Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Przekaż Przekaż

To nie smartfony są groźne dla uczniów. Prawdziwym zagrożeniem jest lenistwo MEN

Technofobia w Polsce przybiera na sile. O ile blokowanie platform społecznościowych przez rzekomo progresywną Barbarę Nowacką to dobra zmiana, to zabieranie uczniom smarfonów brzmi jak pomysł koalicji gnębiącej dzieci.

ObserwujObserwujesz
Dzieci w sali klasowej korzystają ze smarfonów, nad jednym z nich pochyla się nauczycielka
Kontekst

🧾 Po zapowiedzi ograniczenia dostępu do mediów społecznościowych dla osób poniżej 15 lat ministra edukacji chce zakazu używania smartfonów w szkołach podstawowych, z ich deponowaniem na czas zajęć.

📉 W uzasadnieniu projektu nie ma dowodów na związek między smartfonami a problemami młodzieży.

🎓 Wprowadzanie zakazów jest łatwe, trudniej o systemową edukację cyfrową i kontrolowane wykorzystanie smartfonów w nauce – komentuje Piotr Wójcik.

2
Celnie!

1

Ministerstwo tzw. Edukacji Narodowej pracuje nad przepisami o wprowadzeniu dostępu do platform społecznościowych dopiero od 15 roku życia. I to jest bardzo dobra zmiana, gdyż platformy te zbudowane są na mechanizmach uzależniających, przykuwających do ekranu i skłaniających do patologicznych zachowań, podobnie jak gry MMO, czyli masowe wieloosobowe gry sieciowe.

Czytaj także Problem uzależnienia od gier istnieje, ale gamingofobia go nie rozwiąże Piotr Wójcik

Okazało się jednak, że ograniczenie dostępu do platform społecznościowych ma być tylko elementem szerszego programu ochrony dzieci przed chorobami współczesności. Na cenzurowanym będą nie tylko facebooki czy instagramy, ale też smartfony – czyli urządzenia, którymi można dokonywać miliona innych czynności niż scrollowanie tablicy.

MEN jak Pekin i Moskwa

18 marca ministra Nowacka poinformowała, że w trybie przyspieszonym prowadzone są prace nad zakazem używania smartfonów w szkołach w klasach I-VIII. O ile zakaz korzystania z platform społecznościowych dla osób poniżej 15 roku życia jest projektem poselskim – i to między innymi Romana Giertycha – to zakaz posiadania smartfonów w podstawówkach jest inicjatywą samej Nowackiej, która skonsultowała ten pomysł z samym premierem Tuskiem. Ten zezwolił na szybką ścieżkę, by móc wyrobić się przed 1 września 2026 roku.

Czytaj także Barbara Nowacka upada pod krzyżem po raz setny Łukasz Łachecki

Antysmartfonowy reżim wejdzie więc w życie już od następnego roku szkolnego, o ile zostanie uchwalony i podpisany przez prezydenta. Jest to jednak całkiem prawdopodobne. Po pierwsze, podobno zyskał on szerokie poparcie w parlamencie, a po drugie jest z ducha arcykonserwatywny, więc przyjaźniący się ze skinheadami Karol Nawrocki powinien spojrzeć na niego łaskawym okiem. Okazuje się więc, że znalazł się wreszcie temat, który połączył co najmniej lewe skrzydło KO, Giertycha i prawe skrzydło PiS – jest nim gnębienie dzieci. W sumie zero zdziwienia.

Rząd łaskawie stwierdza, że nie zabrania wnoszenia telefonów do szkół. Po prostu będą one na wejściu odbierane uczniom. W jaki sposób? Tu będzie panować pewna swoboda. Otóż będą one mogły być przechowywane w zamkniętych na klucz skrzynkach, nadzorowanych przez nauczycieli pojemnikach, ewentualnie – w wersji maksymalnie liberalnej – w szafkach uczniów.

W sumie można by stworzyć na wzór chiński szkolną zaporę sieciową, uniemożliwiającą jakąkolwiek łączność wewnątrz szacownych murów szkół podstawowych. Albo, na wzór rosyjski, udostępniać w szkołach wyłącznie rządowy internet, wypełniony słusznymi treściami, ze specjalnie utworzonym państwowym komunikatorem o nazwie, dajmy na to, MAX (po co wymyślać, skoro już za Bugiem wymyślono). Oczywiście byłby on nieustannie monitorowany przez grono pedagogiczne, które wyłapywałoby nieprawidłowe wpisy i surowo za to karało. Na przykład całkowitym odebraniem smartfonu na miesiąc, potem dwa, a finalnie na zawsze.

Pomylenie telefonu z Facebookiem

Zapowiedź zabierania dzieciom ich telefonów Nowacka poprzedziła prezentacją raportu „Diagnoza Młodzieży 2026”. Jego główne tezy mówią, że 60 proc. nastolatków żyje w chronicznym stresie i przemęczeniu, 40 proc. wykazuje objawy depresyjne, 62 proc. doświadcza bullyingu rówieśniczego, 17 proc. dokonało samookaleczeń, a 53 proc. młodych dorosłych mieszka z rodzicami i ma problemy z usamodzielnieniem.

Czytaj także Krzyże do wora, czyli test na lewackość polskiej szkoły Łukasz Łachecki

A co to ma wspólnego ze smartfonami jako takimi?

W oświadczeniu rządu nie ma na ten temat słowa. Oczywiście te dane są przygnębiające, ale żeby odbierać z ich powodu uczniom telefony, należałoby wykazać jakiś związek przyczynowo-skutkowy. Tego wymaga podstawowa rzetelność – nawet nie naukowa, ale po prostu ludzka. Jak widać, ministerstwa tzw. edukacji rzetelność prowadzenia debaty publicznej nie dotyczy.

Czytaj także Edukacja zdrowotna na pół gwizdka. Rząd znowu ulega histerii prawicy Galopujący Major

Być może jednak odpowiedź znajduje się w samym raporcie. Pierwsze części dotyczą diagnozy, którą można streścić w ten sposób, że z młodymi jest niezbyt dobrze. Między innymi młodzi cierpią z powodu bullyingu. Przykra sprawa, tylko że bullying – i to być może na znacznie większą skalę – był także w szkołach lat 90., tylko że nikt go nie badał. A wtedy smartfonów nie mieli nawet rodzice uczniów – niektórzy nie mieli nawet telefonów stacjonarnych.

Na szczęście znajdziemy tam również segment poświęcony trendowi „Cyfrowa immersja, algorytmy i AI”. Początek to zupełne lanie wody o znaczeniu technologii w życiu współczesnego człowieka. Znajdziemy w nim tak odkrywcze i nic niemówiące zdania jak: „Młodzi nie tylko korzystają z technologii, ale funkcjonują w środowisku, które aktywnie wpływa na ich wybory, uwagę i zachowania”. Można to rozumieć zarówno negatywnie, jak i pozytywnie – przecież te wybory mogą się stać dzięki temu lepsze, a niekoniecznie gorsze.

Następnie znajdziemy jednak fragmenty, które pokazują negatywne skutki korzystania ze smartfonów. „Liczne badania i analiz wskazują, że nadmierne zanurzenie w środowisku cyfrowym wiąże się z ryzykami rozwojowymi, m.in. takimi jak (1) deprywacja snu i relacji społecznych, (2) presja autoprezentacji i porównań, (3) uzależnienia behawioralne, (4) ekspozycja na szkodliwe treści, (5) cyberprzemoc, (6) grooming, (7) manipulację oraz (8) utratę prywatności”.

Czytaj także Japońska zbrodnia, koreańskie squid game w edukacji Kinga Dunin

Problem w tym, że niemal wszystkie dotyczą platform społecznościowych. Ale przecież jest już planowane (i słusznie) ograniczenie w dostępie do nich dla osób poniżej 15 roku życia. Faktem jest, że wiele nieodpowiednich treści znajdziemy na różnych podejrzanych stronach. Istnieje jednak funkcja kontroli rodzicielskiej, która umożliwia zarówno ograniczenie dzieciom czasu spędzanego przed ekranem, jak i blokowanie dostępu do groźnych dla nich stron.

MEN wspólnie z NASK mogłyby stworzyć listę stron do zablokowania oraz wykaz dobrych praktyk, które każdy rodzic ucznia powinien zastosować przed przekazaniem swojej latorośli smartfona. Ewentualnie szkoły mogłyby to kontrolować. To jednak wymagałoby wysiłku, tymczasem zakazanie uczniom wnoszenia telefonów do szkół jest proste, przejrzyste i nikt nie będzie drążył, czy na pewno dany portal powinien trafić na tę czarną listę. Inaczej mówiąc, MEN idzie na łatwiznę.

Smartfon daje przewagę

Tymczasem jest wiele badań naukowych – a nie luźnych raportów, jak ten autorstwa MEN – mówiących, że korzystanie ze smartfona w szkole wyraźnie poprawia wyniki w nauce. Na łamach Forbesa Dr Aaron Cheng z London School of Economics opisał własną pracę naukową dotyczącą korzystania z niego przez uczniów w szkole. Wraz ze współpracownikami podzielili oni uczniów na trzy grupy: bez smartfonów, ze smartfonem bez nadzoru oraz ze smartfonem, ale z nadzorem nauczyciela. Oczywiście najgorsze wyniki zdobywały dzieci z drugiej grupy, ale zdecydowanie najlepsze z tej trzeciej.

Czytaj także „Młodzież nasza należy do rodziców, potem do Kościoła, a dopiero później do państwa”. Kościelna wizja oświaty w Polsce Robert Herzyk

„Chociaż zakaz korzystania ze smartfonów nieznacznie poprawił wyniki w quizach w porównaniu z korzystaniem z nich bez nadzoru, korzystanie ze smartfonów pod nadzorem nauczyciela znacząco poprawiło wyniki, podnosząc je średnio o 32 proc. odchylenia standardowego. Korzyści były szczególnie widoczne wśród uczniów, którzy przed badaniem mieli problemy z nauką – ich wyniki poprawiły się prawie 2,7 razy bardziej niż ich rówieśników, co wskazuje, że dobrze ukierunkowane korzystanie ze smartfonów może pomóc w zmniejszeniu luk edukacyjnych” – czytamy w tekście Chenga.

„Sprawdziliśmy również, czy smartfony oferują korzyści w porównaniu z tradycyjnymi podręcznikami. W kolejnym eksperymencie porównaliśmy naukę wspomaganą smartfonami z równoważnymi materiałami papierowymi. Smartfony znacząco przewyższyły materiały papierowe dzięki natychmiastowemu dostępowi do informacji, interaktywności i wygodzie. To pokazuje, że smartfony nie są jedynie cyfrowym substytutem podręczników, ale mogą umożliwić inne, często bardziej angażujące, sposoby nauki. Ponieważ smartfony są już niemal powszechne, całkowite zakazy wydają się coraz bardziej niepraktyczne. Skuteczniejszą strategią jest wyposażenie nauczycieli w odpowiednie szkolenia i narzędzia do nauki korzystania z nich. Dzięki przemyślanej integracji smartfony mogą stać się potężnymi narzędziami edukacyjnymi, a nie rozpraszaczami” – czytamy dalej.

Zakaz smartfonów w szkołach jest więc nie tylko pójściem na łatwiznę, ale też ograniczaniem możliwości edukacyjnych uczniów. Szczególnie tych słabszych, którzy dzięki korzystaniu z inteligentnych telefonów mogą nadgonić lepszych, co zniweluje nierówności edukacyjne.

Czytaj także Nie da się uczynić szkoły wolną od polityki – i nie uważam, by było to potrzebne Łukasz Łachecki rozmawia z Aleksandrą Korczak

Nauczyciele powinni z jednej strony korzystać z możliwości, jakie daje takie urządzenie, podczas prowadzenia zwykłych lekcji, a z drugiej poświęcić kilka godzin w roku na poprawę umiejętności cyfrowych uczniów oraz wykształcenie w nich dobrych praktyk, które uchronią ich przed szeregiem zagrożeń czyhających na nich w późniejszych latach. W innym wypadku po ukończeniu szkoły podstawowej będą cyfrowymi analfabetami, zupełnie bezbronnymi wobec wszystkiego, co najgorsze można znaleźć w sieci.

Lenistwo MEN groźniejsze niż telefon

„Niesamowicie rozczarowujące jest to, że tak wiele szkół w Anglii wprowadziło całkowity zakaz korzystania z telefonów komórkowych. Chociaż z pewnością należy zająć się kwestią zaangażowania uczniów oraz uzależnienia od telefonów i mediów społecznościowych, szkoły w większym stopniu będą wspierać rozwój uczniów, nauczając ich, w jaki sposób korzystać z technologii w sposób zdrowy, świadomy i poprawiający jakość życia. Zrównoważone i zróżnicowane podejście do korzystania z telefonu może wręcz sprzyjać interakcjom społecznym u dzieci w każdym wieku i zachęcać do nauki poza szkołą” – napisał na łamach Guardiana dr Robert Harrison z ACS International Schools.

To nie smartfony są groźne dla uczniów. Prawdziwym zagrożeniem jest lenistwo MEN i kadry nauczycielskiej, którzy wolą się nie wysilać i po prostu wyrugować telefony ze szkół, w wyniku czego dzieci nie będą mogły korzystać z możliwości edukacyjnych, jakie dają im nowe technologie, wchodząc w dorosłe życie bez żadnych kompetencji, dzięki którym mogłyby uniknąć tych wszystkich złych zjawisk wymienionych w raporcie MEN.

Komentarze

Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.

Zaloguj się, aby skomentować
2 komentarzy
Komentarze w treści
Zobacz wszystkie
pzaremba88
2026-03-25 09:39

O ile z przyjemnością czytam zazwyczaj teksty autora (ekonomia nie jest moją specjalnością) to po przeczytaniu tego tekstu nabrałem sporo wątpliwości.
Chciałbym zwrócić uwagę na to, że o ile krytyka jest potrzebna, stanowi ważną część dyskusji to teksty w stylu „zakaz smartfonów wynika z lenistwa MEN i nauczycieli” jest generalizacja w stylu „starego wujka”, który zarzuca, że „depresja młodzieży wynika z lenistwa, by się za robotę wzięli”. Zakaz jest próbą (pytanie dobrą, czy złą) znalezienia prostego rozwiązania na złożony problem z powodu ograniczonych zasobów. Takie uogólnienie jest po prostu krzywdzące.
Druga sprawa, która raczej nie wynika z lenistwa autora, ale z tego samego powodu – czyli ograniczonych zasobów poznawczych – jest sporo badań wskazujących na pozytywny wpływ urządzeń elektronicznych na edukację, tak jest sporo badań wskazujących na negatywy (np. chyba norweskie badania z zakazem używania smartfonów w szkole, czy badania wskazujące na zwiększoną dekoncentrację jeśli smartfon jest tylko widoczny). Wynika to z tego, że jak większość procesów społecznych, tak korzystanie z urządzeń elektronicznych przez młodzież jest skomplikowane, pełne ambiwalencji i niuansów. I przedstawianie wybranych badań, a ignorowanie innych których akurat tak się złożyło, że się nie zna jest bardzo problematyczne. Przydałby się głębszy research, zwłaszcza przy pisaniu tekstu z dziedziny, która nie jest przedmiotem specjalizacji.

pzaremba88
2026-03-25 09:40

Jeszcze dodam kamień do ogródka redakcji – edukacja jest istotnym elementem polityki lewicowej, a gości na łamach krytyki bardzo okazjonalnie.