Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Zaloguj się Zaloguj się

15 lat po rewolucji: klęska za klęską i milion trupów. Kiedy kolejne arabskie wiosny?

Arabska Wiosna kojarzy się z rozczarowaniami i krwawymi konfliktami, ale jej klęska może oznaczać jedynie chwilę wytchnienia dla bliskowschodnich i północnoafrykańskich dyktatur.

ObserwujObserwujesz
Na demonstracji w Egipcie, 2011 r.
Walka

W styczniu 2011 roku po niecałym miesiącu protestów władzę oddał rządzący Tunezją przez wcześniejsze ćwierćwiecze prezydent ibn Ali. W lutym jego śladem podążył mający jeszcze dłuższy staż na stanowisku przywódca Egiptu Husni Mubarak. Kolejne rewolty wstrząsały autorytarnymi reżimami w każdym zakątku arabskiego świata: buntowano się przeciwko monarchiom Maroka i Bahrajnu, żądano reform w Libanie i Kuwejcie, w Syrii i Libii ludzie chwycili za broń, aby walczyć z lokalnymi dyktaturami.

Szokująca mogła wydawać się prędkość, z jaką płomień buntu przenosił się z kraju do kraju, pukając do drzwi kolejnych arabskich przywódców. Dla wielu osób było to zaskoczenie pozytywne – zachodni obserwatorzy nierzadko przepowiadali triumf liberalnej demokracji, a szybko spopularyzowane hasło Arabskiej Wiosny nieprzypadkowo nawiązywało do europejskiej Wiosny Ludów. Porównanie o tyle prorocze, że w obu przypadkach jesień nadeszła szybko, miażdżąc początkowy entuzjazm rewolucjonistów.

Od szybkich klęsk po długie gehenny

Niektóre wystąpienia z czasów Arabskiej Wiosny zdążyły popaść w niepamięć, tak łatwo zostały stłumione przez rządzących. W krajach takich jak Algieria czy Oman władze bez większych problemów opanowały sytuację metodą kija i marchewki – z jednej strony surowo karały protestujących za występowanie przeciwko istniejącemu porządkowi, z drugiej godziły się na drobne ustępstwa, aby dać społeczeństwu iluzję zmiany. Jak się miało okazać, to wcale nie było najgorsze, co mogło spotkać państwa rządzone przez różnego rodzaju satrapów. Czasem agonia trwała nie dniami, lecz długimi latami.

Czytaj także Olbrzymie protesty, żadnej rewolucji. Co się stało z masowymi buntami XXI wieku? [rozmowa] Green European Journal

Chociaż za sprawą zachodniej interwencji reżim Kaddafiego upadł w ciągu kilku miesięcy, to śmierć dyktatora nie oznaczała pokoju w Libii – kraj pogrążył się w trwającym do dzisiaj konflikcie różnych frakcji, który uniemożliwia odbudowę jakiejkolwiek struktury państwowej. Tymczasem w Syrii Baszar al-Asad przetrwał znacznie dłużej, aż do grudnia 2024 roku, a kilkunastoletnia wojna domowa przeorała kraj. O ile w Syrii w końcu może dojść do stabilizacji politycznej, o tyle nic nie zapowiada końca wojny w Jemenie, która rozpoczęła się w 2014 roku i kosztowała życie setek tysięcy ludzi, dalsze miliony pozbawiając dachu nad głową i zmuszając do ucieczki.

Jeśli patrzeć na straty ludzkie na terenach całego Maszreku i Maghrebu (wschodu i zachodu świata arabskiego), to rysuje się przed nami bardzo negatywny obraz Arabskiej Wiosny – ponad milion ofiar śmiertelnych konfliktów przez nią wywołanych, liczne kryzysy humanitarne, klęski głodu oraz kryzys uchodźczy, którego reperkusje dotknęły też Europę.

Być może ta wyliczanka nie byłaby aż tak ponura, gdyby dało się powiedzieć, że to wszystko nie poszło na marne, ponieważ przynajmniej niektórym państwom bunty przyniosły trwały postęp, zbudowały fundamenty pod rządy demokratyczne i kierujące się zasadami sprawiedliwości społecznej. Przecież niejedna historyczna rewolucja została przeprowadzona dużym kosztem ludzkim, a mimo to jest fetowana jako punkt przełomowy w dziejach danego kraju. Arabska Wiosna nie dostarcza jednak tego typu argumentów.

Promyki nadziei gasną

Nawet nieliczne historie sukcesu z czasem traciły swój blask, na czele z krajem, gdzie Arabska Wiosna miała swój początek. W Tunezji dyktatura upadła po kilku tygodniach, a rozpoczęty wkrótce potem proces budowy państwa demokratycznego przebiegał dosyć sprawnie. Jeszcze w 2011 roku w wolnych wyborach wyłoniono Konstytuantę oraz prezydenta, a kilka lat później uchwalono konstytucję, która miała zagwarantować przetrwanie i rozwój raczkującej demokracji. Przewinąwszy jednak czas do współczesności, zastaniemy w Tunisie nowego dyktatora i fałszowanie po staremu wyborów, w oparciu o zmodyfikowaną przez obóz władzy ustawę zasadniczą.

Innego rodzaju rozczarowanie przyniosły niedawne wydarzenia w Syrii. Co prawda bliskowschodni kraj ma szansę w końcu rozpocząć odbudowę ze zgliszcz wojny domowej, ale Damaszek nie przewiduje w tym wszystkim miejsca dla autonomicznej Rożawy, która w ostatniej dekadzie stanowiła jedno z nielicznych (jeśli nie jedyne) miejsce w regionie, gdzie próbowano zbudować egalitarne społeczeństwo, zarówno pod względem ekonomicznym, jak i np. praw kobiet czy mniejszości etnicznych i religijnych. Teraz eksperyment zmierza ku końcowi za sprawą ofensywy postasadowskiej Syrii.

Przy okazji konfliktu między siłami rządowymi a Rożawą nie zabrakło ubolewań Zachodu nad nowym rozlewem krwi, ale na ogół były to krokodyle łzy. Władze Syrii nie pozwoliłyby sobie na ofensywę bez zielonego światła ze strony Waszyngtonu i przynajmniej cichego przyzwolenia europejskich stolic. Jak zwykle zadecydowała chłodna kalkulacja – chociaż Europa i USA lubią przedstawiać siebie w roli czempionów walki o demokrację i pokój, to ich działania zawsze cechowały się dalece posuniętym cynizmem. Gdy dyktatorzy należeli do obozu antyzachodniego (jak Kaddafi czy Asad), łatwo było sięgać po szczytne hasła i podkopywać ich pozycję, mniej lub bardziej bezpośrednio. Tymczasem równie autorytarne monarchie Zatoki Perskiej nigdy nie zostały tak potraktowane, ponieważ idą ręka w rękę z zachodnimi mocarstwami.

Czytaj także Arabska Wiosna po 10 latach: ten bunt wybuchnie na nowo Simon Mabon

Stąd też wiele z nich mogło liczyć na amerykańskie wsparcie przy eliminowaniu zagrożenia ze strony demokratycznej opozycji. W krajach, gdzie rewolucji nie udało się zapobiec, z podobną sympatią nieraz spotykała się kontrrewolucja, dopóki miała ona prozachodni charakter. Globalni promotorzy demokracji szybko przeszli do porządku dziennego np. nad wojskowym przewrotem w Egipcie, w wyniku którego władzę przechwycił generał as-Sisi. Historię tego typu polityki prześledził m.in. Fawaz Gergez w książce What Really Went Wrong: The West and the Failure of Democracy in the Middle East – libańsko-amerykański badacz opisał, jak Zachód wbrew własnej propagandzie sabotował i sabotuje ruchy demokratyczne na Bliskim Wschodzie. Standardowym modelem działania, zwłaszcza dla USA, jest bronić „swoich” dyktatorów i jednocześnie ubolewać nad brakiem wolności na świecie.

W oczekiwaniu na kolejną falę rewolucyjną

Już przy okazji dziesiątej rocznicy Arabskiej Wiosny jasne było, że generalnie poniosła ona klęskę. Jednocześnie nie brakowało głosów, które sugerowały przejściowość tej sytuacji i przepowiadały nadejście gorszych czasów dla dyktatorów Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej. Znowu można przypomnieć europejską Wiosnę Ludów, do której porównywano wydarzenia w Maghrebie i Maszreku – o ile po piętnastu latach wydawała się ona stanowić kompletną porażkę, o tyle po kilku dekadach jej bilans już nie był tak jednoznaczny. Nie należy więc zbyt szybko uznawać ducha rewolucyjnego za wygasłego.

Błędem byłoby również przecenianie wyjątkowości wydarzeń z 2011 roku. Arabska Wiosna nie była pierwszą falą rewolucyjną w regionie (wystarczy przypomnieć antykolonialne wystąpienia z poprzedniego stulecia) i nie będzie ostatnią. Przede wszystkim dlatego, że wszystkie przyczyny wystąpień sprzed 15 lat pozostają tak samo aktualne. Władza wciąż należy do wąskich elit, różnej maści dyktatorzy rządzą twardą ręką, ich państwa są przeżarte korupcją, a kapitał kumulują nieliczni, podczas gdy codziennością dla większości Arabów są bieda, bezrobocie i brak podstawowych usług publicznych. Dlatego jednego można być pewnym – jeszcze o niejednej rewolcie usłyszymy w najbliższym czasie.

Symptomatyczne mogą być antyrządowe demonstracje młodzieży, które przed paroma miesiącami wstrząsnęły Marokiem. W zainspirowanych m.in. udanym buntem „pokolenia Z” w Nepalu protestach udział brały przede wszystkim osoby zbyt młode, aby uczestniczyć w Arabskiej Wiośnie. Marokańscy dwudziestolatkowie na równi domagali się swobód obywatelskich oraz praw socjalnych, powtarzając wiele z dobrze już znanych haseł.

Najnowsza eksplozja gniewu społecznego w Maghrebie spotkała się oczywiście z surowymi represjami ze strony władz, tak jak poprzednie, ale wiele wskazuje na to, że ludzie będą buntować się do skutku – jeśli jedno pokolenie poniesie klęskę, to następne znowu upomni się o to samo. Wiosna powróci z nieuchronnością typową dla pór roku. Pozostaje mieć tylko nadzieję, żeby następnym razem nie została ona aż tak bardzo przyćmiona przez (zbyt) długą jesień.

Komentarze

Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
Komentarze w treści
Zobacz wszystkie