalnie okupowanego terenu. Miał świadomość sytuacji, wiele znanych osób apelowało, by zrezygnował z tego pomysłu, na czele z Javierem Bardemem, który sam wyprodukował nakręcony na Saharze Zachodniej film Sons of the Clouds, dokumentujący okupację i opór wobec niej. Trudno sobie wyobrazić, że znany reżyser robi zdjęcia np. w Gazie, bo potrzebuje zbombardowanych budynków jako tła do filmowej fabuły, i nie wywołuje międzynarodowego skandalu.

Zastanawia mnie, co kierowało twórcami Odysei – saharyjska pustynia jest ogromna, a podobne widoki można przecież znaleźć w wielu miejscach na świecie. Nie chcę snuć domysłów, ale wiem, że marokańska rodzina królewska potrafi bardzo skutecznie zachęcać firmy, artystów, sportowców czy polityków do działania na terytoriach Sahary Zachodniej. Dzięki temu w świat idzie komunikat, że są to ziemie marokańskie, otwarte na przybyszy z zewnątrz.

Wróćmy do Cuety i „broni demograficznej”, jaką jej ostatnio zafundowano. Co to ma wspólnego z Saharą Zachodnią?

Zacznijmy od tego, że król Muhammad VI to wytrawny gracz na arenie międzynarodowej. Ma to po ojcu, Hasanie II, rządzącym Marokiem do 1999 roku. Świetnie sobie radzi w dyplomacji i nie stroni od brudnych zagrywek, zwłaszcza kiedy chce coś osiągnąć w napiętej relacji z Hiszpanią. Ostatnie wydarzenia w Cuecie to powtórka z 2021 roku, tyle że na większą skalę – wówczas marokańskie służby i straż graniczna umożliwiły przedostanie się tam kilku tysiącom osób. Madryt odpowiedział kapitulacją w sprawie Sahary Zachodniej, oficjalnie uznając marokański plan autonomii za „najpoważniejszą, wiarygodną i realistyczną podstawę” do jego rozwiązania.

W 2021 roku Hiszpania nagrabiła sobie, przyjmując na leczenie Brahima Ghaliego, lidera Frontu Polisario, politycznej i wojskowej organizacji niepodległościowej w Saharze Zachodniej. Z kolei ostatni kryzys migracyjny w Ceucie nastąpił nieco ponad tydzień po wizycie premiera Pedro Sáncheza w Algierii, która jest odwiecznym wrogiem Maroka. Celem była normalizacja relacji dwustronnych po kryzysie dyplomatycznym z 2022 roku, wywołanym wspomnianą zmianą stanowiska Madrytu w sprawie Sahary Zachodniej, oraz omówienie współpracy energetycznej i gospodarczej. To wystarczyło, by marokańskiemu królowi puściły nerwy?

Rabatowi szczególnie nie w smak jest negocjowana przez Hiszpanię umowa gazowa z Algierią – Maroko chce przeprowadzić przez swoje terytorium gazociąg z Nigerii do Europy. Chęć ukarania Hiszpanii za niesubordynację to jedno, nie mniej ważna jest umiejętność wykorzystywania jej słabych momentów, którą Muhammad VI, podobnie jak jego poprzednik, niewątpliwie posiada.

Cofnijmy się do zimy 1975 roku, kiedy Sahara Zachodnia była jeszcze hiszpańską kolonią. W Madrycie dogorywał wówczas Francisco Franco, pozostawiając kraj w głębokim kryzysie – dwa tygodnie przed jego śmiercią, 6 listopada, Hasan II wysłał na Saharą Zachodnią 350 tys. marokańskich cywili, co przeszło do historii jako Zielony Marsz. Media na całym świecie pokazały spektakularne, doniosłe sceny, ulegając narracji, zgodnie z którą pokojowy tłum maszerował, by „odzyskać utracone ziemie”.

Po przejściu przez granicę kobiety, mężczyzn i dzieci machających marokańskimi flagami zastąpiło tamtejsze wojsko, ale tego już media nie odnotowały. Król osiągnął dokładnie to, co chciał – Hiszpania pokornie się wycofała, zostawiając Saharę Zachodnią pod marokańską okupacją. To, co widzieliśmy ostatnio w Ceucie, było zagraniem z tego samego repertuaru.

Czytaj także Saharyjscy twórcy walczą o białego wielbłąda na festiwalu filmowym w obozie dla uchodźców Dominik Sipiński

Jaką słabość Hiszpanii tym razem wykorzystało Maroko?

Przede wszystkim konflikt Madrytu z Waszyngtonem, wywołany stanowiskiem hiszpańskiego rządu w sprawie Izraela i Palestyny oraz odmową udostępnienia hiszpańskich baz do ataków na Iran. Czasy się zmieniają, ale gracze pozostają ci sami – Hasan II już na początku zimnej wojny obrał kierunek na Zachód, a Stany Zjednoczone były głównym sojusznikiem Maroka podczas udanej próby odbicia Sahary Zachodniej w 1975 roku. Na Zielonym Marszu flagi amerykańskie powiewały obok marokańskich.

Niektórzy politycy partii rządzącej w Hiszpanii sugerują, że odpowiedzialność za ostatni kryzys ponosi Maroko. Sam Pedro Sánchez zachowuje daleko idącą powściągliwość. O ile w relacjach z Waszyngtonem i Tel Awiwem idzie niemal na noże, o tyle Rabat stara się raczej ugłaskać. Dlaczego?

Nie wiem, ale się domyślam. Maroko ma wręcz nieograniczone zasoby ludzi z całego kontynentu, przy użyciu których może wywierać na Hiszpanii ogromną presję migracyjną, jest przecież jednym z głównych kanałów przerzutowych z Afryki do Europy. To gigantyczne zagrożenie dla Hiszpanii i Sánchez doskonale zdaje sobie z tego sprawę. Mohammed VI już wielokrotnie udowadniał, że jest gotów sięgnąć po tę „broń”, co widzieliśmy ostatnio w Ceucie. Pewnie z tego powodu wypowiedzi rządzących są raczej miękkie. Stany są daleko, Izrael jest daleko, Maroko jest tuż obok. Jeśli Muhammad VI będzie chciał, to wejdzie do Ceuty i Melilli z setkami tysięcy ludzi i Hiszpanii będzie trudno to opanować.

Hiszpania mogłaby sobie pozwolić na większą asertywność, gdyby miała wsparcie w Unii Europejskiej. Na razie Sánchez przekonał się, że jest sam. Tymczasem Maroko pozostaje największym beneficjentem unijnych funduszy spośród państw spoza UE.

Spróbujmy połączyć kropki. Maroko nie jest przecież jedynym państwem, które ma interes w wykończeniu hiszpańskiego rządu. Trump zapowiadał, że za niesubordynację Hiszpanię spotka kara. Izrael zrobił z Sáncheza antysemitę i twarz europejskiej „islamolewicy”, a europejska skrajna prawica zdrajcę białej cywilizacji, który przez swoją słabość do imigrantów doprowadzi ją do upadku. Zaskakuje cię ten specyficzny sojusz? Wiele partii o nacjonalistycznym i antysemickim zabarwieniu dziś świetnie dogaduje się z „państwem żydowskim”. Podczas kryzysu w Ceucie Bosak i spółka też przemówili jednym głosem z amerykańsko-izraelską machiną.

Nie widzę w tym niczego zaskakującego. Partie skrajnie prawicowe, niezależnie od tego, gdzie operują – czy to w Polsce, czy w Izraelu – ideowo są sobie bliskie. Spotkałem się kiedyś z określeniem „międzynarodówka faszystowska”, które jest wewnętrznie sprzeczne i absurdalne, ale dobrze oddaje to, o czym mówisz. Wszystkie wymienione strony – USA Trumpa, Izrael Netanjahu i europejska skrajna prawica – chcą świata, w którym dominująca jest rola silnych państw rządzonych przez wąskie elity, a reszta musi się dostosować.

Czytaj także Izrael Netanjahu i skrajna prawica Europy: małżeństwo z (nie)rozsądku Sharon Pardo, Yonatan Touval

Czy relacje marokańsko-hiszpańskie zawsze były tak napięte?

Napięcia te mają długą historię, a główną linią sporu pozostaje Sahara Zachodnia. Żeby to zrozumieć, musimy cofnąć się do końca XIX wieku. Na przełomie 1884 i 1885 roku odbyła się konferencja berlińska, podczas której dokonano podziału Afryki między państwa europejskie. Hiszpania, jako że była już wówczas cieniem swojej dawnej potęgi, dostała zaledwie ochłap, na którym nikomu innemu nie zależało. Przez większość okresu kolonialnego w zasadzie nie czerpała z niego żadnych zysków. Dopiero w latach 50. XX wieku okazało się, że na tym pustynnym skrawku ziemi znajdują się fajne rzeczy, a mianowicie gigantyczne złoża fosforytów, które zaczęto eksploatować w pierwszej połowie lat 70.

W latach 70., kiedy większość kolonii w Afryce uzyskała już niepodległość – ostały się przede wszystkim kolonie hiszpańskie i portugalskie oraz Namibia kolonizowana przez RPA – uformowała się także świadomość narodowa Saharyjczyków, oparta na wspólnej tożsamości niegdyś nomadycznych plemion.

Na północy mieli niepodległe od 1956 roku Maroko, a na południu Mauretanię, która uwolniła się od Francji cztery lata później. W Maroku, jak to bywa w przypadku nacjonalizmów, narodziły się wówczas wielkościowe aspiracje. Koncepcja „Wielkiego Maroka” zakładała, że państwo powinno obejmować nie tylko Saharę Zachodnią, ale także znaczne części Algierii, Mali i Mauretanii. Roszczenia te uzasadniano faktem, że podobny twór – państwo Almorawidów – istniał między XI a XII wiekiem, jednak ciężko wykazać ciągłość historyczną, która uzasadniałaby suwerenność Maroka nad sąsiednimi terenami.

Jednocześnie Hasanowi II osuwał się grunt spod nóg. Był niepopularnym władcą, miał wielu przeciwników w samym Maroku i cudem przeżył dwa zamachy na swoje życie, zorganizowane przez własnych generałów. Śladem rozmaitych dyktatorów postanowił więc dać zajęcie wojsku, a przy okazji dostarczyć narodowi rozrywki w postaci „igrzysk”. Próbował swoich sił w starciu z bogatą w surowce Algierią, co w 1964 roku zakończyło się dla niego porażką – nie tyle militarną, ile polityczną, bo granice pozostały niezmienione. Sahara Zachodnia stała się więc oczywistym celem. Dopóki jednak w Hiszpanii twardą ręką rządził generał Franco, przejęcie tego terytorium było bardzo trudne. Maroko czekało zatem na moment słabości Madrytu. Kiedy w 1975 roku Franco dokonał żywota, Hasan II uznał, że lepszej okazji może nie być.

Women in traditional robes carrying cloth sacks walk through a sandy desert village with goats nearby.
Obóz dla uchodźców z Sahary Zachodniej w prowincji Tindouf w południowo-zachodniej Algierii

Hiszpania próbowała w ogóle zatrzymać Saharę Zachodnią? W Sons of the Clouds Javiera Bardema hiszpańscy wojskowi, którzy stacjonowali tam w okresie kolonializmu, mówią, że byli gotowi walczyć po stronie Saharyjczyków. A jednak spakowali się i wyjechali.

Hiszpańscy kolonizatorzy mieli bardzo dobre relacje ze rdzenną ludnością. Dyskryminacja przybrała tam wyjątkowo łagodną formę, zwłaszcza na tle tego, co działo się w koloniach francuskich czy belgijskich. Saharyjczycy i Hiszpanie mieszkali po sąsiedzku, ich dzieci uczyły się w tych samych szkołach, zawierano mieszane małżeństwa. Madryt rozumiał jednak, że nie ominie go proces dekolonizacji. Zaczął więc przygotowania. Podpisano tzw. porozumienia madryckie – Hiszpania zobowiązała się do wycofania z Sahary Zachodniej i ustanowienia tam tymczasowej administracji z udziałem Maroka i Mauretanii, które miały współpracować z lokalnym zgromadzeniem Dżamaa. Mauretania, która była państwem biednym i słabym, szybko odpadła z rywalizacji, pokonana przez wojsko saharyjskie.

Zielony Marsz, ukazany światu jako inicjatywa oddolna i w pełni pokojowa, poskutkował dobrowolnym wycofaniem się hiszpańskiego wojska i rozpoczęciem wojny między Saharyjczykami a wojskiem marokańskim i mauretańskim. Jak to możliwe, że garstka partyzantów przez szesnaście lat stawiała opór armii wspieranej przez takie mocarstwa, jak Stany Zjednoczone i Francja?

Front Polisario – utworzona w 1973 roku lewicowa formacja niepodległościowa, zrzeszająca głównie młodych ludzi – miał po swojej stronie Algierię, sprzymierzoną z całym Blokiem Wschodnim. Mały lokalny konflikt był więc mocno osadzony w kontekście międzynarodowym.

Mimo wsparcia z zewnątrz wojna od początku nie najlepiej szła marokańskiej armii – niezbyt silnej, średnio zorganizowanej, o bardzo niskim morale. Przeciętny żołnierz dobrze wiedział, że wbrew temu, co obiecywał król, Sahara Zachodnia to nie jest kraina mlekiem i miodem płynąca. Niespecjalnie też wierzył, że Maroko ma do niej historycznie ugruntowane prawo. Za to Saharyjska Ludowa Armia Wyzwolenia, zbrojne ramię Frontu Polisario – niezwykle zdeterminowana, walcząca o swoją ziemię – szybko wyrosła na jedną z najskuteczniejszych, jeśli nie najskuteczniejszą afrykańską partyzantkę.

Wojna doprowadziła Maroko na skraj finansowej przepaści, przy czym udało mu się zdobyć zaledwie kilka największych miast. W połowie lat 80. Hasan II wiedział już, że prędzej czy później będzie musiał usiąść do negocjacji.

Jeśli Front Polisario tak świetnie sobie radził, dlaczego usiadł do stołu negocjacyjnego

Zanim do tego doszło, Hasan II wykorzystał słabość Bloku Wschodniego, a potem jego rozpad, co kosztowało Front Polisario utratę źródeł finansowania, dostaw uzbrojenia i najważniejszych sojuszników, na czele z Algierią, która pogrążyła się w dziesięcioletniej wojnie domowej.

Na początku lat 80. doradcy amerykańscy i izraelscy podsunęli Hasanowi II sprytny plan – pod ich wpływem Maroko zaczęło wygradzać kolejne obszary Sahary Zachodniej, zaczynając od tzw. Złotego Trójkąta, czyli miast Al-Ujun, Smara i Bou Craa. W tym ostatnim odkryto złoża fosforytu, co podreperowało królewski budżet. Wydzielono je wałami ziemnymi, których dysponujący wyłącznie lekkim sprzętem oraz uzbrojonymi jeepami Front Polisario nie był w stanie pokonać. Z czasem zaczęło mu się to udawać, ale pole manewru pozostało bardzo ograniczone. Do 1987 roku wygrodzono w ten sposób dwie trzecie Sahary Zachodniej. Mur marokański, który oddziela okupowane i kontrolowane przez Maroko obszary od tzw. wolnej strefy ma 2700 km długości i jest najwyższą na świecie czynną fortyfikacją wojskową.

24 maja 1991 roku sekretarz generalny ONZ zaproponował formalne zawieszenie broni, wkrótce zaakceptowane przez obie strony. Na terytoria okupowane przybyła Misja Narodów Zjednoczonych na rzecz Referendum w Saharze Zachodniej (MINURSO), która stacjonuje tam do dnia dzisiejszego. „Jeśli czujesz się bezużyteczny, pomyśl o misji pokojowej ONZ na Saharze Zachodniej” – widzę tu potencjał memiczny.

Hasan II zgodził się na warunki zawieszenia broni, wraz z obiecanym Saharyjczykom jeszcze w latach 60. referendum, ale nie miał najmniejszego zamiaru kiedykolwiek do niego dopuścić. MINURSO to twór zupełnie kuriozalny, nieposiadający żadnych znaczących kompetencji, jak choćby mandat do monitorowania praw człowieka. Po ponad trzech dekadach nikt już nie wierzy, że Maroko, które kontroluje większość terytorium, kiedykolwiek dopuści do Saharyjczyków do głosowania nad ich własnym losem, bo dobrze wie, jaka jest ich wola.

Przez całe lata 90. i na początku XXI wieku licytowano się, komu przysługiwałoby prawo do udziału w referendum, czego nie ustalono podpisując zawieszenie broni. Na wszelki wypadek Maroko już wcześniej zaczęło wysyłać na Saharę Zachodnią osadników – zorganizowano dla nich nawet kursy językowe, by opanowali saharyjski dialekt hassanija, ale żyjąc wśród miejscowych wielu Marokańczyków zaczynało z nimi sympatyzować.

Do dziś na Saharze Zachodniej stacjonuje około 500 pracowników MINURSO. Mandat misji jest przedłużany co roku, co samo w sobie jest dość upokarzające, a uprawnienia pozostają takie same, czyli żadne.

Promotional banner for the podcast 'JEST INBA' with Kai Puto on a pink背景 and sponsor logos, inviting listeners to tune in.

W kontekście izraelskich zbrodni w Gazie mówi się często, że całkowita bezsilność instytucji międzynarodowych – na czele z ONZ – przygotowała grunt pod kolejne tego typu działania. A może to bezsilność wobec działań Maroka na Saharze Zachodniej przygotowała grunt pod Gazę?

Poniekąd na pewno. To, co działo i dzieje się na Saharze Zachodniej, jest podręcznikiem dla początkującego okupanta. Od 1975 roku każdy władca, który marzyłby o zawłaszczeniu jakiegoś sąsiedniego terytorium, znajdzie tam przepis na to, jak tego dokonać, pozostając całkowicie bezkarnym. Podstęp, silni sojusznicy, inwazja wojskowa, wypędzenie lokalnej ludności, kolonizacja, a potem już tylko czekanie i przejmowanie terytorium przez „zasiedzenie”, metodą faktów dokonanych.

Jeden z bohaterów twojej książki mówi, że Sahara Zachodnia jest okupowana nie tyle przez Maroko, bo z nim Front Polisario by sobie poradził, ale przez ONZ. Mocne.

Bardzo mocne, ale jeśli zastanowimy się, czym tak naprawdę jest ONZ, możemy dojść do podobnych wniosków. To nie jest organizacja zarządzana demokratycznie, tylko przez Radę Bezpieczeństwa, w skład której wchodzi pięć państw i każde ma prawo weta. Tak się dziwnie składa, że są to państwa odpowiedzialne – wraz ze swoimi protegowanymi – za najwięcej wojen na świecie. Maroko jest tu w świetnej sytuacji, bo ma tam aż dwóch dobrych kolegów, czyli Stany Zjednoczone i Francję.

Ilekroć Maroko naruszało zawieszenie broni, prowadziło permanentną obstrukcję w przygotowaniach do referendum czy brutalnie tłumiło pokojowe protesty na terenach okupowanych, mogło liczyć na całkowity brak reakcji ONZ. Trudno o bardziej dobitny przykład tego, że te instytucje o pięknych nazwach i szlachetne u swego zarania od dziesięcioleci są całkowicie dysfunkcyjne. Istnienie ONZ służy przede wszystkim chronieniu interesów tych pięciu państw – Stanów Zjednoczonych, Francji, Wielkiej Brytanii, Chin i Rosji – oraz ich najbliższych sojuszników.

Czytaj także Saharyjski piasek w trybach relacji francusko-algierskich Artur Troost

Hasan II od dawna nie żyje, a pozycja Muhammada VI chwilowo jest raczej stabilna. Dlaczego Maroku wciąż tak bardzo zależy na Saharze Zachodniej?

Przyczyny Zielonego Marszu i inwazji w 1975 roku były głównie polityczne oraz strategiczne i tak jest do dzisiaj. Często mówi się, że chodziło o surowce, głównie fosforyty, ale to nieprawda. Surowce przez długi czas ledwo finansowały okupację tych terenów, wpływy z nich do dziś nie są olbrzymie. Złoży ropy i gazu ciągle się poszukuje, ale z tego, co wiem, jeszcze żadne nie są eksploatowane.

Sedno stanowią napięcia między Marokiem i Algierią, które konkurują ze sobą o to, kto ma przewodzić Maghrebowi. Niepodległość Sahary Zachodniej oznaczałaby dla Maroka odcięcie od reszty Afryki, bo wiadomo, że nowe państwo byłoby bliskim sojusznikiem Algieru. Przez Saharę Zachodnią biegnie jedyna droga, która jest łącznikiem lądowym z resztą Afryki, bo granica z Algierią pozostaje zamknięta.

Do tego dochodzi pamięć o Zielonym Marszu, dla dzisiejszego Maroka było to wydarzenie formacyjne. Nawiązania do niego znajdziemy na pomnikach, tablicach, banknotach, ścianach instytucji. Gdyby Muhammad VI dopuścił do niepodległości Sahary Zachodniej, byłby widziany jako władca, który zaprzepaścił to, co „odzyskał” jego ojciec.

Obecny król nie cieszy się w Maroku popularnością. Gdyby poległ w starciu z Algierią – a utrata Sahary Zachodniej właśnie to by oznaczała – Królestwo Maroka mogłoby nie przetrwać, na pewno nie w obecnej formie.

Obóz Bujdur w Algierii, w pobliżu miasta Tinduf

Podczas ludobójstwa w Gazie zachodnia opinia publiczna nie rozumiała, dlaczego państwa arabskie i muzułmańskie nie wspierają swoich palestyńskich braci. Niezrozumienie wykazywało również wielu dziennikarzy, a nawet polityków. Jak było w przypadku Maroka?

Tel Awiw i Rabat współpracują ze sobą od bardzo dawna, także militarnie. Jako kraj arabski i muzułmański Maroko nie mogło mieć jawnie serdecznych relacji dyplomatycznych z Izraelem – i przez lata ich nie miało – ale pod powierzchnią wzajemne stosunki układały się całkiem nieźle. Wspólnym mianownikiem były i są Stany Zjednoczone. Przełom nastąpił pod koniec pierwszej kadencji Donalda Trumpa, który wymusił na szeregu państw, w tym na Maroku, podpisanie Porozumień Abrahamowych, których podstawą było nawiązanie stosunków dyplomatycznych z Izraelem.

Wymusił, czy raczej skusił? Maroko nie wyszło przecież z negocjacji z pustymi rękami.

Trump złożył Muhammadowi VI propozycję, której ten nie mógł się oprzeć – w zamian dostał uznanie przez USA i Izrael suwerenności Maroka nad Saharą Zachodnią. Za tym poszedł szereg innych miłych gestów, jak otworzenie na tym terenie fikcyjnego amerykańskiego konsulatu. Stąd całkowita bierność Rabatu wobec zbrodni w Gazie, mimo zdecydowanie propalestyńskich sympatii większości marokańskiego społeczeństwa.

Propalestyńskie sympatie dominują obecnie także wśród społeczeństw zachodnich. Tymczasem okupacja Sahary Zachodniej pozostaje tematem zupełnie marginalnym, zaś Maroko – niezwykle popularnym kierunkiem turystycznym. Jak to tłumaczyć?

Czynników jest wiele. Po pierwsze, kulminacja wydarzeń na Saharze Zachodniej miała miejsce w latach 70. ubiegłego wieku, na długo przed upowszechnieniem się internetu. Ludobójstwo w Gazie jest tematem bardzo świeżym, a trudną do przecenienia rolę w nagłośnieniu izraelskich zbrodni i cierpienia Palestyńczyków odegrały platformy społecznościowe.

Po drugie, palestyńska diaspora w krajach zachodnich nie jest może ogromna, ale wciąż po wielokroć liczniejsza, niż diaspora saharyjska. Ilu Palestyńczyków mieszka w Polsce?

Czytaj także Jaki kraj, taki Czarzasty. Pedro Sánchez przed Trumpem i Izraelem nie klęka Patrycja Wieczorkiewicz

Około tysiąca.

No właśnie. A Saharyjczyków – jedna rodzina. W niektórych zachodnich krajach jest ich więcej, zwłaszcza w Hiszpanii, ale tam znów sporą reprezentację mają Marokańczycy.

Fakt, że Palestyńczycy z diaspory są bardzo zaangażowani w krytykę Izraela i propalestyński aktywizm, współorganizują protesty, przemawiają na nich, są zapraszani do mediów. Brak licznej diaspory to główna przyczyna braku widoczności Saharyjczyków?

Jedna z głównych. Walkę o uwagę świata utrudnia liczebność nie tylko diaspory, ale w ogóle narodu – w obozach dla uchodźców żyje około 170 tysięcy Saharyjczyków, a na terenach okupowanych – około 200 tysięcy. Ileś tysięcy mieszka na południu Maroka, w Algierii i Mauretanii, ale w sumie daleko im do miliona. W dodatku nie wszyscy żyjący poza Saharą Zachodnią sprzeciwiają się marokańskiej okupacji.

Kolejna kwestia jest taka, że Maghreb – w przeciwieństwie do Bliskiego Wschodu – na Zachodzie mało kogo interesuje. Kiedy ostatnio media zalewały nas informacjami na temat tego, co się tam dzieje?

Pod koniec lipca i na początku sierpnia, od czego rozpoczęliśmy naszą rozmowę.

Tak, ale tam chodziło o hiszpańską enklawę i migrację do Europy, nie zainteresowanie Maghrebem jako takim. Maroko i Algieria od czasu do czasu przebijają się do serwisów informacyjnych, ale wszystko, co leży na południe, trafia do jakiejś ogólnej kategorii „dalekiej Afryki”, która zupełnie nas nie interesuje. Wciąż też pokutuje przekonanie, że konflikty zbrojne stanowią jakąś immanentną cechę całego afrykańskiego kontynentu – były, są i będą, nic się z tym nie da zrobić.

Nie bez znaczenia jest też fakt, że palestyńskie intifady były dużo bardziej krwawe i spektakularne, niż intifady na Saharze Zachodniej.

Jak to się stało, że mimo całkowitej klęski na drodze dyplomatycznej, Front Polisario nie zamienił się w organizację o charakterze terrorystycznym, jak choćby Hamas?

Wielokrotnie słyszałem od Saharyjczyków, że Marokańczycy to także ofiary królewskiego reżimu. Jasne, istnieje między nimi duża niechęć, ale głównym przeciwnikiem pozostaje marokańska armia, monarchia i państwo, a nie zwykli obywatele.

Reżim marokański potrafi być niezwykle brutalny także wobec własnej ludności. W samym Maroku praktycznie nie słychać głosów intelektualistów czy artystów, którzy podawaliby w wątpliwość okupację Sahary Zachodniej. Jeżeli takie głosy się pojawiają, pochodzą zazwyczaj od osób mieszkających poza krajem. Wewnątrz Maroka wszelka krytyka jest natychmiast tłumiona.

Maroko w teorii jest monarchią konstytucyjną, ale w praktyce Muhammad VI, jak wcześniej jego ojciec, posiada władzę absolutną. Zwykły obywatel nie ma żadnego wpływu na sposób funkcjonowania państwa. Saharyjczycy rozumieją, że przeciętny Marokańczyk nie odpowiada za politykę okupacyjną swojego państwa i sam jest często ofiarą tego samego systemu.

Trudno uwierzyć, że jakikolwiek ruch oporu wobec okupacji w stu procentach przestrzega prawa międzynarodowego i praw człowieka.

Front Polisario na pewno nie jest święty, ale naprawdę stara się grać fair, zwłaszcza od zawieszenia broni w 1991 roku. Marokańska propaganda stara się przedstawiać ich jako przemytników zarówno narkotyków, jak i ludzi. Nie wiem, czy jest w tym jakieś ziarno prawdy, ale podchodzę do takich informacji bardzo sceptycznie. Jak spytasz Saharyjczyków w obozach, to powiedzą, że nie ze wszystkimi decyzjami organizacji się zgadzają, ale jest ona dla nich bardzo ważnym elementem tożsamości, spajającym w ciągłej walce o niepodległość. Zdarzają się ruchy, które starają się stworzyć jakąś alternatywę dla Frontu Polisario, ale są to raczej marginesy.

Czytaj także To się nie może dobrze skończyć. Remigracja wkracza do mainstreamu Jakub Majmurek

Zamach dokonany przez Hamas 7 października 2023 roku poskutkował zrównaniem z ziemią Strefy Gazy, a rezygnacja z podobnych akcji przez Front Polisario co prawda oszczędziła Saharyjczykom podobnej masakry, ale nijak nie posunęła sprawy do przodu.

To pokazuje, że prawo międzynarodowe jest stworzone przede wszystkim dla silnych. Co więcej, w pewien sposób popycha tych słabszych w stronę terroryzmu, ponieważ działania zgodne z prawem międzynarodowym nie przynoszą skutku, a nawet nie zapewniają widoczności.

Frontowi Polisario nie można jednak odmówić pewnych sukcesów dyplomatycznych. Proklamowana przez niego Saharyjska Arabska Republika Demokratyczna (RASD) została w różnych okresach uznana przez co najmniej 84 państwa. Dziś uznaje ją około 46, głównie w Afryce i Ameryce Łacińskiej. Część się wycofała lub zamroziła uznanie pod naciskiem Maroka. Największym sukcesem Frontu Polisario było przyjęcie w 1982 roku do Organizacji Jedności Afrykańskiej, dzisiejszej Unii Afrykańskiej, której pozostaje pełnoprawnym członkiem. RASD uczestniczy także w Parlamencie Panafrykańskim i utrzymuje ambasady w części uznających ją państw, m.in. w RPA i Meksyku.

Mural na terytoriach wyzwolonych Sahary Zachodniej, 2013 rok

Dzięki przyjętej strategii Frontowi Polisario udało się uniknąć wpisania na listę organizacji terrorystycznych, nawet w USA – choć republikanie od Trumpa starają się to zmienić. Organizacja od dawna się tego obawia. Taki krok z miejsca zdyskredytowałby ją na arenie międzynarodowej, a przecież jej pozycja już teraz nie jest zbyt silna.

Między Frontem Polisario a Hamasem jest jeszcze jedna zasadnicza różnica – zamiast religijnego fanatyzmu i skrajnego społecznego konserwatyzmu obrał lewicowy kierunek. Co na tym zaważyło?

Głównie to, kim był wróg – autorytarną monarchią stowarzyszoną ze światem zachodnim. Jedynym krajem, który udzielił Saharyjskim partyzantom znaczącego wsparcia, była rewolucyjna Algieria, będąca w sojuszu z Blokiem Wschodnim. Lewicowy kierunek był więc dla Frontu Polisario naturalny, jest on zresztą naturalny dla większości ruchów niepodległościowych.

Anna Prus, która była z tobą niedawno w obozie dla saharyjskich uchodźców, po powrocie opublikowała na Facebooku długą listę czynów – od zbudowania muru oddzielającego nielegalnie okupowane terytorium po używanie zakazanej przez prawo międzynarodowe broni przeciwko cywilom – które, zgodnie z intencją autorki, jednoznacznie kojarzą się dziś z Izraelem. Dopiero pod koniec wpisu wyjaśniła, że chodzi o Maroko. Czy to zestawienie jest twoim zdaniem adekwatne?

Maroko jest krajem, który ma świetny PR. Skojarzenia z nim są jednoznacznie pozytywne. Bogata kultura, piękne zabytki, mili ludzie, wspaniała kuchnia. Jednym słowem: wakacje. Ta bliska i bezpieczna Afryka.

Nie mówi się o tym, że jest to kraj skrajnie autorytarny. Ani o tym, że od dekad okupuje sąsiednie terytorium. O tym, że bombardował ludność cywilną przy pomocy białego fosforu i napalmu ani o tym, że w sposób bardzo brutalny traktuje również swoich własnych obywateli. Że w samym Maroku istnieją więzienia, w których ludzie są torturowani, a podczas wojny o Saharę Zachodnią setki osób zniknęło i do dziś nie wiadomo, co się z nimi stało. Wszystko to można powiedzieć także o Izraelu.

Czytaj także Farouk Ramadan – bohater czy terrorysta? O prawie do samoobrony Patrycja Wieczorkiewicz

Maroko to Izrael Afryki?

Takie stwierdzenie byłoby – mimo wszystko – trochę nieuczciwe wobec Maroka. To, co od końca 2023 roku robi Izrael w Gazie, przypomina raczej działania III Rzeszy, mimo różnicy w skali. Jeśli chodzi o deprawację, o okrucieństwo, niewiele jest podobnych przypadków nie tylko w historii współczesnej, ale w dziejach ludzkości w ogóle. Los Palestyńczyków jest trudniejszy, niż los Saharyjczyków. Owszem, gdy trwała jeszcze wojna między Marokiem i Frontem Polisario, wszelkie zapędy niepodległościowe były brutalnie tłumione, ludzie trafiali do więzień, gdzie byli w nich torturowani. To się już w większości skończyło. Jeśli jesteś Saharyjczykiem na terenach okupowanych i nie masz w głowie niepodległości – nie latasz po ulicach z flagą saharyjską, nie piszesz na murach „Viva el Frente Polisario!” – możesz żyć w miarę spokojnie. Nie masz równego z Marokańczykami dostępu do pracy czy edukacji, ale jeśli ucałujesz królewski pierścień, jesteś stosunkowo bezpieczny. Jest to sytuacja daleka od tej, w jakiej po 2023 roku znaleźli się Palestyńczycy w Gazie.

W 2024 roku Maroko odwiedziło 130 tys. polskich turystów – o 58 proc. więcej, niż w roku poprzednim. Znaleźliśmy się wśród 10 państw, których obywatele najchętniej wybierają ten kierunek. Większość nie ma zapewne pojęcia, że wspiera w ten sposób reżim i okupację. Powiedzmy, że część byłaby skłonna zmienić wakacyjne plany – wybrać inny kraj lub podróżować bardziej świadomie. Co byś im powiedział?

Ogromna część marokańskiej gospodarki jest kontrolowana bezpośrednio przez rodzinę królewską. Można więc śmiało założyć, że trafi do niej znaczna część pieniędzy, które zostawicie podczas wakacji w Maroku. To zresztą szerszy dylemat związany z turystyką. Sam nie wiem, co jest lepszym rozwiązaniem – w ogóle nie podróżować do krajów, w których rządzą reżimy notorycznie łamiące prawa człowieka, czy podróżować, ale świadomie, będąc wyposażonym w wiedzę? Tylko że ta wiedza nic nie zmieni, jeśli naszym celem jest wypoczynek w hotelu z all inclusive. W takiej sytuacji lepiej odpuścić Maroko, opcji jest przecież mnóstwo. Jeśli jednak zależy ci, by rzeczywiście poznać ten kraj, weź ze sobą koszulkę z flagą Sahary Zachodniej albo napisem „Viva el Frente Polisario!” i wyjdź w niej np. na ulice Marrakeszu, zadając ludziom pytania o okupację. Wtedy szybko zrozumiesz, gdzie tak naprawdę jesteś.

**

Bartek Sabela – lodzermensch prosto z Bałut, szlachetny rocznik 1982. Jako autor książek debiutował w 2013 roku reportażem „Może (morze) wróci”. Opowieść o Uzbekistanie i ginącym Morzu Aralskim została nagrodzona Bursztynowym Motylem oraz Nagrodą Magellana. W 2015 roku w Wydawnictwie Czarne ukazała się jego druga książka „Wszystkie ziarna piasku” o Saharze Zachodniej, wyróżniona Afrykasem 2015 przez Fundację Afryka Inaczej i nominowana do Nagrody „Newsweeka” im. Teresy Torańskiej. W 2017 wydał trzecią książkę „Afronauci” – reportaż o Zambijczyku, który pięćdziesiąt lat temu chciał zostać pierwszym człowiekiem na Księżycu, a w 2023 roku ukazał się jego reportaż o przemysłowej hodowli zwierząt „Wędrówka tusz”, który otrzymał nagrodę Grand Press dla najlepszej książki reporterskiej roku. W 2024 został laureatem 6. edycji Nagrody PAP im. Ryszarda Kapuścińskiego w kategorii tekst za opublikowany na łamach „Pisma” reportaż pt. Kraina obiecana.

Komentarze

Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
0
Komentujące wszystkich krajów, łączcie się!x