Narkopolityka

Grzybki, które leczą, czyli czescy hipisi mają receptę na twoje problemy

krecik-bajka-czechy

Kiedy będziemy raczyć się grzybkami na sesjach u psychoterapeutów? Może nie dziś i nie jutro, ale podobno warto wyczekiwać tego momentu. Czesi już nad tym pracują.

„Musisz przyjechać”, powiedziała mi koleżanka z Czeskiego Stowarzyszenia Psychodelicznego. „Po prostu musisz! W Pradze będzie Million Marihuana March, musisz to zobaczyć”.

Serio? Kolejny marsz wyzwolenia konopi? Co tam jest do oglądania? Kolejna zielona impreza z wegańskim jedzeniem, rasta czapkami i reggae? Dostałem jednak konkretne zadanie: zrobić warsztaty testowania substancji psychoaktywnych, więc pojechałem. I tak trafiłem do słowiańskiej stolicy hipisów.

czechy-narkopolityka-3
Fot. Jerzy Afanasjew

Czeski sen o legalizacji

W Czechach niby odstępuje się od karania za małe ilości, jednak policja nigdy nie odpuści łatwej okazji na produkcję mandatów. Kiedy tylko dotarłem na protest, jak spod ziemi wyrośli policjanci w cywilu i wylegitymowali chłopaka stojącego obok mnie. Próbował uciekać i z miejsca został zatrzymany. No, nieźle. To był chyba ten moment, żeby wejść głębiej w tłum.

Marsz za legalizacją był z jednej strony przewidywalnym, z drugiej jednak absurdalnym doświadczeniem. W konopnym miasteczku namiotowym, obok takich organizacji praw człowieka i redukcji szkód jak Amnesty International, Hard&Safe czy Czeskie Stowarzyszenie Psychodeliczne (CZEPS), reprezentowałem Społeczną Inicjatywę Narkopolityki. Wszyscy opowiadamy się za dekryminalizacją posiadania narkotyków, a część z nas angażuje się też na imprezach w tripsitting – w opiekę nad ludźmi, których chwilowo przerósł odlot. CZEPS, tak samo jak SIN, prowadzi badania związane z substancjami psychoaktywnymi. Czechów najbardziej interesują psychodeliki.

Zglobalizowani hipisi

Na stoisku CZEPS spędziłem czas z młodymi wolontariuszami. Informatyk, aktorka, operatorka filmowa, jednak bardziej niż wolne zawody łączy ich ciekawość odmiennych stanów świadomości. Fascynują się tzw. „świętymi roślinami”, czyli naturalnymi substancjami psychoaktywnymi, stosowanymi od tysiącleci w różnych rdzennych kulturach. Już pierwszego dnia naszej krótkiej (acz intensywnej) znajomości do śniadania zaproponowano mi kratom – słaby i naturalny opioid. „To wcale nie opioid, to stymulant, świetny do pracy”, mówili. Pozostaje mi wierzyć na słowo, bo jednak się nie skusiłem. Podobne propozycje towarzyszyły mi przez cały dzień. Po południu wjechało coś przedstawionego jako „rytualne indiańskie tytonie”. Naprawdę spadły mi kapcie. Siedząc w pomieszczeniu spowitym kłębami dymu zastanawiałem się nawet, czy to nie jest plan filmowy kolejnego odcinka podróży tego typa, co boso jeździ przez świat.

– To jest dziadeczek, tak na to mówią Indianie – powiedział Maks proponując mi mapacho, płynną nikotynę z peruwiańskiej machorki. Stosuje się ją przed ceremonią ayahuasci, a ponieważ mapacho nie wolno sprowadzać do Unii, w tych warunkach był to niezwykły rarytas. Grzechem byłoby nie spróbować, więc rozlaliśmy nieco na dłoń, wciągnęliśmy jak tabakę i… chyba mieliśmy medytować?

Tabaka całkiem przyjemna, ale ezoteryczna strona narkotyków to już dla mnie za dużo. Maks zniknął na chwilę, aby zaraz zaproponować mi oraz znajomej aktorce ceremonię rapé, tym razem sproszkowanej indiańskiej tabaki. Uprzejmie podziękowałem i postanowiłem obserwować. Zamknęli oczy, dotknęli się głowami. Puf! Maks dmuchnął w specjalną rurkę i rapé wystrzeliło prosto do nosa dziewczyny. Dociekliwie wypytywałem o wrażenia, ale rozmowa niebezpiecznie zeszła na czakry.

Chcecie trochę grzybów?

Wróciłem na Žižkov spotkać się z przyjacielem i pogadać o jego ostatnim stażu. Pracował przy badaniach nad grzybami w szpitalu psychiatrycznym w Bohonicach, gdzie 50 lat wcześniej Stanislav Groff eksperymentował z terapeutycznym użyciem LSD.

W Czechach co roku grzybki obsypują nawet kampus uniwersytecki. W tym sezonie halucynkami obrodziło podobno niesamowicie. To nie były jakieś tam coroczne zbiory, tylko prawdziwe żniwa, jak poznałem po ledwo domykającej się  zamrażarce znajomych.

Kiedy wieczór miał się ku końcowi, udaliśmy się do mieszkania rzeczonego przyjaciela, gdzie znalazłem oczywiście jeszcze więcej psychodelicznej flory. W salonie całkiem kameralnie rosło pnącze z LSA, naturalnym halucynogenem. „Prezent od kolegi z pracy ze szpitala”, rzecz jasna. Zanim usiedliśmy do tematu badań, zostałem poproszony o wkroplenie do oczu przyjaciela Sanangi. „Sananga robiona jest przez plemiona z korzeni i kory krzewu Tabernaemontana undulata. Ta święta szamańska medycyna używana jest do uzdrawiania fizycznych i duchowych dolegliwości. Oczyszcza umysł, dodaje energii i otwiera na nowe postrzeganie”, czytam później w internecie. Jedyny efekt to „oczyszczający ból”. Niektórym ponoć pomaga też na wzrok. Dobra, tych czeskich Indian starczy mi na najbliższy czas…

Psychodeliczny renesans

Przy każdym kolejnym zaproszeniu do przyjęcia coraz to dziwniejszego liścia, korzenia, czy proszku miałem swego rodzaju historyczne déjà vu. Gdzieś to już było przecież grane. Jakieś 50 lat temu pokolenie kontrkultury próbowało rozwiązać wszystkie problemy, od psychicznych po polityczne, zjedzeniem kwasa Orange Sunshine, czyli LSD-25. Tymczasem „zbawienie świata”, na które liczyli kwasowi chemicy tacy jak Tim Scully, nie okazało się ani spektakularne, ani skuteczne – nie okazało się w ogóle.

Duchowa rewolucja była falstartem, zamiast pokoju na świecie dostaliśmy iPhone’a, a psychodeliki zdelegalizowano – podobno z obawy przed pacyfistami. Dlaczego więc na całym świecie wracają badania na temat innych stanów świadomości?

Po pierwsze – to koniec z rewolucją transpersonalną

Dla naukowców pierwszym krokiem jest ustanowienie protokołu postępowania z substancją. Dzisiejsze badania posługują się farmakologią i nauką o uzależnieniach, a nie transpersonalnym paradygmatem naukowym. Psychodeliki mają dziś służyć do spojrzenia wewnątrz siebie a nie podróży astralnych. Podczas jednej z ostatnich wypraw czeski doktor psychiatrii Filip Tylš wybrał się do szamańskiego szpitala w dżungli udokumentować EEG mózgu w trakcie tradycyjnego rytuału ayahuasci. Odmówiono mu, bo „ważne, że działa, nie jak działa”.

Po drugie – znamy ryzyka i wiemy jak ich uniknąć

Wiemy już nie tylko, co może działać, ale poznajemy jak działa. Współczesne badania dużo bardziej niż w przeszłości przywiązują wagę do procedur, kontrolują wpływ badacza, są ankiety, protokoły, placebo, EEG i FMRI. W latach 60. LSD dawano autystycznym dzieciom, a nawet zabito nim słonia. Dziś najważniejszym jest przewidzieć, jak lek zadziała . Nauka coraz lepiej zna najpopularniejsze substancje i wraca do nich od strony farmakologii, pyta, jak działają na mózg w odniesieniu do istniejących modeli, np. schizofrenii.

Po trzecie – wojsko ma nowe priorytety

Zawdzięczamy mu internet czy loty w kosmos, ale bardzo możliwe, że podziękujemy mu też za tripowanie. Dziś najwięcej profesjonalnych żołnierzy nie umiera w efekcie obrażeń, ale przez samobójstwo w wyniku stresu pourazowego (PTSD). Amerykańskie wojsko, które pół wieku temu próbowało zmilitaryzować LSD, dziś widzi potencjał w obcięciu wydatków socjalnych szybkimi i skutecznymi sesjami z MDMA. Zespół PTSD jest dziś głównym obiektem terapii z użyciem „emki” właśnie, a badacze na konferencjach chwalą się zdjęciami z pentagonu.

Po czwarte – odwilż w polityce narkotykowej

Nad Wełtawą po legalizacji medycznej marihuany trwa również ocena innych narkotyków pod kątem przydatności w medycynie. Jeśli substancja zda egzamin, zyskuje status taki, jak medyczna marihuana. Wielu naukowców eksperymentujących w latach 60. nadal jest aktywnych i wspiera nowe pokolenie. Psychodeliczna kultura w Czechach kwitnie również dlatego, że nie ma tam zwyczaju karania za posiadanie małych ilości narkotyków, a po ceremoniach ayahuasci bogaci biznesmeni nierzadko sami chcą wspierać dalsze badania. Taki mają klimat.

Indiańska klatka faradaya

„Psychodeliki są transformacyjne”, mówił mi Filip Tylš w Psylocybinarium, specjalnym pomieszczeniu, gdzie odbywają się psychodeliczne sesje w podziemiach Narodowego Instytutu Zdrowia w Czechach. Stanęliśmy w jedynej indiańskiej klatce faradaya (pomieszczeniu odpornym na zakłócenia pomiarów elektrycznych), jaką widziałem w życiu.  Przez wielkie metalowe drzwi weszliśmy do innego świata, pełnego szamańskich inspiracji. Fotel, poduszki i łóżko pacjenta pokryte były kolorowymi, geometrycznymi wzorami. Na ścianach wisiały południowoamerykańskie gobeliny, a na szafce znajdowały się kadzidła, lawenda, ezoteryczne święte drzewo palo santo, a nawet… statuetka buddy. Naukowcy uwzględniają wpływ dekoracji w badaniu i stosują to, co pasuje grzybowym ochotnikom.

czechy-narkopolityka
Psylocybinarium. Fot. Jerzy Afanasjew

 

Dziś badania psylocybiny czy MDMA są prowadzone w kierunku zintegrowanej terapii. Przeszkolony psychoterapeuta, zanim poda lek oceni, czy pacjent nie zrobi sobie krzywdy. Czesi chcą nie tylko legalizacji medycznej psylocybiny – zależy im przede wszystkim na stworzeniu metody psychoterapii dla wszystkich, nie tylko bogaczy i naciągaczy. Na razie przez badania mózgu i EEG próbują przewidywać efekt antydepresyjny.

Zgodnie z teorią Groffa (guru badań nad LSD z lat 60.) psychodeliki to wzmacniacze, pozwalają błyskawicznie nawiązać więź z terapeutą i zintegrować doświadczenie, co inaczej trwałoby miesiącami lub latami.

czechy-narkopolityka-2
Fot. Jerzy Afanasjew

Idée fixe

Zanim jednak grzybki, kwasy i piguły trafią do aptek, muszą przejść żmudne badania: od prób na szczurach, przez te na zdrowych pacjentach, w końcu po chorych i grupy kontrolne. Dziś prowadzi się badania na temat przewidywania efektów MDMA i psylocybiny. Filip i jego szef, Tomás (obydwaj są doktorami psychiatrii), badali też na zwierzętach DOB, LSD, DOI, DMT, 2C-B, ale psylocybina najbardziej przypadła im do gustu. Działa tylko na receptory serotoninowe przez optymalne 6 godzin. Nie powoduje częściowej amnezji jak ketamina, też stosowana w leczeniu depresji.

W przyszłości Filip i Tomás nie wykluczają zajęcia się badaniami nad LSD, które działa nawet 10 godzin i oddziałuje również na dopaminę. Ich największe marzenie to porównać pracę mózgu podczas tradycyjnej ceremonii DMT w dżungli z tym samym wywarem spożytym u nich w laboratorium.

W 2004 r. Tomás rozpoczął prace z MDMA na zwierzętach, a w 2014 w tym samym pokoju szpitala psychiatryczego w Bohonicach, w którym pół wieku temu eksperymentowano z LSD, powstało pierwsze psylocybinarium. Na wyprawę do dżungli część pieniędzy już zebrali, a na badanie grzybowej terapii depresji organizują crowdfunding.

Psychodeliczny kołcz

Leczenie depresji grzybami to nie jedyne ambicje Czechów. W badaniach dr. Carharta-Harrisa w Imperial College w Wielkiej Brytanii z 12 pacjentów, których przez osiemnaście lat leczono antydepresantami, po 3 miesiącach od sesji z psylocybiną siedmioro nie wykazywało już jej symptomów. Zwykłe antydepresanty zawodzą zaś aż połowę pacjentów. –  Sesje z depresją są ryzykowne – przyznaje Filip. Ale dodaje również: – Lecz trudne doświadczenia to nie zawsze złe doświadczenia, a więc mogą okazać się szczególnie terapeutyczne – mówi. Zdaniem Czechów psylocybina może okazać się skuteczna nie tylko w leczeniu depresji, ale i… pracach terapeutycznych nad rozwojem osobowości.

Filip przyznaje jednak, że osobiście nie próbowałby psychodelików na maniakach czy schizofrenikach.

Filip Tylš
Filip Tylš. Fot. Jerzy Afanasjew

Zapraszamy do Psylocybinarium

Kiedy będziemy raczyć się grzybkami na sesjach u psychoterapeutów? Może nie dziś i nie jutro, ale podobno warto wyczekiwać tego momentu. Na razie na liście chętnych do udziału w badaniu Filipa i Tomása  jest już 200 osób. Trzeba spełnić precyzyjnie określone wymagania: m.in. nie brać leków, nie mieć historii chorób psychicznych w rodzinie, a także… być praworęcznym.

Szybciej niż grzybów w leczniczym mainstreamie powinniśmy spodziewać się terapeutycznej ekstazy. MDMA jest już w trzeciej i ostatniej fazie badań klinicznych, a prowadzący je naukowcy z MAPS (Wielodyscyplinarnego Stowarzyszenia Badań Psychodelicznych) właśnie dostali 5 mln dolarów od… entuzjastycznego producenta mydła. Rick Doblin, szef MAPS, prorokuje, że piguły pojawią się u amerykańskich psychiatrów już w 2021 roku.

**
Chcesz dowiedzieć się więcej o roli psychodelików w XXI wieku? Międzynarodową Konferencja Transpersonalna w Pradze odbędzie się w dniach 28.9-1.10.2017.

 

Bio

Jerzy Afanasjew

| Badacz narkotyków
Student piątego roku socjologii i aktywista redukcji szkód. W Instytucie Socjologi Uniwersytetu Warszawskiego pisze pracę magisterską o dopalaczach. Zajmował się problematyką polityki narkotykowej na stażach w „Romanian Harm Reduction Network” w Rumunii oraz w „Check!t” w Portugalii i „Energy Control” w Hiszpanii. W Społecznej Inicjatywie Narkopolityki prowadzi laboratorium poświęcone wykrywaniu nowych substancji psychoaktywnych.

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.

Czesi są jedynymi ateistami w Europie co nie lubią muzułmanów. Dziwny to naród, ale dobrze robią.

Nie było żadnego zamachu terorrystycznego w Londynie? Nie słyszeliście o nim, żyjecie w innej rzeczywistości?

Jak nazwiecie to marksistowskim żargonem.

Widzę, że jesteście bardzo wrażliwi na swoim punkcie. Po usunięciu komentarza zapytam jeszcze raz: czy zjawisko wzmożonych zamachów terrorystycznych dokonywanych przez muzułmanów w ogóle was interesuje i czy w ogóle zamierzacie napisać o podwójnym zamachu w Londynie, w których zginęło 7 osób i ok. 50 zostało rannych.

Marksizm, tak jak każda idea zbudowana na wynaturzeniu i kłamstwie nigdy nie zdobędzie szerszej popularności, tak jak głoszone w powyższym artykule panacea hippisowskie.

Ach, już teraz dobrze rozumiem różnice pomiędzy Polakami, Niemcami i Czechami. Polacy chcą być zwycięzcami i rządzić, Niemcy chcą być przegranymi niewolnikami, a Czesi stawiają po prostu na miłość i pokój, co dobrze pokazuje ich szlachetność. Ach, kochane pepiki. W zasadzie w Polsce słowo "pepiki" jest jednak używane przeważnie w kontekście nienawiści, obrażenia i poniżenia czeskiego narodu, choć nie zawsze do końca celowo i świadomie, ale zawsze pogardliwie.