Dlaczego Nawrocki prowokuje częściej ataki ekspertów od savoir vivre’u niż merytoryczne polemiki konkurencji? Prawdopodobnie dlatego, że między pomysłami PO a PiS na rządzenie nie widać dramatycznej różnicy.
W ubiegłym roku Kendrick Lamar opublikował Not Like Us, diss i „piosenkę lata”. Wygrał tym samym batalię z Drakiem, rapową maszynką, która od ponad dekady rządzi listami przebojów. Pozostawało kwestią czasu, kiedy polscy artyści przypomną sobie o rapowej agonistyce i wypominaniu kolegom po fachu rzeczy przeróżnych. Tegoroczny sierpień przyniósł pod tym względem erupcję konfliktów nie widzianą od wielu lat: Bedoes wymieniał się „uprzejmościami” z Eripe, a Tede z Tym Typem Mesem. Do tego wszystkiego włączali się przypadkowi statyści.
Na temat tego, co decyduje o sukcesie rapowego paszkwilu, można prowadzić długie spory: począwszy od podkładu przez środowiskową wiarygodność po siłę argumentów czy ujawnionych przez przeciwnika haków. W pogrążonych w permanentnym kryzysie ulicznej przemocy USA beefy i dissy często wychodzą poza studia nagraniowe. Tak stało się również w przypadku konfliktu 27-letniego Bedoesa i dekadę starszego Eripe, którzy pod koniec lipca starli się fizycznie pod hotelem w Kołobrzegu. Było to finałem wieloletnich docinek między samymi raperami, ale też ich ekipami – 2115 i Patokalipsą.
Tede vs Mes, Bedoes vs Eripe
Sekwencję zaprezentowanych przez autorów utworów-zaczepek trudno traktować jako szczyty erystyki – sam Bedoes w bombastycznym, najlepszym w całym starciu Helikopterze w ogniu deklamuje, że „ten beef nie ma sensu, bo ty będziesz cisnąć mnie od grubasa, ja nie chcę pisać piosenek o alkoholizmie”. Jednak tkwiąc w podobnie zaognionej rzeczywistości polityczno-społecznej moglibyśmy wyciągnąć z niej parę ciekawych wniosków, podobnie – a może nawet w większym stopniu – jak ze starcia Tedego i Mesa.
Tych dwóch ostatnich na pierwszy rzut oka nie różni aż tak wiele. To rodowici warszawiacy debiutujący w podobnym okresie co PO i PiS, dzieci rodziców z wyższej klasy średniej (ojciec Tedego to wieloletni szef Biura Trybunału Konstytucyjnego, ojciec Mesa – chirurg). Jednak esencją rapowego starcia na obelgi jest stawianie się na pozycji biegunowo odmiennej niż przeciwnik i jej gloryfikacja. Dlatego Mes zarzuca Tedemu brak potomstwa (co dosyć ironiczne w kontekście całej kariery artysty zachwalającego „alkopoligamię” oraz tytułującego płytę Bukowski), jazdę na rowerze i zabawę resorakami, a Tede Mesowi – że to wszystko dlatego, że „go baba w dupę kopła”.
Bedoes, kojarzony z rapem nowoczesnym, melodyjnym i niestroniącym od wokalnych efektów, zarzucił Eripe brak szacunku dla fanów, ograniczenie zdolności honorowych i pijaństwo. Przeciwnik odpowiedział krytyką awanturnictwa, traktowania rapu jak biznesu i jednoczesnego szydzenia z ludzi pracy. Obaj twórcy wykonują więc światopoglądowe fikołki w tematach terapii, rodzicielstwa i dojrzałości. Różni ich za to wizja samej muzyki – Bedoes preferuje rap progresywny i młodzieżowy, Eripe – konserwatywny i trueschoolowy.
„Cały ten rap” – nostalgiczna podróż przez banały i okrągłe zdania
czytaj także
Trudno przypuszczać, by szeroko dyskutowane w mediach społecznościowych konflikty doprowadziły do większej migracji elektoratów – dobiegający czterdziestki zwolennicy Eripe nadal preferują gry słowne na klasycznych loopach, kibice Mesa – łączenie kultury wysokiej z muzykalnością G-funku, ultrasi Tedego – improwizowaną i znaną od ponad ćwierćwiecza nonszalancję byłego członka Warszafskiego Deszczu, a bedoesiary – chwytliwe refreny, emocjonalność interpretacji i wszechstronność lidera 2115.
Jednak każdy z artystów w mniejszym lub większym stopniu przypomniał o sobie własnej bazie – w niektórych przypadkach pisano o „najlepszej formie od lat”. Publiczność poczuła krew, a pogróżki i obelgi pozwoliły niektórym na wyjście z algorytmicznej próżni, w której w 2025 roku prędzej czy później mogą znaleźć się muzycy niezależnie od choćby kultowego statusu.
Skoro nie widać różnicy…
Zapewne nie przyszłoby mi do głowy rekonstruowanie tych śmiesznych w gruncie rzeczy sporów poważnej publiczności zaangażowanej w naprawę Rzeczypospolitej, z niepokojem patrzącej na postępującą faszyzację kraju. Jednak nawet pobieżne śledzenie doniesień z Polski podczas urlopu sprawiło, że między rapowymi beefami a konfliktem idei na scenie politycznej zacząłem dostrzegać analogie.
Po zaprzysiężeniu Karola Nawrockiego jego przeciwnicy sięgnęli po dobrze znany arsenał zarzutów w sprawie bizantyjskich wydatków na pracę jego kancelarii, luksusowego auta dla głowy państwa, inicjałów wyhaftowanych na mankietach szytych na miarę koszul. Dostało się również pierwszej damie, która padła ofiarą ponadpartyjnych seksistowskich uwag na temat jej wyglądu, ubioru czy życiorysu.
Dlaczego Nawrocki, którego mimo stosunkowo krótkiej obecności w ogólnopolskiej polityce trudno uznać za człowieka bez właściwości, poglądów i linii politycznej, ciągle bardziej prowokuje ataki ekspertów od savoir vivre’u niż merytoryczne polemiki konkurencji? Jak pokazał pierwszy miesiąc jego prezydentury, a zwłaszcza seria zawetowanych w ostatnich dniach ustaw – prawdopodobnie dlatego, że między pomysłami PO a PiS na rządzenie nie widać jakiejś dramatycznej różnicy.
czytaj także
Po zakwestionowaniu wypłacania 800+ niepracującym uchodźcom wojennym z Ukrainy przypominano, że to postulat, który w styczniu, przy pierwszych sygnałach kampanijnej zadyszki, zgłaszał Rafał Trzaskowski, a poparł go w tym sam premier Tusk. Mało tego – gdy Episkopat zachęcił rodziców do tego, by nie pozwalali dzieciom na uczestnictwo w nieobowiązkowych zajęciach z edukacji zdrowotnej w nadchodzącym roku szkolnym, też korzystał z furtki, którą kilka miesięcy temu uchylił taktycznie skręcający w prawo prezydent Warszawy.
Ale nie znęcajmy się nad zdobywcą drugiego miejsca w prezydenckim wyścigu – przykłady bliźniaczego podejścia do polityki można mnożyć. Ministra kultury Marta Cienkowska wraz z dyrektorem Muzeum Historii Polski Marcinem Napiórkowskim zapraszali kilka dni temu na wystawę poświęconą księdzu Popiełuszce. Sama Cienkowska boryka się z przewlekłym kryzysem związanym z działalnością Instytutu Solidarności i Męstwa im. Witolda Pileckiego i nikt poza antypolskimi freakami nie odważyłby się powiedzieć, że problemem jest istnienie samego instytutu – martyrologicznej ambasady, której celem jest przeczekanie wielkiej smuty kadencji PiS w opozycji przez polithistoryczne kadry partii Kaczyńskiego.
„Klamka zapadła, rusza odbudowa Pałacu Saskiego” – donosiła kilka dni temu „Rzeczpospolita”. Przy kolejnej okazji premier z PO i prezydent z PiS licytowali się na zaangażowanie w sprawie budowy CPK. Przypomnę, że nie są to bynajmniej flagowe pomysły koalicji 15 października. Prezydent zapowiedział też weto dla podwyżki podatku cukrowego czy akcyzy na alkohol, które w czasie swoich rządów planował PiS. Politycy Platformy twierdzą, że to nieodpowiedzialne, a więc w odpowiedzi zaczęto im wyciągać wypowiedzi z czasów opozycyjnych, gdy bili w tarabany „sięgania do kieszeni Polaków”. Oczywiście i PiS, i PO sięgają do kieszeni zwykłych Polaków, gdyż panicznie boją się sięgania do kieszeni Polaków najbogatszych. Punkty widzenia zależą od miejsca w ławach sejmowych, ale ogólny kurs podlega tylko drobnym korektom, a nie pogłębionej rewizji.
Lewica zgody narodowej
Trudno się temu dziwić: obie największe polskie partie mają rodowód postsolidarnościowy, prawicowy, obie nienawidzą migrantów i kochają przedsiębiorców, obie padają plackiem przed księżmi katolickimi i wyznają kiczowatą nacjonalistyczną wizję historii. Jakiś czas temu obserwowałem na X dyskusję o tym, co w Polsce pogorszyło się od lat 90. Niewyrażoną explicité tam tezą było to, że od czasów transformacyjno-przedunijnej bidy i przemocy wszystko idzie wyłącznie ku dobremu, dlatego większość krytyki polityków rozpłynie się jak łzy na deszczu.
Nawet lewicowa bańka, od dłuższego czasu przysposabiana do przymknięcia oka na kwestie światopoglądowe i schowanie do kieszeni swoich ekscentrycznych potrzeb w stylu aborcji płodów poczętych w wyniku gwałtu czy tworzenia relacji z osobą tej samej płci, przeciwko dorobkowi III RP ma w zanadrzu głównie argument kryzysu mieszkaniowego.
Jak patriotyczny rap definiuje miejsce kobiet we wspólnocie narodowej?
czytaj także
Argument niebagatelny, owszem – ale czy wystarczający, by oczekiwać, że postulowane przez Adriana Zandberga wysłanie Kaczyńskiego i Tuska na emeryturę dramatycznie zmieni obrzędy, zwyczaje i przekonania polskich władz? Trzy miesiące po tym, jak Razem ogłosiło, że nowe osoby członkowskie walą drzwiami i oknami, nie widać za bardzo efektów w postaci nowych pomysłów na politykę, których i w kampanii przecież nie było zbyt wiele. Również sondaże nie dają wielkich nadziei na wprowadzenie kogokolwiek do kolejnego parlamentu.
W międzyczasie Paulina Matysiak bryluje na wiecach Nawrockiego i lobbuje za CPK, które i tak przecież wszyscy chcą budować. Tragikomiczny duet Biedroń-Śmiszek zachwala z malowniczej Brukseli „antybanderowską” politykę rządu Tuska, która polega na deportowaniu nastolatków do Ukrainy za „podejrzenie posiadania” alkoholu czy rac. Nie sposób sobie wyobrazić, by ktokolwiek próbował zakwestionować coraz bardziej prymitywny, bebechowy, konserwatywny familiaryzm jako wzorzec funkcjonowania w społeczeństwie. Nawet inicjatywy rządowej Lewicy w centrum stawiają właśnie rodzinę czy siłę instytucji, a inne modele wspólnotowości odsyłają do postępowego lamusa.
Dlatego chętniej niż do letnich i miałkich politycznych spinów wrócę sobie do dissów Bedoesa, który zdziera sobie gardło z zaangażowaniem godnym lepszej sprawy, ciskając bluzgami w starszego „rywala”. Czy do Tedego, który już w pierwszym zdaniu ataku na Mesa jest zabawny „Pruje się do mnie Mes Ten Typ/ nigdy nie lubiłem mendy”). Bo nawet jeśli różnice między autorami poszczególnych dissów są sztucznie wyolbrzymiane, to jednak nie zostawiają dużego pola na hamletyzowanie – jesteś z nami albo przeciw nam.
„Wet za wet, odwet wprawia w ruch ten świat” – mruczał Karol Marks podczas pisania kolejnej płomiennej polemiki z przeciwnikami, odkładając w nieskończoność pisanie Kapitału. W dzisiejszej Polsce jest odwrotnie. Bogoojczyźniany konsensus solidarnościowych truskuli bierze w obronę – czy to przed dziwactwami Zachodu, czy przed oskarżanymi po równo przed Polaków i Rosjan o banderyzm Ukraińcami lub umierającymi na granicy uchodźcami – polskie rodziny i polski chleb na polskim stole. Uniemożliwia tym samym kiełkowanie oraz ruch nowych idei.
Sondaże trzymają polskie partie w reakcyjnym uścisku. Nikt nie zgłasza pomysłów, które nie byłyby przebadane na opinii publicznej. Dlatego dwie największe partie nie różnią się zbyt drastycznie pod względem praktyki sprawowania władzy, Konfederaci chętnie spotkają się z nimi na piwie, Razemki na wiecu, a Lewica – w Centrum Rodziny i Deportacji. Ale nie mam też złudzeń: dekadę po słynnej „Polsce w ruinie”, która pomogła PiS-owi dojść na 8 lat do władzy, posiadanie antagonistycznej, różnicującej narracji nadal najłatwiej przypisać właśnie tej partii. Bez polaryzującej kontroferty trudno będzie przekonać kogokolwiek, że jej powrót do władzy to coś więcej niż parę zmian kadrowych w warszawskich instytucjach centralnych.