Kapitalizm niczego tak się nie boi jak tego, że pracownicy zbyt intensywnie będą się zastanawiać, czym właściwie jest i jak działa kapitalizm. Dlatego wymyślił im – nam – celebrytów, tanie mięso, media społecznościowe, 17 sosów do hot-doga w Żabce i ogólnopolski teleturniej „Pasożyt Miesiąca”.
Reguły „Pasożyta Miesiąca” są proste, a frajda zeń przednia. Uczestnicy turnieju wskazują, kogo w miesiącu bieżącym uważają za topowego pasożyta, który żeruje na organizmie państwa i zarobkach podatników. Liderują tu od lat niepracujące matki z licznymi dziećmi, Ukraińcy, lokatorzy mieszkań socjalnych, dość inkluzywna grupa zwana alkoholikami, adresaci zapomóg czy migrujący za socjalem z Afryki i Azji (ci jedynie potencjalnie, bo uśmiechnięta rubież na Wschodzie broni dostępu do mleka i miodu polskiej krainy).
Oczywiście lista nie jest zamknięta. Pojawiają się w rzeczonym zestawieniu okazjonalnie także ci, którzy wprawdzie mają zatrudnienie, ale najwyraźniej tylko po to, żeby odwrócić od siebie uwagę i tym skwapliwiej żerować. Są to nauczyciele, związkowcy, reprezentanci przemysłu ciężkiego i URZĘDASY. Ostatnio, po ogłoszeniu, że „Rada Ministrów przyjęła projekt ustawy o zabezpieczeniu socjalnym osób wykonujących zawód artystyczny, przygotowany przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego”, pasożytami miesiąca zostali artyści.
Nie mogło być jednak inaczej. Raz, że w Polsce za sprawą podstawówkowo-licealnej edukacji pokutuje, zwłaszcza u roczników peerelowskich, mit artysty jako eterycznej istoty wyzbytej potrzeb materialnych – biedującego z godnością zdechlaka, który, świadomy własnej kondycji i ogólnej niesprawiedliwości świata, pogodził się z warunkami bytu i nie oczekuje niczego w zasiedlanej doczesności, bo nagrodę za swoje dzieła otrzyma post factum.
Dwa – wielu przez „artystę” rozumie aroganckiego, nadętego moralizatora, który z wysokości Krakowa lub Warszawy poucza niemiłosiernie społeczeństwo, gani je za błędy odzieżowe i wyborcze, psioczy na otumanione, prymitywne jednostki, nierozumiejące, że rdzeniem ich osobowości winien być uwewnętrzniony liberalizm oraz prenumerata „Gazety Wyborczej” i „Polityki”.
Trzy – „artysta” to również irytujący ekscentryk-prowokator. Cztery – albo zachłanny i bogaty kotleciarz estradowy, który załapał się na setki tysięcy złotych z tarcz antycovidowych. Albo syty, zamożny i dobrze ubrany mężczyzna w rodzaju Twardocha, Żulczyka lub Mroza – to po piąte. Sześć – w powszechnym dość przekonaniu branża sztuki jest przeżarta nepotyzmem, kolesiostwem, układzikami i kaprysami personalnymi dożywotnich imperatorów. W kółko oglądamy te same osoby w gremiach jurorskich, selekcjonerskich i nagrodowych. Po nich – niekiedy: równocześnie – dzieci tychże osób. Już nawet nie chce im się udawać, wciskają krewniaka lub swojaka na rympał, w biały dzień, i cześć. Internet co najwyżej trochę pobulgocze, ale przelew, kontrakt lub posadka zostaną na długo.
Siedem – sztuka stała się niezrozumiała, dziwaczna, agresywna, obca. Izoluje ją od przeciętnego użytkownika mętna teoria wyłożona hermetycznym, eksperckim językiem. Przemawia do innych artystów, nie do ludzi. Prędzej można zobaczyć w niej grodzone, ekskluzywne osiedle niż publiczny park czy plażę.
Osiem – artyści są także postrzegani jako ci, którzy wysługują się koniunkturalnie władzy, takiej, owakiej, każdej. Tu żyję sobie wygodnie za PRL i utwierdzam słuszność linii Partii, a następnie żyję sobie wygodnie za III RP i przekonuję, że nic lepszego od demokracji liberalnej nie wynaleziono. Wzywam: „nie świruj, idź na wybory”; wołam: „olej referendum”. Kiedy rządzą ci, u których nie mogę liczyć na stołki, dofinansowania i stypendia, grzmię o nietolerancji, faszyzmie, przemocy, antykobiecej opresji, proklerykalnej spolegliwości, konieczności ochrony natury i żądam natychmiast Polski Optymalnej; kiedy z kolei rządzą ci, u których mogę, siedzę cicho albo wręcz usprawiedliwiam ich obłudę, nieudolność i bezduszność. Dziewięć – sztuka w świecie Netfliksa, sosziali, wydarzeń na zrewitalizowanym mieście, smartfona, porno, standupów czy gierek zanika jako źródło refleksji i rozrywki.
Tak, w „artyście” rozpoznajemy postacie różne, ale zazwyczaj kogoś, komu nie trzeba lub nie powinno się pomagać. No i dziesięć – najważniejsze – funkcjonujemy od lat w kraju przesiąkniętym balcero-korwino-warzecho-stano-libko-kaziko-mazurkizmem. To na tym polu, a więc za pomocą narzędzi tego pola, na arenie neolibu, toczą się walki o to, co jest czym i co dalej z tym czynić.
Łatwo teraz uderzać w Bosaka i Mentzena, którzy cynicznie i topornie podsycają antyartystowskie nastroje. Owszem, Piękny Krzyś przez całe swoje CV desperacko zabiegał o ławę poselską, Mentzen niezbyt przykłada się do obecności na głosowaniach, a obaj byli albo są partyjnymi funflami takich tytanów pracowitości sejmowej jak Berkowicz czy Janusz Drzemka-Mikke. Ich legitymacje do rozliczania kogokolwiek z róbstwa i nieróbstwa są więc dość wątłe. Tyle że to nie ten duet ustawił grę zwaną Polska. Na długo przed nimi wprowadzono do społeczno-medialnego obiegu truciznę – kult opłacalności, religię egoizmu, nieufność wobec działań wspólnych, „z moich podatków”, „konkretny zawód”, „roszczeniowość”, prymat prywatnego nad państwowym, nienawiść do związków zawodowych, strajków, socjalu, pomocy społecznej. Problemem jest zatem nie to, co Bosak i Mentzen wyprawiają w tej akurat sprawie, lecz przestrzeń, w której mogą sobie na to pozwolić.
Z drugiej strony – krytykę wypada zacząć od siebie. Być przynajmniej otwartym na to, że i nasi przeciwnicy miewają czasem rację, choćby w części. Bo kiedy konfiarze podnoszą, na ogół bezdusznie i szyderczo, kwestię wyników sprzedażowych artystycznych dzieł, nie mówią tak znowu od rzeczy. Wyciągają tylko błędne wnioski. Oni uważają, że skoro czyjeś książki, obrazy, muzyka czy filmy się nie sprzedają, to taki ktoś nie powinien dalej tworzyć. Nie należy sztucznie podtrzymywać jego artystycznego żywota kroplówką państwowej kasy. Podobnie z czasopismami o kulturze. Jestem temu przeciwny, ale też z goryczą i rozczarowaniem stwierdzam, że my, którzy twierdzimy, że zależy nam na sztuce i że sztuka jest w życiu indywidualnym i grupowym niezbędna, ociągamy się zarówno z płaceniem za sztukę, jak i choćby z uczestnictwem w kulturze.
Ile biadolenia słychać, gdy interesujący, wartościowy tekst jest za paywallem. Bestsellerem w trzydziestosiedmiomilionowej Polsce zostaje książka, której sprzedało się więcej niż 10 tysięcy egzemplarzy. Sprawdźcie sprzedaż „Tygodnika Powszechnego”, „Pisma” albo „Literatury na Świecie” i innych periodyków patronackich. Policzcie puste krzesła na spotkaniach autorskich, a nawet na organizowanych z rozmachem festiwalach literackich. Zajrzyjcie do pustawych galerii, muzeów i bibliotek. Pogadajcie z bibliotekarzem o tym, kto i co wypożycza. Odpowiedzcie sobie na pytanie, kiedy ostatni raz byliście w teatrze, kiedy kupiliście obraz, grafikę, rzeźbę. Albo – komiks. Porównajcie naszą intensywność lajkowo-komentatorską pod treściami w soszialach dotyczącymi polityki, głupot, memów i sensacji, z liczbą reakcji, gdy któryś znajomy wrzuca link do obszernego eseju, poważnej rozmowy, niełatwej muzyki. Nie oszukujmy się, uwielbienie dla sztuki i kultury często kończy się, gdy trzeba otworzyć własny pugilares.
To, co się dzieje, to pojedynek na udawanie. Zwolennicy państwowego wsparcia dla artystów i kultury bywa, że udają frenetyczne oddanie artystom i kulturze. Ale ci, którzy od zeszłego tygodnia demonstrują wsparcie dla zwykłych ludzi mających łożyć na rzekome luksusy wierszokletów i pacykarzy, to dopiero Gang Farmazoniaków. Większość bowiem elektoratu konfiarskiego i publiki Kanału Zero to zajadli przeciwnicy pomagania komukolwiek. Ten wybuch szacunku i miłości wobec kasjerek, sprzątaczek, emerytów i dzieci chorych na raka jest wyrachowany i doraźny. Przy następnej okazji od tych samych ludzi pracownicy dyskontu usłyszą, że jak za ciężko, za mało kasy, wyzysk i kręgosłup boli, to zawsze można zmienić pracę – nikt nikogo w kojcu z przenośnikiem taśmowym i w strefie rozładunku siłą nie trzyma.
Dalej usłyszymy, że niedziele bez handlu były zamachem na święte prawa konsumenta, trzynastka i czternastka – pisowskim rozdawnictwem, a emerytura jest taka, jaką sobie wypracowano. Maluchom z nowotworem najlepiej pomagać za pomocą zbiórek lub incydentalnych darów od miliarderów, byle nie podwyżką składki czy podatków. Heloł, przypominam, że mówimy o samarytanach, którzy protestowali przeciwko darmowym: podpaskom, wodzie w restauracjach, obiadom w szkołach. Zawsze warto też dopytać dzisiejszych gorliwych obrońców zarabiających najniższą krajową, co pisali, gdy PiS podnosił najniższą krajową i stawkę godzinową.
Zasadniczo sprawa wydaje się przegrana. Narracje i emocje są przeciwko artystom. Już za późno na wykładanie, komu miała służyć ta ustawa i czemu nie Maryli Rodowicz i Krzysztofowi Cugowskiemu. Na nic porównywanie, ile środków by pochłonęła – i ile artyści wnoszą do pekabu – a ile milionów łożymy na Fundusz Kościelny i miejskie stadiony, na których grają prywatne kluby, czy ile miliardów zeszło w pandemii dla przedsiębiorców. Próżno wytykać przywileje innych branż i zawodów albo tłumaczyć, że cała sztuka nie musi i nie może być komercyjna, dochodowa, popularna. Nikt nie powstrzyma tornada, krzycząc przez megafon. Dla szeregowego obywatela ustawa ta będzie niesprawiedliwym wyróżnieniem jednej grupy zawodowej, dla konfiarzy, warzechoidów i trolli – szansą na zbicie kapitałów lajków i zasięgowych, łatwym pchnięciem w naród toksycznego antysolidarnościowego przekazu, a dla prezydenta Nawrockiego okazją do efektownego ściągnięcia cugli rozpasanym elitom.
Artyści winni z tego całego internetowego świniobicia wyciągnąć nauką na przyszłość. Niech obserwują i zapamiętają, kto z polityków koalicji rządowej, na których przecież głosują, wspiera ich i samą ustawę. Kto zamilkł, kto pali Jana, kto wzdycha, kto stoi w tej chwili próby za minister Cienkowską. Gdzie jest premier Tusk? Czyżby ów Srogi Kierownik tradycyjnie pierzchnął w obliczu zbiorowego niezadowolenia i niepopularnych decyzji? Może akurat wyczerpał już limit na harde tweety?
Tymczasem Instytut Monitorowania Mediów informuje, że „narrację w debacie zdominowały trzy środowiska”: „środowisko Kanału Zero”, „otoczenie i zwolennicy Konfederacji”, „działacze Prawa i Sprawiedliwości”. Oraz – „Ponad milion interakcji w mediach społecznościowych w niecałe dwa tygodnie, a odpowiedzialna za projekt ustawy koalicja pozostała niemal nieobecna w debacie – tak wyglądała internetowa dyskusja wokół dopłat do składek ZUS dla artystów. Z analizy Instytutu Monitorowania Mediów (IMM) wynika, że przekaz niemal w całości przejęły środowiska opozycyjne, podczas gdy profile koalicji rządzącej odpowiadają za zaledwie 1% wszystkich interakcji”.
Kierownik Działu Raportów Medialnych w IMM Tomasz Lubieniecki zauważył ponadto: „debata o dopłatach dla artystów pokazuje, że w erze mediów społecznościowych nie wystarczy mieć rację – trzeba też mieć głos. Koalicja rządząca oddała pole narracyjne niemal od pierwszego dnia, a środowiska opozycyjne wypełniły je precyzyjnie dobranymi narzędziami: chwytliwym hashtagiem, twarzą sporu i kontrastem kasjerka kontra artysta. Pytanie, czy rząd wyciągnie z tego wnioski przed kolejną politycznie wrażliwą regulacją”. Ja zaś pytam, czy rządowi i partiom koalicyjnym w ogóle zależało na zbudowaniu wokół tej ustawy profesjonalnej, pozytywnej narracji? Bo przecież nie rzucili tejże na pożarcie, byleby tylko odhaczyć, że próbowali coś tam zrobić, no ale nie wyszło… Nie, to niemożliwe, na pewno tak nie zrobili!
Wypadki ostatnich dni są częścią szerszego problemu. Lata mijają, a pracy artystycznej i pracy w kulturze wciąż nie uważa się za „prawdziwą pracę”. Oczywiście artyści nie powinni stawiać znaku równości pomiędzy malowaniem obrazu, pisaniem powieści i tworzeniem muzyki a codziennym mozołem kuriera, rozbieracza-wykrawacza, sprzątaczki, załóg dyskontowych. Wyciskanie własnego talentu bywa męczące, lecz nie jest męką.
Artyści winni nadto zrozumieć, że kiedy za nic i w ciemno popierają takiego Trzaskowskiego, który w kampanii prezydenckiej majaczył o teorii skapywania i Polsce „na dorobku” (przez co nie może sobie ona pozwolić na progresywne podatki) – oraz priorytetowo emablował grona zgoła nieartystyczne – to kręcą na siebie bat, bo są to refreny wyjętego z tego samego Śpiewnika Dziarskiego Liberała, z którego radośnie korzystają teraz ci od „za moje podatki”, „darmozjady”, „jak nie zarabiasz, to jest to hobby”.
Trzeba rozbić lub zneutralizować system, w którym zostaliśmy uwięzieni, a nie liczyć na to, że ów okaże łaskę właśnie nam. Zatem nie memy od Jandy o służących na dwóch łapkach pięćsetplusach czy wierszydła Damięckiego o tych, co sprzedali się za parówki i trzynastki, lecz własne pieśni – wspólnotowe, braterskie i siostrzane.
Rzecz nie w tym, żeby nie krytykować artystów i nie zgłaszać uwag do tej konkretnej ustawy. Byłoby jednak dobrze nie brać zbyt ochoczo udziału w igrzyskach pseudosolidarności, bo ich organizatorami są osobniki z gruntu niezainteresowane solidarnością – międzyklasową, zawodową, strajkową, związkową ani branżową. A właśnie solidarności potrzebujemy i poczucia wspólnoty, żeby stawić czoła AI, późnemu kapitalizmowi, miliarderom zjednującym sobie polityków i media oraz dzisiejszym sojusznikom najmniej zarabiających, bo z nimi spotkamy się na placu boju dosłownie za chwilę – przy jakiejkolwiek próbie poprawy doli tych najmniej zarabiających.
**



!["Odwagi! [o zaangażowaniu młodych]" Dominika Lasota](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2026/04/odwagi-plomienie-okladka-173x267.jpg)


![Utracony kompas [o europejskiej lewicy]](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2026/03/plomienie_utracony_kompas-171x267.jpg)




Komentarze
Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.