Film

Popędy i rodzice, czyli młode kino w imadle

Młodzi twórcy na pewno odrabiają lekcję z tego, jak robi się kino, jakie filmy podobają się krytykom i zdobywają nagrody na festiwalach.

Przed chwilą zakończył się 36. Festiwal Debiutów Filmowych w Koszalinie „Młodzi i film” a na gali otwarcia mieliśmy okazję obejrzeć film Andrzeja Wajdy (który był tłem, patronem i motywem przewodnim tegorocznego festiwalu) Przekładaniec, w którym Bogumił Kobiela wciela się w rolę zgnębionego kierowcy rajdowego, borykającego się z różnymi przejmującymi nad nim kontrolę tożsamościami. „Jestem w takim imadle” mówi Kobiela, po czym zaczyna szczekać, maluje usta i odchodzi. W imadle są też widzowie młodego polskiego kina i sami twórcy, którzy w swoich filmach oscylują pomiędzy tematem niemożliwości funkcjonowania w społeczeństwie a tęsknotą za ciepłem, rodziną i zrozumieniem, trochę chcieliby zniszczyć ten świat, a trochę umościć się w nim, jak w pięknym, wygodnym pokoiku.

Wnuki akowców i wnuki ubeków idą do kina

Zakładam, że wizytówką festiwalu nie miał być pierwszy pełnometrażowy film pokazany w Koszalinie. Solace to obraz przypominający siedemdziesięciominutową reklamę. Reklamę nie wiadomo czego, bo przecież reklamy luksusowych perfum, ubrań, samochodów niczym się od siebie nie różnią. Dwie modelki (jedna trochę starsza) i model wiją się w konwulsjach nad brzegiem oceanu, zdjęcia są czarno-białe, widzimy piękne ciała, słyszymy kontrabas oraz setki pytań takich jak: Czy miłość się kończy? Pytania zadawane są przez kobietę, po angielsku i nie trudno sobie przypomnieć, że ten sam głos już nas o coś pytał. Można pokusić się o tezę, że rynek zniszczył nasze postrzeganie uczuciowości, melancholii i kina, ale byłaby to zapewne przesada. Solace fetyszyzuje kobietę cierpiącą, odrzuconą i lamentującą nad upływającym czasem (który w jej przypadku objawia się trzema zmarszczkami na twarzy), to nie ten obraz jest jednak wizytówką festiwalu, ale reakcje publiczności, młodszej i zdecydowanie bardziej nowoczesnej niż twórcy. To publiczność wytyka absurdy, zarzuca filmom stereotypowe traktowanie kobiet, śmieje się na sali kinowej, dyskutuje i komentuje. To chyba największa siła koszalińskiej imprezy. Filmowcy są w Koszalinie zmuszeni do skonfrontowania się z opiniami widzów, którzy niejednokrotnie nie mają litości.

 

Młodzi twórcy na pewno odrabiają lekcję z tego, jak robi się kino, jakie filmy podobają się krytykom i zdobywają nagrody na festiwalach. Filmy Fale i Diversion end to bardzo różne, ale jednocześnie bardzo podobne sposoby na robienie kina. Grzegorz Zariczny zrobił film o życiu uczennic szkoły fryzjerskiej, Ania nie potrafi zdać egzaminu z najtrudniejszej fryzury – tytułowych fal, ale znajduję przyjaciółkę – pogodną Kasię. Rzeczywistość jest dość siermiężna, ubrania i fryzury sprzed paru dekad, rozmowy nie prowadzą donikąd, w filmie pojawia się wątek alkoholizmu ojców i nieobecności matek. Dziewczyny chcą rzucić to miasto, to wszystko, palą fajki na balkonie, tracą czas. Dostajemy twardy realizm o życiu bez perspektyw i tęsknocie za tak zwaną normalną rodziną. Dostajemy więc uniwersalne problemy i przykrą rzeczywistość, taką jaka jest, nie da się temu zaprzeczyć, ale jednak trochę jakby ktoś nas uderzył, tym buntem, niezgodą na ojca alkoholika, dziwnymi fryzurami i trudną relacją z matką.

Wojciech Wojtczak, autor scenariusza do filmu Solace, podczas dyskusji powiedział, że tak, oczywiście, kino musi pokazywać biedę, brzydkich ludzi i szarą polskość i wtedy jest już ambitnie. Trudno się z nim nie zgodzić, wielu reżyserów tak właśnie myśli, robi filmy, które widzieliśmy już wiele razy i podsuwa emocje, które bardzo dobrze znamy.

 

Dużo lepiej wypada film Michała Krzywickiego Diversion End. To film, w którym jest wszystko, znajdziemy tam Tarantino, koreańskie kino zemsty, Neon Demon Nicolasa Windinga Refna, braci Coen i niestety Piłę, ale tylko momentami. Film Krzywickiego jest naprawdę dopieszczony estetycznie i sprawny na poziomie dialogów i zwrotów akcji, łączy polskie realia ze światem mającym swoje miejsce chyba tylko na mapie popkultury. Mamy więc masę postaci, scen (walka dwóch dilerów, w tym jednego czarnoskórego z białą tęczówką na tle muralu z Jezusem), cytatów i odwołań (Bonnie&Bonnie), które zostały błyskotliwie połączone z pierogami, Wroną i polskim komisariatem. Po rozmowie z twórcami można dojść do wniosku, że kochają się w kulturze popularnej i podczas kręcenia filmu bardzo dobrze się bawili. Zwierzęcość człowieka jest tutaj jedną z konwencji, a Diversion End staje się rewersem Fal, tutaj nic nie jest realne (chociaż w filmie jest fabuła i prawdziwy dramat), tam wszystko ma być prawdziwe do bólu. Radosna gra z kodami wypada jednak lepiej niż proza życia i chyba jednak więcej mówi o młodych ludziach niż Fale. Sądząc po reakcjach publiczności, bardziej się też podoba.

 

Bardzo ciekawym eksperymentem na tle prezentowanych w Koszalinie debiutów był film Wieża Karoliny Breguły. Artystka wizualna i reżyserka, autorka między innymi akcji „Niech nas zobaczą”, najpierw przygotowała spektakl pod tym samym tytułem, następnie powstał film. Wieża to bezkompromisowy musical, w którym grają aktorzy teatralni i śpiewacy operowi, akcja rozgrywa się w bloku i jest wariacją na temat poglądów Corbusiera. Mieszkańcy postanawiają zbudować wieżę z cukru. Film to seria absurdalnych dialogów, przypominających trochę komedie Barei, przeplatanych piosenkami i układami choreograficznymi. Wszystko skąpane w minimalizmie, ciekawej elektronice (Ela Orlerans) i pastelowych kolorach trochę przywodzących na myśl kino Roy’a Anderssona. Wieża jest nie tylko antyutopią, ale też historią o niemożliwości porozumienia, wszechobecnych hierarchiach, powtarzalności reakcji i banałach od których nie potrafimy uciec. Wszyscy jesteśmy nudnymi sąsiadami, którym przeszkadza woda kapiąca z kranu i najchętniej zamknęlibyśmy się w malutkim pokoju w dzielnicy zamieszkanej przez ludzi podobnych do nas. Oddzielne dzielnice dla leniwych, osobne dla pracowitych, miasta dla fanów muzyki i miłośników zwierząt. W filmie pojawia się sam Corbusier, zostaje oskarżony i osądzony. Innego końca świata nie będzie.

 

W Koszalinie można było zobaczyć filmy krótkometrażowe, jedne lepsze, inne gorsze. Mieliśmy do wyboru eksperymenty, animacje, filmy o miłości (F63,9), trudnych relacjach, filmy o wsi i prowincji (Jerry, Lew) i namiętności (Mleko). Wśród filmów konkursowych znalazł się jednak obraz, który można bez żadnej przesady nazwać jednym z najważniejszych polskich filmów dokumentalnych ostatnich lat. Miss Holocaust Michaliny Musielak jest owocem jej wyjazdu do Izraela, reżyserka i artystka wizualna miała zamiar zrobić film o wojnie. Zrobiła film o niesamowitym konkursie piękności dla kobiet ocalałych z Zagłady. Miss Holocaust dotyka ulubionych przez artystkę tematów, czyli pamięci, kobiecości i starości. Widzimy osiemdziesięciolatki tańczące przy Hang Up Madonny i opowiadające o śmierci swojej rodziny. Film w radykalny sposób łączy tematy takie jak seksualność i piękno z wojną i eksterminacją, a kiedy jego bohaterki, tak jak wszystkie przyszłe Miss Świata, mówią, że marzą o pokoju na świecie i o tym, żeby nie było więcej wojny, wiemy, że w ich ustach te słowa mają znaczenie.

 

Niestety wszystkie najważniejsze filmy pokazywane w Koszalinie to te, które już widzieliśmy, które zdobyły nagrody i pozytywne recenzje. Butterfly Kisses to mroczna opowieść o złym pożądaniu, dobrze nakręcona, ze świetną muzyką, prawdziwymi nastolatkami, którzy bawią się przy Die Antwoord i podtlenku azotu, ojciec alkoholik może i jest przyczyną problemów, ale zostaje skompromitowany i obnażony, a nastoletnia przyjaźń wcale nie jest rzeczą świętą i nieskazitelną.

Na temat Ostatniej rodziny niewiele można już dodać, chyba tylko to, że wniosek płynący z filmu to zgoda na śmierć, bo nie ma dobrego scenariusza, bo to szczęśliwe zakończenie to babcia, dwie babcie przykute do łóżek i czekające na koniec. Jest jeszcze Zdzisław i śmierć nagła, Zosia i śmierć zapowiedziana. Okazuje się więc, że Tomek wybrał najlepiej, że wygrał.

Wspaniałość Beksińskich

Na festiwalu prezentowany był Plac zabaw (który zwyciężył w konkursie na debiut pełnometrażowy), opowieść o przemocy i nowy film Kuby Czekaja – Królewicz Olch, dość bełkotliwy, przeładowany i pretensjonalny film o dojrzewaniu, geniuszu, powracającym ojcu (i jego zwierzęcej naturze) i trudnej relacji z matką. Najlepszym filmem w mojej ocenie pozostają Wszystkie nieprzespane noce Michała Marczaka, który jak nikt inny trzyma rękę na pulsie i szuka nowych filmowych dróg.

Wszystkie nieprzespane noce

Jego Fuck for Forest było bolesnym błyskotliwym portretem buntu, który nie potrafi znaleźć swojego źródła. Wszystkie nieprzespane noce to eksperyment, film-impreza (a jaka muzyka!), w którym dialogi były w dużej mierze improwizowane. Krytycy zarzucali bohaterom pustkę i pisali o filmie jako portrecie zblazowanych hipsterów, których życie kończy się po opuszczeniu imprezy. Nic bardziej mylnego. Bohaterowie rozmawiają o rzeczach najważniejszych, szukają sensu, prawdy, nigdy nie ocierają się o banał, dotyka ich smutek i samotność. Marczak pokazuje młodość z całą jej teatralnością, patosem i znudzeniem w jednym. I kiedy w ostatniej scenie filmu słyszę jak Piotr Szczepanik śpiewa: „Czy znasz taki dzień, co nie kończy się zmierzchaniem, gdy sen ma przyjść, słyszę znów twój głos. Wróć do krainy marzeń, gdzie zawsze wiosna trwa. Spal żółte kalendarze, żółte kalendarze spal”, to myślę: To są młodzi! To jest film!

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.

Pod artykułami o uchodźcach trylion komentarzy (sami eksperci), a jak o kulturze to cichosza...