– Ta kopalnia w tym miejscu po prostu nie może powstać – mówi Kornelia Elise Kristensen, saamska aktywistka z organizacji Natur og Ungdom (Natura i Młodzież), norweskiego środowiskowego NGO.
Kristensen wraz z innymi aktywistami zimą i latem 2025 r. blokowała w namiotach wjazd do budowanej kopalni miedzi Nussir, położonej na brzegu Repparfjord w północnej Norwegii. To region, gdzie zimą słońce w ogóle nie wschodzi, a temperatury spadają głęboko poniżej zera. Trudny region, dla zahartowanych. Ale rdzenni Saamowie wiedzą, jak przetrwać nawet najcięższe zimy w tej krainie, której planowany na 2027 r. start kopalni może poważnie zagrozić.
Obóz został zlikwidowany po akcji norweskiej policji pod koniec stycznia. Protesty przeniosły się do Oslo.
– Będąc w obozie, nie mogliśmy osiągnąć już wiele więcej. Przenosząc naszą walkę do Oslo, ale też do Londynu, Hamburga i innych miejsc, możemy osiągnąć znacznie więcej – mówi Kristensen.
Choć sprawa dotyczy kopalni w odległym, rzadko zamieszkanym regionie północnej Norwegii, Saamowie podkreślają, że to nie tylko ich problem. Nussir należy do kanadyjskiej firmy Blue Moon Metals, której strategiczni inwestorzy to m.in. fundusze Oaktree i Hartree. To właśnie przed biurami tego drugiego trwają teraz protesty Saamów i ich sojuszników.
W miarę gwałtownie ocieplającego się klimatu w Arktyce i rosnącego zainteresowania „geopolitycznego” tym regionem, takich sporów będzie coraz więcej. Nussir pokazuje, że Saamowie i inne ludy rdzenne nie pozwolą się zagłuszyć.
Odpady we fjordach
Kristensen zastrzega, że Saamowie nie są po prostu przeciwni kopalni dla zasad. – Inne kopalnie mogą działać bez szkody dla środowiska. Jednak konkretnie ta nie może – mówi pochodząca z położonego ok. 50 kilometrów od Repparfjord miasta Hammerfest aktywistka.
Z Nussir są dwa duże i fundamentalnie nierozwiązywalne problemy.
Pierwszym, bardziej oczywistym, są odpady. Pozwolenie środowiskowe dla Nussir zezwala operatowi kopalni na „składowanie” odpadów, tzw. tailings, na dnie fiordu. Słowo „składowanie” ma duże znaczenie, bo to co innego niż po prostu „zrzucanie”. To pierwsze zakłada łagodne i kontrolowane odkładanie specjalnym rurociągiem resztek metali na dnie fiordu, gdzie technicznie mają leżeć i nie zakłócać wodnego ekosystemu powyżej dna.
Norweska Agencja Środowiska (Miljødirektoratet) zezwoliła kopalni na składowanie 1-2 miliona ton odpadów rocznie. W ciągu 20 lat na dno fiordu może trafić nawet 30 milionów ton.
Harald Sørby z Miljødirektoratet powiedział internetowemu magazynowi Mongabay, że taki sposób pozbywania się odpadów jest tak mało szkodliwy, jak tylko się da. Ryby – twierdzi Sørby – mogą swobodnie przemieszczać się w wodzie i nie będą w pobliżu odpadów.
Repparfjorden jest jednym z 29 państwowo chronionych fiordów dla dzikich łososi. Gdy inna, dawno już nieczynna kopalnia, Folldal Verk, zrzucała odpady do Repparfjord w latach 70., badania pokazały długoterminowy szkodliwy wpływ na lokalne środowisko. Sørby przekonuje, że wtedy faktycznie odpady były zrzucane. Ostrożne składowanie ma zapobiec takim samym efektom.
Norwegia jest dziś jednym z dwóch państw, obok Papui-Nowej Gwinei, które wciąż zezwalają kopalniom na składowanie odpadów w oceanie.
– To faktycznie jest najmniej szkodliwy sposób składowania odpadów. Gdyby nie składowali odpadów w fiordzie, musieliby to robić na lądzie, a to byłoby jeszcze bardziej katastrofalne – mówi Kristensen. – Zgadzamy się z władzami, że to najmniej szkodliwy sposób, ale nie zgadzamy się co do tego, czy faktycznie tak bardzo potrzebujemy tej kopalni, żeby to uzasadnić.
Nie tylko kanadyjski właściciel – swoją drogą firma, która na razie zajmuje się jedynie inwestycjami w przyszłe kopalnie i nie generuje żadnych przychodów – ale też władze Norwegii i Unii Europejskiej twierdzą, że kopalnia jest niezbędna. W połowie 2025 r. Unia uznała ją za jeden z 60 projektów strategicznych w ramach Aktu o surowcach krytycznych, co daje inwestorom dodatkowe wsparcie finansowe ze strony wspólnoty.
Saamowie twierdzą, że to wykorzystywanie argumentów o bezpieczeństwie strategicznym i geopolityce do zawłaszczania surowców bez uwzględnienia stanu środowiska i tożsamości rdzennej ludności. Przeciwko kopalni są nie tylko lokalni aktywiści, ale też Parlament Saami, instytucja gwarantująca autonomię kulturalną ludności rdzennej z umiarkowanie silną pozycją w lokalnej polityce.
Niepokojone renifery
Choć odpady mają trafiać do fiordu, to drugi problem z Nussir jest na lądzie i jest o tyle środowiskowy, co tożsamościowy. Dotyczy reniferów.
Akwakultura i połów łososi jest dla Saamów gospodarczo i kulturowo ważnym zajęciem, ale wypas reniferów ma równie głębokie – może bardziej – znaczenie dla tych rdzennych mieszkańców dalekiej północy. Norweski rząd szacuje, że w całym kraju żyje ok. 250 tys. reniferów hodowlanych; co dziesiąty Saami albo zajmuje się wypasem, albo ma jakieś powiązania z tym zajęciem.
Tereny wokół Repparfjord to letnie pastwiska regionu Fiettar. To tu latem rodzą się młode renifery. Przynajmniej póki nie działa kopalnia.
– Kopalnia będzie co prawda pod ziemią, ale będzie miała wentylatory na powierzchni. Wybuchy w podziemnych kopalniach powodują też trzęsienie ziemi. A to niezwykle ważne dla reniferów, żeby w tym rejonie była cisza. Jeśli hałas przeszkadza reniferom, młode mogą się nie rodzić lub umierać – tłumaczy Kristensen.
– Wraz z pastwistkami stracimy podstawę do dalszego prowadzenia hodowli reniferów. Nie jest to kwestia, którą można po prostu wynegocjować – Nils Utsi, lider lokalnej społeczności hodowców, powiedział w rozmowie z The Barents Observer.
Saamowie na marginesie
Sápmi, historyczna kraina Saamów, dziś jest podzielona między Norwegię, Szwecję, Finlandię i Rosję. W trzech państwach nordyckich ludność rdzenna na północy ma specjalne prawa, inne w każdym kraju. W samej Norwegii nikt nie definiuje, kto dokładnie jest Saami, ale szacunki mówią, że do grupy zalicza się ok. 35-60 tysięcy osób. Prawo wyborcze do norweskiego parlamentu Saami ma każdy, który zadeklaruje się jako członek ludności rdzennej – teoretycznie co najmniej jeden z jego pradziadków lub prababci powinien też mówić w Saami jako pierwszym języku.
Saamowie w Norwegii mają pewną autonomię od 1987 r., parlament działa od 1989 r. To maskuje trudną historię – od połowy XIX w. ludność rdzenna była przymusowo „norwegizowana”, lokalny język, stroje, czy tradycyjny śpiew yoik były zakazane. Opamiętanie dla władz w Oslo przyszło po innym środowiskowym proteście przeciwko tamie Atla w późnych latach 70. i wczesnych 80., gdy Norwegia po raz pierwszy od drugiej wojny światowej użyła siły wobec pokojowo protestujących obywateli.
Mimo znacznie większych praw niż jeszcze 30 lat temu, ta liczebnie stosunkowo niewielka grupa ludności rdzennej (nawet w Finnmark, najbardziej na północ wysuniętym regionie Norwegii, nie stanowią więcej niż ćwierć mieszkańców) teraz zarzuca władzom w Oslo zielony kolonializm. Sápmi jest pełne zasobów naturalnych – minerałów pod ziemią, wody do hydroelektrowni, czy po prostu niskich temperatur chłodzących wielkie centra danych. Nowe projekty są teoretycznie „zielone” – niskoemisyjne i wspierające transformację – ale dla Saamów oznaczają zawłaszczanie ich rdzennej ziemi, zakłócanie pastwisk dla reniferów i brak poszanowania tradycji.
Norweskie władze twierdzą, że dekarbonizacja i generowane na północy miejsca pracy są ważniejsze.
Ryzykowny projekt
Nussir to nie jedyny projekt, przeciwko któremu protestują Saamowie. Ale przyciąga dużo uwagi – zeszłego lata do protestów dołączyła Greta Thunberg. O tym, że w Nussir są złoża miedzi (jest tam też trochę srebra i złota) wiadomo od dawna, różne firmy zbierały się do wydobycia od ponad dekady. Pozwolenie środowiskowe wydano w 2016 r.
Dla Saamów to jednak wyjątkowo niedopuszczalny projekt, bo, jak przypomina Kristensen, po prostu nie da się tam prowadzić wydobycia bez katastrofalnych efektów dla środowiska i ludności rdzennej.
A do tego – jak mają nadzieje aktywistki – da się ten projekt zablokować.
Protesty w Oslo mają na celu skłonienie Hartree do wycofania się z poparcia dla kopalni. Jako jeden ze strategicznych inwestorów Blue Moon (firmy bez przychodów), fundusz ma wiele do powiedzenia. – Mam dobre przeczucia co do tego, że uda nam się skłonić Hartree do wycofania. To niesamowicie ryzykowny projekt inwestycyjny dla nich – mówi aktywistka.
NU i inne organizacje protestują nie tylko w Oslo, ale też w innych miastach, gdzie Hartree ma biura. Fundusz co prawda w żaden sposób do protestów się nie odniósł, ale Kristensen uważa, że z czasem presja stanie się zbyt silna, by ją ignorować.
Jest też druga szansa. Pozwolenie z 2016 r. jest wciąż ważne, ale upłynął już termin karencji i można dokonać rewizji, a nawet je wycofać. Norweskie partie z lewej strony już zapowiedziały, że wesprą Saamów w tej walce i będą starały się wycofać pozwolenie. W Nussir trwają prace przygotowawcze, ale kopalnia nie ruszy jeszcze co najmniej przez ponad rok – a Saamowie mają nadzieję, że nigdy.
**
Dominik Sipiński – dziennikarz zajmujący się sprawami międzynarodowymi i środowiskowymi, szczególnie w regionach Azji-Pacyfiku i Ameryki Łacińskiej. Doktorant stosunków międzynarodowych na Central European University w Wiedniu, bada secesjonizmy, nacjonalizmy i kwestie dotyczące suwerenności.










Komentarze
Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.
Zahamować wydobycie niezbędnych surowców, w chwili kiedy są tak potrzebne – bo protestują Lapończycy i ich renifery. To jakiś żart?