George Orwell to najważniejszy i najpopularniejszy pisarz naszych czasów. Przynajmniej takie wrażenie może odnieść ten, kto trafia na pola zajadłych internetowych bitew – w mediach społecznościowych, na forach i w sekcjach komentarzy. Orwell jest tam argumentem, symbolem, przywołaniem i kontekstem. Robi za tarczę i miecz.
Żyjemy bowiem w świecie jak z Orwella – potwornym, totalitarnym – albo za dosłownie chwilkę będziemy w nim żyć, gdy pod naporem komunizmu, przez który należy rozumieć podatki tudzież regulacje, padną ostatnie reduty zdrowego rozsądku i normalności, a więc, powiedzmy, Big Techy, producenci broni palnej, neoliberalne media, fundacje prawicowych miliarderów, chany-trollownie czy konta zawodowych demagogów od nienawiści i teorii spiskowych.
To jest „orwellowskie” i tamto też jest „orwellowskie”. „Czysty Orwell!” – wykrzykujesz dramatycznie na widok czegoś, z czym się nie zgadzasz lub nie rozumiesz. „Orwell to przewidział!” – rzucasz, gdy serce ci zadrży od fejura o czipowaniu patriotów, depopulacji narodu za pomocą szczepionek, awanturze wywołanej przez Ukrainkę w salonie kosmetycznym. W kołczanie masz sporo tego rodzaju strzał, każda powala wroga na miejscu. „Myślozbrodnia!”, „dwójmyślenie!”, „nowomowa!”, „Ministerstwo Prawdy!”, „wojna to pokój!”, „Wielki Brat!”, „Policja myśli!”.
Orwell to klasyk, prorok i mędrzec. Oraz autor licznych sugestywnych cytatów, które wprawdzie często okazują się nie być jednak cytatami z Orwella, ale przynajmniej w mniemaniu ich dystrybutorów są bardzo orwellowskie. Orwell to preKorwin i jeden z pierwszych Wyklętych – wróg lewactwa, państwa jako takiego i każdego rządu. Ech, gdyby dożył roku 2026, byłby przerażony…
A to akurat może być prawdą. Albowiem gdyby na skutek jakichś genetyczno-wskrzesicielskich zabiegów George Orwell zstąpił dziś między nas, głęboko by się zdziwił, dowiedziawszy się, kto i do czego używa jego słów, tez, książek, biografii. Nie mniejszego wstrząsu doznaliby jego prawicowi wielbiciele. Gdyby najróżniejsi antysystemowcy przeczytali w końcu Orwella, na którego tak ochoczo się powołują, bo widzieli memy z Orwellem i rzekome frazy z Orwella, zaznaliby czegoś na kształt lewatywy mózgu albo egzorcyzmów przeprowadzonych z użyciem socjalistycznych zaklęć i ugotowanego na taczance bimbru.
Bo nie kto inny jak George Orwell twierdził, że „faszyzm to przecież kolejne stadium rozwojowe kapitalizmu”. Mało tego: „doszedł […] do wniosku, że wolnorynkowy fundamentalizm Hayeka oznaczał »tyranię gorszą – bo jeszcze bardziej nieobliczalną – niż tyrania państwowa«”.
Zaczytani w Orwellu uber-wolnościowcy, jeśli od powyższego nie wymiękli, dowiedzieliby się jeszcze, że „podobnie jak Attlee […] Orwell szukał trzeciej drogi, w której nie dominowały ani Ameryka, ani Rosja. Marzyły mu się Socjalistyczne Stany Europy”. Zreformowane imperium brytyjskie widział jako „luźniejszą i bardziej demokratyczną wersję Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich”. Oznajmiał, że każda linijka, którą napisał po 1937 roku, była wymierzona w totalitaryzmy, a zarazem miała służyć sprawie „demokratycznego socjalizmu”.
Dalej już z górki: Orwell wnosił o nacjonalizację przemysłu brytyjskiego i demokratyzację szkolnictwa. Domagał się odgórnego ustalenia dopuszczalnych różnic w płacach („nie ma jednak powodu, by nie przyjąć stosunku dziesięć do jednego jako maksimum dla przeciętnych zarobków”) i „wprowadzenia w życie podstawowych zasad sprawiedliwości społecznej”. Uważał, że „gospodarka planowana jest silniejsza od tej pozbawionej planu”. Postulował walkę z dochodem pasywnym, który nazywał „wynaturzeniem”, i dziedzicznymi przywilejami. „A skoro bezklasowe społeczeństwo wolne od wielkich posiadaczy zwykle nazywa się »socjalizmem«, takie właśnie miano nadamy ustrojowi, ku któremu obecnie zmierzamy”.
Niestety, ale naprawdę sporo wskazuje na to, że George Orwell był lewakiem.
Zainteresowanie autorem Folwarku zwierzęcego nie słabnie. Na rynku pojawiają się więc kolejne wznowienia – albo nowe tłumaczenia – jego dzieł. Od lat powstają kolejne biografie Orwella. Co więcej, „biografii” doczekała się nawet jedna z jego książek. Mam na myśli Ministerstwo Prawdy. Biografię „Roku 1984” Orwella pióra Doriana Lynskeya. Nic zatem dziwnego, że o tego profetę i bezkompromisowego krytyka zastałego porządku upomnieli się również dokumentaliści. Film Orwell: 2+2 = 5 (2025) Raoula Pecka można do 1 czerwca obejrzeć w ramach części online najnowszej edycji festiwalu Millennium Docs Against Gravity.
Peck to zawodowiec od znakomitych Nie jestem twoim murzynem, historii rasizmu w Stanach Zjednoczonego i sylwetki Jamesa Baldwina, Ernest Cole: odnaleziona legenda czy Wytępić całe to bydło – rzeczy o globalnych konsekwencjach kolonializmu. Jednak Orwell: 2+2 = 5 nie jest obrazem do końca udanym.
Swój dokument zbudował Peck z przenikających się warstw narracyjnych. Są nimi: biografia Orwella od narodzin w Indiach na początku XX wieku po udział w hiszpańskiej wojnie domowej po stronie republikańskiej, jego ostatnie lata życia i tworzenia, gdy między domem a szpitalami pracuje nad Rokiem 1984 i powoli umiera na gruźlicę, filmowe adaptacje tej powieści we fragmentach, sceny uniwersalno-symboliczne typu milczący ludzie różnych gabarytów i pochodzenia patrzą w kamerę, a wreszcie usilne próby zrobienia z pojęć, myśli i ostrzeżeń Orwella klucza do naszej rozpolitykowanej, przemocowej współczesności.
Zbudowana z archiwalnych zdjęć, wyimków z listów do przyjaciół, esejów i dziennika opowieść o życiowej drodze Orwella i tej drogi ostatnim przystanku wypada dobrze – angażująco i przejmująco. Epizody z ekranizacji Roku 1984 sprawdzają się jako udramatyzowany kontrapunkt. Jednak objaśnianie bieżącej polityki i kryzysów światowych poprzez orwellowski słownik zostało przeprowadzone bardzo topornie i tendencyjnie.
Oglądamy więc mnóstwo Trumpa i jego sfanatyzowanych wielbicieli, atak na Kapitol, wiece z udziałem Meloni, Orbana, Farage’a, Le Pen, Modiego, tokujących bądź stękających wymijająco krzemowych miliarderów, Putina z miedzianym czołem majaczącego o kijowskiej juncie, niszczoną Gazę, gigantyczną kolejkę do trumny Nawalnego, mord na Dżamalu Chaszukdżim, łżącego na forum ONZ Colina Powella. Do tego płomienna Ocasio-Cortez smagająca Zucka czy precyzyjna i alarmistyczna Shoshana Zuboff, Meduza i Kasandra w jednym. Kontrola, prawda, fałsz, brutalność, wojna, algorytm, faszyzm i tak dalej.
Niestety, ten wątek u Pecka wygląda niczym przedwyborczy dodatek „Gazecie Wyborczej” przygotowany pod kuratelą Snydera lub Applebaum. Raz, że wszystko to już było ileś tam razy; dwa – twórca Orwell: 2+2=5 jakby nie rozumiał, nie wiedział albo nie chciał zrozumieć i dowiedzieć się, że zagrożeniem dla nas i świata jest nie tylko szeroko rozumiana prawica i zdziadziali dyktatorzy, ale system-kłącze, napędzające się interesy zbrojeniowo-inwigilacyjne, sztama najbogatszych z najpotężniejszymi, późny kapitalizm.
Populiści wyrośli częstokroć na glebie spustoszonej przez liberałów i zachowawczą lewicę. To lewica i liberałowie w imię zysków i dla utrzymania świętego spokoju (europejskiego i amerykańskiego), uczynili Wladimira I Botoksa bezkarnym i mocnym, podobnie jak wielkie korporacje cyfrowe, ludobójczy Izrael bądź dalekie reżimy, zasobne w ropę i fajne minerały.
Trump też nie narodził się w chatynce w Alabamie, pod flagą Konfederacji i wypchanym oposem, ale w Nowym Jorku. Był hołubiony latami przez liberalne elity i media, to one zrobiły z niego celebrytę, dzięki czemu w kampaniach prezydenckich tak udanie bryluje jako manhattański człowiek sukcesu.
Miliarderzy od aplikacji i innowacji, nim stali się MAGA friendly, prężyli się koniunkturalnie na postępowych salonach w roli geniuszy, propszczelich wrażliwców, sojuszników w zmaganiach z nietolerancją, zacofaniem, biedą, wykluczeniem informacyjnym. A droniarz Obama i jego „wtorki terroru”? A Biden dostarczający broń Netanjahu? A co z ORWELLOWSKIMI fikołkami języka i umysłu, gdy aneksję części Libanu nazywa się „rozszerzaniem strefy bezpieczeństwa”, natomiast systematyczne wyburzanie domostw i infrastruktury publicznej Palestyńczyków – „prawem do obrony”, choć to wprost techniki Brandkommando i TeNo?
Ostatecznie Peck jest tu antyorwellowski. Sprzeniewierza się przesłaniu tego wnikliwego analityka, moralisty i komentatora, bo ów patrzył szeroko i w głąb, żeby opisać i, jeśli trzeba, napiętnować, skomplikowane zjawiska społeczne, polityczne i medialne. Orwell był kimś znacznie większym niż pałką na prawaków.
Tyle że wyliczając „radykalne” postulaty i marzenia, należałoby również przypomnieć, że był lewicowcem, który napisał wiele żarliwych słów w obronie patriotyzmu, tradycyjnego stylu życia, prowincji czy niechęci wobec gwałtownych zmian i płytkich mód. Bezlitośnie drwił z naiwnych pacyfistów i ówczesnych sojaków. Batożył ile wlezie rodzimych intelektualistów zaangażowanych, dla których klasa robotnicza i zwyklacy byli albo pojęciem wyłącznie teoretycznym, albo bezwolną masą, która powinna dać się formować wymuskanymi, marksistowskimi dłońmi.
Przeczytajcie choćby esej zatytułowany Immunitet kleru. Kilka uwag o Salvadorze Dalim, a przekonacie się, że kompletnie nie odpowiadały mu lubieżno-makabryczne prowokacje tego hołubionego artysty. Atakował zajadle komunizm. Siebie samego nazywał przewrotnie „torysowskim anarchistą”. Ciekawe zatem, jak byłby przyjęty przez dzisiejszych nadwrażliwców i doktrynerów z kręgów wielkomiejsko-uniwersyteckich?
Nie był świętym. Aczkolwiek jego gloryfikatorzy czynią zeń kogoś nieskazitelnego – ideał godny naśladowania. Jesienią tego roku ukaże się w Polsce tłumaczenie książki Anny Funder zatytułowanej Wifedom: Mrs Orwell’s Invisible Life. Dowiemy się z niej, że latami bezwzględnie eksploatował domowo, twórczo, logistycznie, finansowo i emocjonalnie swoją pierwszą żonę Eileen, a następnie umniejszał jej rolę i pomijał w opowieści o własnej biografii i okolicznościach powstawania literackiego dorobku. Zdradzał ją, wymigiwał się od pomocy, prymitywnie i patriarchalnie oczekiwał pełnego, bezkrytycznego oddania, jednocześnie bijąc publicznie w dzwon jako strażnik cnót moralnych i przyzwoitości.
Lekcją Orwella winna być umiejętność rozpoznawania mechanizmów zniewolenia i ogłupienia – i głośna niezgoda na ich działanie, a także pogarda wobec koniunkturalnych sojuszników ważkich spraw, wartości podstawowych i krzywdzonych istot ludzkich. Również – zachowanie rozumnego dystansu wobec naszych własnych mistrzów.
**
Cytaty z G. Orwell Lew i jednorożec. Najlepsze eseje i felietony w przekładzie Dawida Czecha.
Cytaty z D. Lynskey Ministerstwo Prawdy. Biografia „Roku 1984” Orwella w przekładzie Grzegorza Kuleszy.





![Utracony kompas [o europejskiej lewicy]](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2026/03/plomienie_utracony_kompas-171x267.jpg)



!["Odwagi! [o zaangażowaniu młodych]" Dominika Lasota](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2026/04/odwagi-plomienie-okladka-173x267.jpg)

Komentarze
Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.