Wsparcie Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Profil Zaloguj się

5 głównych cech tuskowej despotii

Po co w ogóle utrzymywać 21 ministerstw i niezliczonych wiceministrów, skoro i tak wszystko zależy od widzimisię jednego człowieka? Nie zasługujemy choćby na słowo wyjaśnienia?

ObserwujObserwujesz

Przyznam, że gdy pod koniec zeszłego roku zadeklarowałem, że w razie przeforsowania reformy PIP zjem swoją czapkę razem z daszkiem, miałem minimalne obawy. Wszak jedna z ludowych mądrości głosi, że nawet nienabita strzelba czasem wypali. Stwierdziłem jednak, że jeśli zdarzy się podobny cud i ustawa firmowana przez ministrę Agnieszkę Dziemianowicz-Bąk przejdzie, to o mojej lekkomyślnej deklaracji nikt nie będzie pamiętał, więc w razie czego cichaczem wywinę się z tego przykrego zobowiązania. Na szczęście już w pierwszych dniach 2026 roku premier Donald Tusk postanowił skrócić mój okres niepewności i jedną decyzją, skwitowaną może ze dwoma zdaniami, wyrzucił projekt do kosza. Zrobił to w sposób tak bezceremonialny, że zaskoczył tym nawet mnie.

Czytaj także Siwiejący mainstream, kanibalizm na lewicy i brauniści w kryzysie wieku średniego Jakub Majmurek

Zaskakujące nie było to, że Tusk zwyczajnie ośmieszył Dziemianowicz-Bąk, która w grudniu radośnie informowała o zaakceptowaniu projektu. Lider Koalicji Obywatelskiej nie raz już dowiódł, że pod względem politycznej brutalności Jarosław Kaczyński wypada na jego tle niczym pluszowy miś. Niespodziewany był fakt, że premierowi nie chciało się uzasadnić swojej decyzji choćby jednym, niekoniecznie nawet sensownym, argumentem. Wyrzucanie do kosza efektu kilkumiesięcznej pracy ministerstwa na podstawie „bo tak zdecydowałem” jest zwyczajnie bezczelne – nie tylko wobec autorów projektu, ale też obywateli. Po co w ogóle utrzymywać 21 ministerstw i niezliczonych wiceministrów, skoro i tak wszystko zależy od widzimisię jednego człowieka? Nie zasługujemy choćby na słowo wyjaśnienia?

Bezceremonialne potraktowanie ministry pracy oraz firmowanego przez nią projektu ustawy wpisuje się w modus operandi obecnego rządu Polski pod wodzą Donalda Tuska. „Pod wodzą” należy tu rozumieć dosłownie, gdyż obecna rada ministrów jest „radą” wyłącznie z nazwy.

1. Silosowość

W radzie z prawdziwego zdarzenia powinna trwać jakaś dyskusja, tymczasem tajemnicą poliszynela jest, że w celu wyeliminowania kłopotliwych rozmów Tusk pozwala na wypowiadanie się na temat omawianych spraw tylko ministrom bezpośrednio w nie zaangażowanym. Gdy projektu reformy PIP próbował bronić minister sprawiedliwości Waldemar Żurek, Tusk miał go błyskawicznie przywołać do porządku, napominając, że to nie jego sprawa. W ten sposób premier pogłębia silosowość polskiego państwa, w którym poszczególne resorty funkcjonują jako zupełnie oddzielne uniwersa, połączone nie jakąś wspólną strategią, lecz wyłącznie strachem przed oddaniem władzy tym drugim.

Owszem, istnieje coś takiego jak umowa koalicyjna, ale to dokument wypełniony po brzegi ogólnikami – i tylko dzięki temu podpisali ją wszyscy koalicjanci. Gdyby zaczęli wchodzić w szczegóły, już na starcie okazałoby się, że obecna większość rządząca to niezbyt udany patchwork. Zresztą nawet te niejasne ogólniki są jawnie łamane. Przykładowo, punkt 17 mówi: „naprawimy i odpolitycznimy media publiczne”, tymczasem w miejsce pisowskiej TVP Info otrzymaliśmy platformianą TVP Info, która różni się od tej pierwszej głównie niższym natężeniem dźwięków wydzielanych przez prowadzących, dzięki czemu nie trzeba już ściszać telewizora.

Poszczególni ministrowie nie czują się więc częścią większego projektu, tylko grupą obcych sobie wasali połączonych osobą feudała. Każdy na swoim wąskim poletku próbuje ugrać tyle, ile się da, nawet jeśli w wyniku drobnych i sporadycznych zwycięstw ucierpi państwo jako całość. W zamian za ten skromny obszar autonomii wasale godzą się na to, że feudał co jakiś czas użyje ich do zrobienia publicznej pokazówki w celu utrwalenia w percepcji społecznej obrazu silnego lidera. Wtedy trzeba tylko na jakiś czas podkulić ogon, a gdy burza minie, można zacząć rozglądać się za kolejną szansą dla siebie.

2. Ręczne sterowanie

Polskim rządem nie kierują procedury i uzgodnione schematy działania, lecz arbitralne decyzje szefa, który przypomina stojącego przed konsolą didżeja, poruszającego różnymi pokrętłami. Sprawa alkotubek przejdzie do historii nie tylko jako przykład niebywałej pazerności i cynizmu producentów alkoholu, ale też jako przykry obraz sposobu zarządzania polską domeną publiczną. Przypomnijmy, że zamiast dokonać odpowiednich zmian legislacyjnych, które wyeliminowałyby możliwość sprytnej sprzedaży alkoholu pod niewinnymi postaciami, Tusk nakazał ówczesnemu ministrowi rolnictwa Czesławowi Siekierskiemu opuszczenie sali i udanie się do swojego resortu w celu jak najszybszego załatwienia sprawy przy pomocy inspekcji jakości artykułów spożywczych. Zwrot „więc Czesław, jeśli mogę cię prosić”, po którym minister grzecznie wstał, pozbierał swoje rzeczy i wyszedł, doskonale podsumował nie tylko pozycję pana Cześka w rządzie, w którym nieprzypadkowo już go zresztą nie ma, ale też sposób zarządzania państwem przez tę patchworkową koalicję.

Czytaj także Premier staje po stronie kanciarzy Piotr Ikonowicz

A przecież po drodze mieliśmy również powódź, gdy premier codziennie organizował kuriozalne zebrania sztabu kryzysowego, podczas których w obecności kamer osobiście przepytywał urzędników i ministrów z tego, jak wykonują swoje zadania. Całe szczęście, że nie założył munduru. Brakowało tylko, żeby wsiadł w ponton i w stroju płetwonurka wyławiał powodzian. Trudno powiedzieć, czemu to miało służyć. Nawet korzyści wizerunkowe były wątpliwe. Jeśli szef rządu musi osobiście zajmować się katastrofą naturalną, to znaczy, że nie potrafił dobrze dobrać sobie ludzi i odpowiednio porozdzielać zadań.

3. Plastyczność

Przyjęło się sądzić, że Donald Tusk jest liberałem, jednak w gruncie rzeczy jego światopogląd jest dokładnie taki, jaki w danej chwili uzna za korzystny. Członkowie rządu siedzą więc jak na szpilkach, gdyż nikt nie jest w stanie przewidzieć, jaką pozycję ideową obrał premier danego dnia – i kogo weźmie na cel. Tusk swego czasu przekonywał, że jest socjaldemokratą, aktualnie jednak przyjął surową pozę prawicowca, bo to zgodne z duchem czasów. Będąc w opozycji określał nielegalnych imigrantów „biednymi ludźmi, którzy szukają swojego miejsca na ziemi”, potępiał pushbacki i szydził z bariery na granicy z Białorusią, nazywając ją płotem. Po przejęciu władzy zaczął twardo bronić granicy, tolerować stosowanie pushbacków i grozić deportacją każdemu legalnemu imigrantowi, który złamie prawo. Po powtórnym przejęciu władzy przez Trumpa, którego podczas kampanii wyborczej w 2023 roku nazywał rosyjskim agentem, zaczął go zwyczajnie małpować, opowiadając o repolonizacji gospodarki i deregulacji, a nawet mianując Rafała Brzoskę na swojego Elona Muska.

Tusk jest za prawem do aborcji, jednak sceptycznie patrzy na uchwalenie prawa do aborcji. W kampanii wyborczej potępiał antyimigrancką retorykę PiS, ale po zabójstwie Polki w Grecji błyskawicznie podliczył Banglijczyków „ściągniętych przez PiS” do Polski, jakby w każdym z nich również czaił się morderca. Niedawno krytykował PiS za niewypełnianie kamieni milowych KPO i utratę miliardów euro, obecnie nie wypełnia kamieni milowych KPO, ryzykując utratę miliardów euro. Ten plastelinowy ludzik nie przywiązuje się do żadnych poglądów i idei, które traktuje czysto instrumentalnie, a z niekonsekwencji uczynił swój atut i znak rozpoznawczy.

4. Ochrona grup interesów

Od początku kadencji część koalicji próbuje forsować rozwiązania, które może i są szkodliwe, ale za to korzystne dla ważnych części elektoratu lub donatorów. Wytrwałość, z jaką PSL i KO walczyły o Bezpieczny Kredyt 0 procent, pomimo krytyki ze wszystkich stron sceny politycznej, była zadziwiająca i trudno jej nie łączyć z hojnym wspieraniem finansowym tych partii przez branżę deweloperską. Koalicji rządzącej finalnie nie udało się również wyprowadzić 5 mld złotych z NFZ do kieszeni przedsiębiorców. Pomimo uporczywego niedofinansowania systemu ochrony zdrowia zmiany te popierała nawet ministra Leszczyna i minister finansów Andrzej Domański, którzy dowiedli, że także są z plasteliny, więc można im wróżyć w KO efektowną karierę. Reforma przeszła przez parlament i zablokowało ją dopiero weto Andrzeja Dudy.

Rozszerzenie uprawnień inspektorów pracy o możliwość zamiany zatrudnienia pozakodeksowego na etaty byłoby sprzeczne z interesami całej rzeszy różnych grup. Wystarczy przypomnieć, że na umowach B2B pracują dostawcy InPostu, którego właścicielem jest odpowiedzialny do niedawna za deregulację Rafał Brzoska.

5. Tępienie wewnętrznych konkurentów

Od czasów politycznego odstrzelenia dwóch ze słynnych trzech tenorów (Rokita, Olechowski, Tusk), którzy wspólnie zakładali Platformę Obywatelską, lider KO pilnuje, by mu pod bokiem nikt za bardzo nie podrósł. Regularnie odbywa się rytualne gnojenie zbyt pewnych siebie współpracowników premiera, którzy mogliby zagrozić jego hegemonii w obozie przeciwników Kaczyńskiego. Podczas obecnej kadencji dotychczas najbardziej dostawało się Katarzynie Pełczyńskiej-Nałęcz, której Tusk nie znosi, gdyż ta nie zawsze mu przytakuje. Na przykład sprzeciwiła się tak zwanemu Kredytowi 0 procent i innym formom wspierania deweloperów poprzez dopłaty do rat kredytów.

Czytaj także Czujny egzekutor Łukasz Najder

Podobna sytuacja dotknęła właśnie ministrę Dziemianowicz-Bąk, która miała na koncie kilka drobniutkich sukcesików: rentę wdowią, tzw. babciowe i wolną wigilię. Niby niewiele, ale wystarczyło – feudał podjął decyzję, by na wszelki wypadek ubić ją już na tym wczesnym etapie wzrastania. Reforma PIP, przy okazji będąca w sprzeczności z interesami części bazy wyborczej premiera, stała się okazją idealną – dwie pieczenie na jednym ogniu. Zaprzyjaźnione grupy interesów są zadowolone, a rzutka polityczka reprezentująca kłopotliwego koalicjanta poznała swoje miejsce w szeregu i już nie pałęta się z podniesioną głową.

„Widzicie, z kim muszę pracować na co dzień” – stwierdził bez ogródek Tusk podczas spotkania z wyborcami w Pabianicach. Metoda na dobrego cara i złych bojarów kojarzy się co prawda bardziej z Kremlem niż Brukselą, ale nasz plastelinowy eurosceptyczny euroentuzjasta czerpie z wielu różnych źródeł. W efekcie pozbył się ze swojego otoczenia wszystkich wartościowych osób i nawet nie ma kandydata do sukcesji. Ale to przecież nie musi być problem. Co prawda nie dysponujemy zaawansowaną technologią klonowania, która umożliwiła imperatorowi Cleonowi z „Fundacji” Asimova dzierżenie władzy przez wieki, ale dynamicznie rozwijana sztuczna inteligencja może stać się tu pomocna. Co prawda trzeba byłoby jeszcze napisać program, ale nadwiślański Musk jest znowu wolny, więc na pewno chętnie ogarnie temat. Oczywiście po taniości, z informatykami na B2B, premier załatwił.

Komentarze

Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
Komentarze w treści
Zobacz wszystkie