Narkopolityka

Kolejne stany legalizują zioło, a „dobrzy ludzie nie palą marihuany”

Cztery stany zagłosowały za legalizacją marihuany. Czy administracja Trumpa uszanuje ich wybór?

Trump, Trump, Trump. Na palcach jednej ręki można policzyć „jedynki” „New York Timesa”, na których w listopadzie 2016 nie było nazwiska prezydenta elekta Stanów Zjednoczonych. Wszyscy nerwowo pocieszający się, że jak już go wybiorą, to się uspokoi, przestali się chyba pocieszać. Trump nieustannie zabiega o zainteresowanie – to mianuje rasistę Bannona na swojego najbliższego doradcę, to pochwali przymilnie Putina… Trump w Ameryce, Trump na świecie, w telewizorze, gazecie i w facebookowym feedzie.

Nic więc dziwnego, że newsy o innych głosowaniach towarzyszących wyścigowi o fotel prezydenta USA trafiły chyba tylko do zawodowych działaczek i aktywistów. A kiedy cały świat emocjonował się starciem Hillary Rodham Clinton i Donalda Johna Trumpa Amerykanie z różnych stanów decydowali o 154 innych sprawach. W pięciu głosowano nad płacą minimalną, tyle samo referendów dotyczyło służby zdrowia, mieszkańcy czterech głosowali nad regulacją dostępu do broni. Wreszcie, aż dziewięć lokalnych referendów dotyczyło legalizacji marihuany. I o ile wynik wyborów prezydenckich mógł dla wielu być zaskoczeniem, to w przypadku marihuany nie doszło do sensacyjnego zwrotu akcji. Amerykanie chcą po prostu uregulować to, jak rzeczywiście używają dziś konopi. Pierwsze stany wprowadziły w życie prawo przegłosowane w listopadzie już dzień po wyborach, inne robią to właśnie teraz.

Arkansas, Floryda, Montana i Północna Dakota powiedziały „tak” medycznej marihuanie. Mieszkańcy Kalifornii, Massachusetts, Maine i Newady już niedługo będą mogli w pełni legalnie odpalić sobie blanty. Z promarihuanowego frontu wyłamała się tylko Arizona, gdzie poparcie dla rekreacyjnego użycia marihuany nie przekroczyło wymaganych 50%.

W każdym ze stanów Amerykanie głosowali nad innymi regulacjami. Czy tak, jak chcieli tego entuzjaści palenia, legalizacja w Kalifornii będzie ostatnim krokiem do legalizacji marihuany w całych Stanach Zjednoczonych? Co zmienia wybór Trumpa? Czy pozytywny wynik referendum gwarantuje zmianę prawa? I jak dokładnie będzie ta zmiana wyglądała?

Sadzić, palić, zalegalizować? Łatwo powiedzieć

4 razy tak. Ale jak?

W roku 2016 wiele z tego, co przed kilkoma laty uznawaliśmy za niemożliwe, nagle stało się możliwe. Z jednej strony Trump z Faragem triumfują i ściskają się na tle ociekających złotem drzwi, ale z drugiej coraz częściej pytanie: „Czy legalizować marihuanę na użytek rekreacyjny?” zastępuje pytanie: „Jak to zrobić?”. Kanada, zgodnie z obietnicami wyborczymi Justina Trudeau, właśnie pracuje nad legalizacyjnym prawem, która ma wejść w życie już na wiosnę bieżącego roku. Urugwajski eksperyment trwa od trzech lat. Wysokiej jakości zioło można palić w Kolorado całkowicie legalnie od 2012 roku.

Akces do grupy marihuanowych pionierów legalizacji zgłosiły 8 listopada cztery kolejne stany. Ostateczny kształt ustaw przedłożonych do głosowania wykuwał się w długich bataliach między aktywistami, lobbystami, zwolennikami i przeciwnikami liberalizacji reżimu narkotykowego. Oto założenia, które znalazły się w poszczególnych projektach.

Arizona: Proposition 205

Osoby, które ukończyły 21 lat, miałyby zyskać prawo do używania, posiadania, wytwarzania, rozdawania i transportowania marihuany. Użytkownicy mogliby posiadać do jednej uncji (ok. 28 gramów) zioła i używać go jedynie w domu. Limit dla upraw własnych miałby wynosić 6 krzaków. Złamanie prawa nie byłoby przestępstwem, tylko wykroczeniem, zagrożonym mandatem do 300 dolarów.

Wdrażanie prawa, włącznie z wydawaniem licencji handlowych leżałoby na barkach siedmioosobowej komisji wyznaczanej przez gubernatora stanu. Produkty z konopi sprzedawane byłyby w sklepach, a piętnastoprocentowy podatek pochodzący z ich sprzedaży zasilałby budżet służby zdrowia oraz oświaty.

Nie będzie ani sześciu krzaków, ani nawet jednego. Nie będzie sklepów, ani podatków, ani uncji na własny użytek. Okazało się, że republikańscy politycy całkiem skutecznie nastraszyli wyborców, że przez marihuanę dzieci nie skończą szkoły. 51,32% zagłosowało przeciwko legalizacji, 48,68% było za.

Kalifornia: Proposition 64

Rekreacyjne użycie, handel oraz uprawa marihuany zostają zalegalizowane mocą prawa stanowego dla osób, które ukończyły 21 lat. Posiadać można do jednej uncji marihuany i sześciu krzaków. Regulacją branży zajmą się publiczne instytucje wyznaczone przez władze stanu. Podatek od sprzedaży detalicznej wyniesie 15%, a uprawa zostanie opodatkowana na poziomie $9,25 od uncji kwiatostanu, oraz $2,75 od uncji liści. Opakowania oraz reklamy podlegać będą ścisłym standardom marketingowym wyznaczonym przez władze stanowe, które zabraniać będą reklamy skierowanej bezpośrednio do nieletnich.

Kalifornijskie referendum nie dotyczyło jedynie regulacji sprzedaży i konsumpcji zioła. Autorzy i autorki Proposition 64 wyszli z założenia, że jeśli marihuana będzie legalna, to należy również zmniejszyć wyroki dla tych, którzy handlowali nią dotychczas i wyczyścić kartoteki tym, którzy swój wyrok już odsiedzieli. Ten zapis wzbudzał chyba najwięcej kontrowersji, ale nie przeszkodziło to w przyjęciu przełomowego prawa.

Legalizacja w USA: biznes białych i bogatych

57% za. 43% przeciw. Proposition 64 weszła w życie już dzień po głosowaniu, 9 listopada 2016. Na otwarcie sklepów z marihuaną trzeba będzie jednak poczekać w Kalifornii jeszcze rok, do 1 stycznia 2018.

Massachusetts: Question 4

Osoba dorosła (ukończone 21 lat) może posiadać do dziesięciu uncji marihuany w domu i uprawiać nie więcej niż 6 krzaków. Poza domem można mieć przy sobie do jednej uncji zioła. Podatek na produkty marihuanowe będzie składał się z podatku od sprzedaży detalicznej (6,25%) oraz specjalnego podatku dotyczącego jedynie zioła (3,75%). Powołana zostanie Komisja Nadzoru nad Marihuaną, która zajmie się licencjonowaniem legalnych punktów sprzedaży zioła.

Za zmianami zagłosowało 54%, przeciw 46%. Lansowana przez przeciwników legalizacji wizja upalonego synalka i sklepów z ziołem, których miało być więcej niż McDonaldsów i Starbucksów była chyba po prostu zbyt przegięta.

15 grudnia 2016 roku weszły w życie regulacje dotyczące posiadania i uprawy marihuany. Ale zgodnie z ustaleniami cały proces wdrażania prawa zajmie jeszcze sporo czasu. Pierwsze sklepy otworzą się najwcześniej dopiero 1 lipca 2018 roku.

Maine: Question 1

Mieszkańcy Maine odpowiadali w referendum na następujące pytanie: „Czy chcesz zezwolić na posiadanie oraz używanie marihuany osobom, które ukończyły 21 lat, oraz zezwolić na uprawę, wytwarzanie, dystrybucję, testowanie, oraz sprzedaż marihuany i produktów pochodnych na podstawie regulacji, prawa podatkowego i ogółu obowiązującego prawodawstwa stanowego?”. Nie znalazłem statystyk, które mówiłyby, ilu ludzi doczytało to nienaturalnie długie pytanie do końca, ale odpowiedziało na nie ponad 743 tysiące osób. Szczegóły reformy z Maine są bardzo podobne do tych z innych stanów. Palenie w domu, nie w miejscach publicznych. Maksymalna liczba posiadanych krzaków to sześć, a wysokość podatku 10%. W stanie Maine użytkownicy będą mogli mieć przy sobie trochę więcej marihuany, bo aż do 2,5 uncji.

Różnica między zwolennikami i przeciwnikami wyniosła w Maine zaledwie 2,6 tysiąca głosów. Jeszcze kilka tygodni po głosowaniu nie było wiadomo, czy Maine zalegalizuje marihuanę, ponieważ konserwatyści zażądali ponownego przeliczenia głosów, ale po miesiącu wycofali się z tego pomysłu. Ostateczny legalizacja wygrała: 50,17% do 49,83%.

Prawo wejdzie w życiu 30 stycznia 2017 roku. Republikański gubernator Paul LePage grał na nerwach zwolennikom palenia i zaraz po głosowaniu mówił, że uzależnia swój stosunek do reformy od tego, czy prezydent elekt Trump podtrzyma obecną politykę i nie będzie egzekwował federalnego zakazu posiadania marihuany. Ostatecznie odpuścił jednak i zatwierdził referendum na początku stycznia.

Newada: Question 2

Granica wieku pozwalająca cieszyć się paleniem marihuany w Newadzie nie różni się od tej w innych stanach: 21 lat. Amatorzy marihuanowego ogrodnictwa będą musieli zadowolić się maksymalnie sześcioma roślinkami i zgodnie z prawem uprawiać je można będzie jedynie w „pomieszczeniu zamykanym na zamek”. Limit posiadania też nie różni się od tych proponowanych w większości stanów: jedna uncja. Podatek od sprzedaży marihuany ustalono natomiast na nieco wyższym poziomie: 15%.

Do reformy udało się przekonać 54% głosujących. Prawo weszło w życie wraz z początkiem 2017 roku. Jednak nie oznacza to, że mieszkańcy Newady mogą już przebierać w słoiczkach z różnymi gatunkami zioła ustawionych na sklepowych półkach. Do połowy 2018 roku licencje wydawane będą jedynie dystrybutorom medycznej marihuany.

Co zrobi Trump?

Referenda nad przyszłością marihuany odbywały się na poziomie stanowym, bo to obecnie jedyny sposób na skuteczną legalizację w Stanach Zjednoczonych. Prawo federalne nie pozostawia w kwestii rekreacyjnego użycia żadnych wątpliwości: posiadanie zioła jest przestępstwem, za które grozi nawet do 3 lat więzienia. Widełki karne za handel rozciągają się aż do dożywocia.

Rzeczywistość dość poważnie rozbiega się z zapisami prawnymi, dlatego obecnie władze stanowe mają wolną rękę w stanowieniu prawa regulującego spożycie, uprawę i obrót marihuaną. Nie jest to jednak stabilna sytuacja. Wiele zależy od postawy prezydenta i prokuratora generalnego stojącego na czele Departamentu Sprawiedliwości.

Już 20 stycznia Trump przeprowadzi się ze swojej nowojorskiej wieży do Białego Domu w Waszyngtonie i rozpocznie kadencję 45. Prezydenta Stanów Zjednoczonych. Wpływać będzie mógł już nie tylko na swoich followersów z Twittera, ale na życie milionów Amerykanów. Trudno powiedzieć cokolwiek o poglądach człowieka, który zwykł zmieniać je kilka razy dziennie, ale akurat w przypadku marihuany nie wydaje się on zagorzałym zwolennikiem prohibicji.

Prezydent elekt Trump wielokrotnie zastrzegał, że szanuje prawo poszczególnych stanów do ustalania swoich własnych regulacji odnośnie marihuany. I ani razu nie mówił, że zamierza wpływać na stanowe prawo w tym zakresie. Oczekujemy od ludzi, którym prezydent powierzy najważniejsze stanowiska w państwie, że będą działać w zgodzie z jego postawą – dyplomatycznie mówi mi Mason Tvert z Marijuana Policy Project w Kolorado, zapytany o obawy związane ze zmianą w Gabinecie owalnym.

Po 20 stycznia może okazać się, że największym problemem wcale nie będzie narcystyczny wielbiciel Władimira Putina z Trump Tower, tylko właśnie ci, którzy wraz z nim obejmą stery amerykańskiej administracji. – Praktycznie każda osoba nominowana przez Trumpa ma bardzo wrogie podejście do reformy prawa regulującego marihuanę – sceptycznie zauważa Paul Armentano, zastępca dyrektora National Organization for the Reform of Marijuana Laws, organizacji działającej na rzecz legalizacji od 1970 roku.

Najbardziej dobitnym potwierdzeniem tej tezy jest postać, która będzie miała najwięcej do powiedzenia w sprawie konfliktu drakońskiego prawa federalnego i progresywnych zmian na poziomie stanowym, czyli przyszły szef Departamentu Sprawiedliwości, Jeff Sessions. W kwietniu zeszłego roku zasłynął on stwierdzeniem, że „Dobrzy ludzie nie palą marihuany”. Już jako nominowany na pozycję prokuratora generalnego wypowiadał się dużo bardziej zachowawczo. Odpowiadając senatorom wypytującym go o marihuanę, unikał jednoznacznych deklaracji. Ale przypomniał, że Kongres ustalił takie, a nie inne narkotykowe prawo, a do obowiązków Prokuratura Generalnego należy jego egzekwowanie.

– Z pewnością byłoby to dość kontrowersyjne, gdyby senator Sessions zdecydował się działać wbrew linii prezydenta, który go wyznaczył – komentuje Mason Tvert. – W amerykańskim społeczeństwie narasta przekonanie, że nasz rząd federalny nie powinien marnować pieniędzy podatników na egzekwowanie skompromitowanego prawa narkotykowego. Senator Sessions, czy ktokolwiek, kto zostanie wyznaczony na stanowisko prokuratora generalnego nie powinien działać przeciwko prawu, za którym głosowali obywatele – mówi Tvert.

W czasach kiedy pewną kandydatką na stanowisko prezydenta była w zbiorowej wyobraźni Hillary Clinton, o referendum w Kalifornii mówiono w kategoriach próby generalnej do legalizacji ogólnokrajowej. Mieszkańcy najbardziej licznego stanu (blisko 40 milionów) USA powiedzieli „tak” paleniu jointów, ale o zmianach w prawie federalnym nie marzą już nawet najbardziej dziarscy działacze. – To się nie wydarzy. Nie ma takiej opcji w ciągu najbliższych czterech lat – ocenia pesymistycznie Armentano z NORML. – W tym roku zależy nam przede wszystkim na tym, żeby obronić to, co udało się wygrać w stanowych referendach.

Legalizacja w Kolorado, Waszyngtonie, Alasce i Oregonie jest raczej bezpieczna. Żaden polityk nie chciałby ryzykować potężnego wzrostu bezrobocia, którym skończyłoby się cofnięcie legalizacji w warunkach działającego od kilku lat biznesu. Co wydarzy się w czterech stanach, które zagłosowały na tak przy ostatnich wyborach? Więcej dowiemy się pewnie w pierwszych tygodniach po prezydenckiej inauguracji, ale wszystko zależy od tego, jak rozłożą się siły między Departamentem Sprawiedliwości, Białym Domem i mieszkańcami Kalifornii, Massachusetts, Maine i Newady.

Bio

Dawid Krawczyk

| Reporter Krytyki Politycznej

Autor reportaży, wywiadów, analiz i recenzji. Absolwent Filozofii i Filologii angielskiej na Uniwersytecie Wrocławskim. W Krytyce Politycznej od 2011 roku. Redaktor działu Narkopolityka poświęconego krajowej i międzynarodowej polityce narkotykowej. Publikował między innymi w Magazynie Świątecznym “Gazety Wyborczej” oraz polskiej edycji “Le Monde Diplomatique”. Tłumaczenia jego tekstów ukazywały się w językach: angielskim, czeskim, rumuńskim, węgierskim i włoskim.

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.