Osoba sprzątająca, która tworzy „dzieło”, myjąc schody na klatce starym mopem. Kasjerka w firmowym uniformie, która pod koniec miesiąca wystawia sklepowi fakturę za „usługi obsługi klienta detalicznego”. Kelner na umowie o dzieło, którego autorskie wykonanie polega na „obsłudze piętnastu stolików i wydaniu pięćdziesięciu posiłków”. Oto prawdziwi artyści rynku pracy. Przykłady można mnożyć, większość osób z klasy pracującej byłaby w stanie wymienić kilka sobie znanych.
W zeszłym tygodniu parlament przegłosował reformę Państwowej Inspekcji Pracy, która w zamierzeniu ma ograniczyć tego rodzaju praktyki. Teraz projekt czeka na decyzję prezydenta. Nie ma czasu do stracenia, bo konieczność walki z „uśmieciowieniem rynku pracy” – czyli nadużywaniem umów cywilnoprawnych i samozatrudnienia celem omijania konieczności zawierania umów o pracę – powiązana jest z uzyskaniem pieniędzy z Krajowego Planu Odbudowy.
Najpierw bowiem rząd, jeszcze PiS-u, wpisał do polskiego KPO tzw. kamienie milowe polegające na pełnym oskładkowaniu (ozusowaniu) wszystkich umów cywilnoprawnych. Wywołało to gniew zarówno zatrudniających, jak i sporej części pracowników (w efekcie wielu z nich dostawałoby mniej „na rękę”). Po przejęciu władzy rząd Koalicji Obywatelskiej zadeklarował wzmocnienie Państwowej Inspekcji Pracy. Jest to zasadniczo zbieżne z uwagami Komisji Europejskiej, która wskazuje, że problemem nie jest samo istnienie umów cywilnoprawnych, tylko powszechne omijanie prawa przez pracodawców i tolerowanie tego przez instytucje państwowe.
Przestrzeganie prawa pracy niczym działalność wywrotowa
W Polsce mamy art. 22 Kodeksu pracy, który precyzuje okoliczności, w jakich powinna być zawarta umowa o pracę. Chodzi o wykonywanie pracy określonego rodzaju na rzecz pracodawcy i pod jego kierownictwem, w wyznaczonym miejscu i czasie. Od wielu lat ta prosta zasada jest masowo i na różne sposoby łamana, a liberalna interpretacja prawa i rozmaite furtki to ułatwiają. W obecnych warunkach ustalenie stosunku pracy i dochodzenie swoich praw przez pracownika jest trudne i nierzadko trwa latami
Tymczasem projekt wzmocnienia PIP, który powstał po wielu miesiącach negocjacji i sporów w Ministerstwie Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, przyjęty przez Komitet Stały Rady Ministrów, w styczniu tego roku tak bardzo przeraził premiera Donalda Tuska, że ten niemal wyrzucił go do kosza. Trudno się dziwić wzburzeniu człowieka o tak głębokich przekonaniach neoliberalnych.
Projekt zakładał, że inspektor PIP, stwierdziwszy zatrudnienie przypominające etat, będzie mógł z urzędu, w drodze decyzji administracyjnej, przekształcić umowę B2B lub cywilnoprawną w umowę o pracę. Taka decyzja miałaby mieć rygor natychmiastowej wykonalności. Z perspektywy kapitału i polityków wyznających rozmaite wersje ultraliberalizmu nadwiślańskiego, byłoby to jak zmuszenie antyszczepionkowca do przyjęcia dawki preparatu. Zgroza! Uderzenie w fundament wiary. „Ja uważam, […], że przesadna władza dla urzędników, którzy będą decydowali o tym, jak się, kto zatrudnia […], byłaby bardzo destrukcyjna dla bardzo wielu firm i mogłaby także oznaczać utratę pracy dla wielu ludzi” – powiedział szef rządu.
Okazuje się, że poważne potraktowanie istniejących przepisów prawa jest działalnością niemal wywrotową, która – gdyby wierzyć neoliberalnym wieszczom – skończy się masowym bankructwem i upadkiem gospodarki.
Zatrudniający na złość pracownikom odmrozili sobie uszy
W sytuacji faktycznego weta ze strony premiera zaczęły się gorączkowe próby ratowania reformy (oraz miliardów z KPO). Wzmocnieni postawą Donalda Tuska przedstawiciele zatrudniających ruszyli do kontrataku. W wyniku tej szarży z ustawy wypadły dość istotne zapisy, np. ten o rygorze natychmiastowej wykonalności.
Jeśli więc inspektor PIP stwierdzi, że sposób świadczenia pracy nosi znamiona etatu, najpierw musiał będzie wydać polecenie usunięcia naruszeń, dając podmiotowi zatrudniającemu czas i szansę na dobrowolne zawarcie umowy o pracę lub prawną modyfikację warunków współpracy. Dopiero w sytuacji niewykonania tego polecenia sprawę przejmie okręgowy inspektor pracy, który będzie mógł wydać decyzję administracyjną stwierdzającą istnienie stosunku pracy, lub też – w razie potrzeby ustalania faktu zatrudnienia za okresy minione – skierować sprawę do sądu. Do tego czasu pracownik uzyska ochronę przed zwolnieniem.
Strona reprezentująca zatrudniających awanturowała się wcześniej, że urzędnik nie powinien mieć prawa przekształcać umowy, gdyż nie jest sądem. Tymczasem wydanie decyzji administracyjnej jest dla zatrudniającego łagodniejsze niż kierowanie sprawy na wokandę, ponieważ skutkuje zmianami na przyszłość, chroniąc firmę przed koniecznością opłacenia zaległych składek i podatków za minione lata. Z kolei skierowanie przez inspektora powództwa do sądu służy także rozliczeniu przeszłości, co w razie przegranej zmusza przedsiębiorcę do wstecznego uregulowania roszczeń pracowniczych oraz zaległości wobec ZUS i fiskusa, sięgających nawet kilku lat wstecz. W tym kontekście przyjęcie decyzji inspektora jest mniej ryzykowne, niż wizja zapłaty ogromnych zaległości w razie przegranej.
Również ciężar zainicjowania sporu i udowodnienia swoich racji przed sądem zostaje w całości przerzucony na pracodawcę. Dodatkowo, nawet podczas procesu sąd będzie mógł udzielić zabezpieczenia na czas trwania sporu, nakazując pracodawcy traktowanie danej osoby jak pracownika etatowego. Nowe uprawnienia zapewnią także Państwowej Inspekcji Pracy zintegrowany, elektroniczny dostęp do szczegółowych danych z ZUS i Krajowej Administracji Skarbowej oraz narzędzie do automatycznego i precyzyjnego wybierania firm do kontroli (tzw. wspólne algorytmy analizy ryzyka).
Związki zawodowe się nie dogadały, osłabiając własną pozycję
Niestety, w trakcie przyspieszonych negocjacji, przebiegających w chaosie wywołanym przez premiera, doszło do sporu także pomiędzy związkami zawodowymi, co osłabiło ich pozycję wobec zatrudniających i rządu.
NSZZ „Solidarność” uznała, że osłabiona ustawa to „skandal” i „pudrowanie rzeczywistości”, decydując się na dość zaskakującą woltę. Podczas Rady Dialogu Społecznego związek wspólnie z organizacjami pracodawców opublikował oświadczenie, w którym czytamy: „Strona pracowników i pracodawców RDS wyraża głęboki sprzeciw wobec projektu ustawy o PIP i apeluje do Parlamentu o podjęcie w nadzwyczajnym trybie dodatkowych konsultacji tego projektu”. Pod stanowiskiem podpisało się też Forum Związków Zawodowych.
„Projekt się zmienił – i to bardzo. W tej sytuacji siedem dni na przygotowanie rzetelnej opinii to termin nierealny. Jeżeli chcemy naprawdę rozwiązać problem rynku pracy w Polsce, usiądźmy do stołu i przeprowadźmy pełne konsultacje. Nie działajmy w taki sposób, że na konsultacje dajemy kilka dni, a potem twierdzimy, że wszystko się odbyło zgodnie z procedurą” – powiedział podczas obrad Sejmowej Komisji Polityki Społecznej i Rodziny Bartłomiej Mickiewicz, zastępca przewodniczącego Komisji Krajowej „Solidarności”.
Do protestu nie przyłączyło się Ogólnopolskie Porozumienie Związków Zawodowych.
– Niestety, nie ma jednolitego stanowiska związków zawodowych. Gorzej – jest stanowisko wszystkich pracodawców, NSZZ „Solidarność” i Forum Związków Zawodowych, kategorycznie przeciwne tym zmianom w ustawie o Państwowej Inspekcji Pracy. Z perspektywy mojej, związkowca, jest to stanowisko bardzo dziwne – mówi mi Michał Lewandowski, przewodniczący OPZZ Konfederacja Pracy, który brał udział w obradach. – „Solidarność” argumentuje, że zmiany są za mało istotne dla pracowników. Ale jeśli mamy czekać na zmiany rewolucyjne, to możemy się nie doczekać – dodaje.
Lewandowski zwraca uwagę, że PiS nie zajął aż tak krytycznego stanowiska, jak NSZZ „Solidarność”, wstrzymując się od głosu. – Mam wrażenie, że Kaczyński zachował „czujność rewolucyjną” i zauważył, że ta zmiana, chociaż niewielka, jednak pracowników wspiera. Natomiast NSZZ „Solidarność” najpierw ją popierała, a potem się z tego wycofała.
„Nieistotna kosmetyka” wywołała wściekły sprzeciw?
Jeszcze ostrzej zareagował Ogólnopolski Związek Zawodowy Inicjatywa Pracownicza, który uznał, że „Solidarność” zbliżyła się już nawet nie do PiS, ale do Konfederacji, która zagłosowała przeciwko ustawie.
„[…] Jest to o tyle zaskakujące, że były prezes S [„Solidarności” – przyp. red.], Janusz Śniadek, dwa razy próbował przeforsować podobną ustawę za rządów PiS. Partia Kaczyńskiego jednak za każdym razem uległa naciskom szefów. Dziś zarząd Solidarności ignoruje głosy zakładowych dołów swojej organizacji i w imię partyjnych interesów lobbuje za słabą PIP, de facto na korzyść przedsiębiorców. W chwili tej ważnej próby, centrala Solidarności wolała nawiązać do własnej niechlubnej historii sprzed 36 lat, gdy elity związku poparły drastyczne reformy Planu Balcerowicza, uderzające w ich własną bazę pracowniczą” – napisała w oświadczeniu Komisja Krajowa OZZIP.
Rzeczywiście, Konfederacja bardzo brutalnie krytykowała proponowane w pierwotnej wersji projektu zmiany, a Przemysław Wipler w wulgarny sposób zaatakował ministrę z Lewicy:
„Pani minister Dziemianowicz-Bąk zachowuje się jak opętana wariatka w tym temacie” – oznajmił w Polsat News. „Konfederacja jest przeciwna, by niszczyć polskie firmy” – przedstawiał stanowisko swojej partii. Wściekły sprzeciw wobec zmian widać z każdej możliwej strony i w każdej formie, co może świadczyć o tym, że jednak nie jest to wyłącznie nieistotna kosmetyka.
Zarówno OZZIP, jak i OPZZ zauważają, że ustawa jest niedoskonała – domagały się przywrócenia pierwotnej wersji projektu, która dawała szersze uprawnienia inspektorom PIP. Jednak w obecnym klimacie politycznym fakt, że jakiekolwiek pozytywne zmiany w tym zakresie zostały uchwalone przez parlament, zakrawa na cud.
– Też nie byłem pewny, czy tak relatywnie nieduże zmiany powinny się spotykać z naszym poparciem. Czy nie okaże się, że gdy będziemy chcieli jakichś dalszych zmian, usłyszymy, że faktyczna reforma Inspekcji Pracy już miała miejsce. Może tak być. Ale postawa Prawa i Sprawiedliwości też nie rokuje. Więc niezależnie od tego, czy po kolejnych wyborach parlamentarnych rząd się zmieni, czy nie, propracownicze zmiany w kwestiach pracowniczych będą trudne do wprowadzenia. Tym bardziej że nie ma jednego głosu central związkowych – mówi Lewandowski. Wdrożenie reformy Państwowej Inspekcja Pracy wymaga uważnej obserwacji pod kątem realnych skutków dla rynku pracy. Żeby dobrze funkcjonowała, musi następować dalsze wzmacnianie finansowe i kadrowe PIP oraz sądów pracy. Tegoroczny budżet PIP zasilony został środkami większymi aż o 13 proc. Do tego ma powstać blisko 300 nowych etatów, z czego 100 otrzymają inspektorzy terenowi. To realne wzmocnienie, ale wciąż niewystarczające.










Komentarze
Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.