Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Obserwuj Obserwuj

Lepiej żyć w kraju, który zrzuca bomby, niż w tym, na który spadają

Powieść, choć dużo tu futurystycznej fikcji, w dużej mierze czyta się jak reportaż z jakiejś uogólnionej wojny, ale nie takiej, która toczy się na froncie, armia przeciwko armii, a bardziej tej, która dotyka zwykłych ludzi.

ObserwujObserwujesz
Desert highway strewn with wrecked cars, buses, and debris after a disaster; city in the hazy distance on the horizon.
Walka

Omar El Akkad, Ameryka w ogniu, przeł. Jacek Żuławnik, WAB 2018

Słońce przebiło się przez korowód chmur i utkwiło nieruchome spojrzenie w morzu Missisipi.

Morze Missisipi? Woda pochłania coraz większe połacie delty rzeki, więc może to już morze. Jesteśmy w Luizjanie, druga połowa XXI wieku, klimat się zmienił i podnoszący się poziom wód odebrał Stanom Zjednoczonym nie tylko te terytoria. Gorąco. Ale zmiany klimatyczne są tylko tłem w tej powieści z gatunku political fiction. Przegapiłam ją przed laty, a teraz chyba nadszedł lepszy czas na jej lekturę.

Dzisiaj lepiej znamy różne oblicza wojen i po lekturze świetnego eseju Któregoś dnia okaże się, że wszyscy od zawsze byli przeciwko poznaliśmy też jej autora, mieszkającego w Stanach Zjednoczonych Araba urodzonego w Kairze, dziennikarza, a po sukcesie Ameryki w ogniu już tylko pisarza. Trudno też nie dostrzec związku tej powieści z jego biografią i życiowym oraz zawodowym doświadczeniem.

Lepiej żyć w kraju, który zrzuca bomby, niż w tym, na który spadają – takie zdanie pada w eseju i łatwo się z nim zgodzić. Jeśli nawet dzisiaj nie wszystkie bomby zrzucają Amerykanie, to i tak często są one made in USA (i czasem nawet nas to cieszy) – i nie chodzi tu konkretnie o bomby, ale pozycję Stanów jako supermocarstwa, którego wojny nie dotykają, a ono w wielu z nich macza palce. A gdyby tak odwrócić sytuację – i tym razem to lepiej prosperujący świat przygląda się Stanom, państwu upadłemu, pogrążonemu w chaosie?

W tym nowym świecie są dwa wiodące supermocarstwa – Chiny i Buazizi. W oryginale Bouazizi. I nazwa ta ma znaczenie – Mohamet Bouazizi w 2010 roku dokonał w Tunezji aktu samospalenia, co dało początek Arabskiej Wiośnie. Po Piątej Arabskiej Wiośnie obalono wszystkie dyktatury różnych generałów i doszło do zjednoczenia krajów arabsko-muzułamańskich Afryki Północnej, Bliskiego Wschodu, części Azji Centralnej. Pewno dotyczy to też Izraela, bo gdzie miałby się podziać, ale autor o jego losach nie wspomina.

Stolicą nowego imperium, wygląda na to, że demokratycznego i świeckiego, jest Kair. Krótko też wspomniana jest imperialna Rosja, nie wiemy, jak daleko sięgają jej granice, ale do wybrzeży Buazizi dopływają łódki z uchodźcami z Europy, więc i w naszej części globu nie dzieje się najlepiej. Sny wg Freuda są spełnieniem ukrytych, niewypowiedzianych pragnień, może powieści też? A dla nas do okazja, żeby wyobrazić sobie, że to my żyjemy w tej mniej atrakcyjnej części świata.

Czytaj także Cyfrowe ludobójstwo, inteligentne getto. Palantir w Strefie Gazy Dalia Mikulska

Akcja powieści toczy się głównie w latach 2074-2095, w czasie drugiej wojny secesyjnej. Kilka stanów odłączyło się, tworząc Wolny Stan Południowy – to Czerwoni. Północ, Unia to Niebiescy. Luizjana jest stanem wahającym się. Teoretycznie należy do Unii, ale żeby do niej wjechać, wymagane są przepustki, mieszkańcy czują się południowcami, a poza tym działają tam grupy rebeliantów z Południa. I tu toczą się główne walki. Powodem secesji był zakaz używania paliw kopalnych, ale naprawdę chodziło o to, że Południe było biedniejsze, bardziej odczuło zmiany klimatu, jest też bardziej tradycjonalne – ludzie jeszcze w coś tu wierzą. Północ podobno wierzy w wolność i demokrację, ale te słowa za każdym razem przybierają inne znaczenia.

Rozwój wydarzeń poznajemy z punktu widzenia biednego, nie dość nowoczesnego i konserwatywnego Południa, a nie światłej metropolii. Główna bohaterka, Sarat, pochodzi z biednej rodziny z Luizjany – ojciec jest Latynosem, matka Czarna, z jeszcze dwójką jej rodzeństwa mieszkają w starym kontenerze. Czują się południowcami, ale nie patriotami, chcą uciec na Północ w poszukiwaniu pracy i bezpieczeństwa. Kiedy ojciec zginie w zamachu terrorystycznym, czyli z ręki południowców, matka z dziećmi staną się uchodźcami wewnętrznymi w kraju objętym wojną.

Czytaj także Rzeź Gazy i strach. „Tylko głupiec słuchałby przemyśleń osy na temat jej zmiażdżenia” Omar El Akkad

Wojska Południa i Północy, milicja z Północy gotowa dokonywać zbrodni, na które nie może pozwolić sobie regularna armia, różne grupy rebeliantów, czasem walczące ze sobą, a czasem jednoczące się. Rebelianci pobierają podatki w swoich rejonach, ale też dbają o wdowy po bojownikach, a czasem nawet zbudują szkołę. Poza tym przemytnicy, drobni i mniej drobni przestępcy, na których trzeba uważać albo do nich dołączyć. Po niebie latają drony napędzane energią słoneczną, nad którymi stracono kontrolę, zrzucają bomby w przypadkowych miejscach albo spadają. Jest też ogromny obóz dla uchodźców otrzymujący, często nietrafioną, pomoc humanitarną z Chin i Buazizi. Razem z pomocą przemycana jest broń – ta wojna leży w interesie nowego i starych mocarstw. Pojawiają się agenci i werbownicy szukający zamachowców-samobójców. Będzie też zakamuflowane na wyspie tajne więzienie, gdzie stosuje się wyrafinowane tortury – za to oczywiście odpowiadają Niebiescy.

El Akadd jako dziennikarz pisał o wielu konfliktach, relacjonował też przebieg Arabskiej Wiosny, a jego powieść, choć oczywiście jest tam dużo futurystycznej fikcji, w dużej mierze czyta się jak reportaż z jakiejś uogólnionej wojny, ale nie takiej, która toczy się na froncie, armia przeciwko armii, a bardziej tej, która dotyka zwykłych ludzi. I nierzadko coś nam przypomina – a to masakrę obozów w Sabrze i Szatili, a to Guantanamo.

Pokazuje też, jak pisze się historię i buduje historyczne narracje. Kiedy El Akadd jeszcze mieszkał w Kanadzie, jego pierwszym dziennikarskim zadaniem było badanie sprawy siatki islamskich terrorystów, głównie bardzo młodych, którzy wpadli za sprawą policyjnej prowokacji, zanim cokolwiek zdążyli zrobić. Historia Sarat, która na początku wojny jest rezolutną dziewczynką, rozrabiarą, a na końcu okazuje się najgroźniejszą na świecie terrorystką, to analiza krok po kroku tego, jak dochodzi do radykalizacji postaw. Ale naprawdę nie ma w tej wojnie nikogo, kto miałby całkiem czyste ręce.

Ibtisam Azem, Księga zniknięcia, przeł. Hanna Janowska, ArtRage 2026

Matka wybiegła z domu w butach nie do pary.

Niepokoiła się zniknięciem swojej matki. Babcię znalazł wnuk Alaa, fotoreporter – umarła tak jak chciała, patrząc na morze. W Jafie, gdzie się urodziła i której nie opuściła mimo Nakby, kiedy prawie wszystkich palestyńskich mieszkańców wygnano. Jafa to starożytne miasto portowe, zawsze wielokulturowe, Tel Awiw to jego rozległe przedmieścia powstałe po 1948 roku. Obecnie to Jafa jest dzielnicą Tel Awiwu, ale nie wszyscy tak uważają.

Sąsiadem z tego samego domu i bliskim przyjacielem Ala’a jest Ariel, Żyd urodzony sześć dni po wojnie sześciodniowej, dziennikarz pracujący dla amerykańskiej gazety. Wieczorem siedzą w ulubionej knajpie, a rano okazuje się, że Ala’a zniknął. I nie tylko on – zniknęli wszyscy palestyńscy mieszkańcy Izraela, też ci z Gazy i Autonomii, zostali tylko ci z diaspory, ale jeśli próbują przekroczyć granicę, też znikają. W mieszkaniu Ala’i Ariel znajduje jego notatnik, w którym ten pisał coś w rodzaju dziennika skierowanego do babci. Starał się przypomnieć sobie wszystko, co mówiła mu o Jafie sprzed izraelskiego ataku (w podziale proponowanym przez ONZ Jafa miała pozostać enklawą arabską). To będzie ważna część tej powieści i ważne pytanie – jak być palestyńskim, choćby tylko lokalnym patriotą i zachować swoją tożsamość w państwie, które nie jest dla wszystkich obywateli, a tylko dla Żydów.

Czytaj także W krainie baśni z 1001 nocy straszą demony Kinga Dunin

Ariel wykonuje swoją dziennikarską pracę – obserwuje reakcje na znikniecie Palestyńczyków, rozmawia z ludźmi, zbiera wszystkie, informacje, plotki, komentarze. Znajduje również taki, sprzed zniknięcia, gdzie ktoś pisze, że świat nie reaguje na to, jak traktowani są w Izraelu palestyńscy mieszkańcy – „nikt nie kiwnie palcem, dopóki nie dojdzie do nowego Holocaustu. A potem to my staniemy się nowymi Żydami”. Izraelczycy boją się, podejrzewają podstęp, nie wiedzą czy Palestyńczycy nie wrócą jako krwiożercze zombie, ale dominuje nieskrywana (przez prawicę, osadników) i mniej lub bardziej skrywana przez przyzwoitych ludzi satysfakcja. Problem sam się rozwiązał. Skryte marzenie się spełniło.

Ibtisam Azem jest dziennikarką i pisarką palestyńską mieszkającą w Nowym Jorku, a książka ukazała się po arabsku w 2014 roku, na angielski została przetłumaczona kilka lat później i odniosła międzynarodowy sukces. Nie jest to może arcydzieło literackie, ale dziś nabrała nowej mocy. Mnie przypomniała Prześniona rewolucję Andrzeja Ledera.

Komentarze

Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
Komentarze w treści
Zobacz wszystkie
0
Komentujące wszystkich krajów, łączcie się!x