Kraj

Przestańcie powtarzać, że miasto nie jest polityczne

Warszawa-Manifa-Jakub-Szafranski-2018

Dlaczego? Because it’s 2018.

Za pół roku odbędą się wybory samorządowe. Mimo to sytuacja polityczna w Warszawie wciąż jest niewiadomą. Jedyne co jest (prawie) pewne to kandydatura na prezydenta Rafała Trzaskowskiego z Platformy Obywatelskiej. Nadal nie znamy kandydata czy kandydatki Prawa i Sprawiedliwość. Przede wszystkim jednak nie jest jasne, kto i w jaki sposób spróbuje rozbić duopol PO-PiS.

Trzaskowski to kandydat nie na te czasy

Pierwszą wyraźną deklarację złożyły ostatnio ruchy miejskie, ogłaszając swoją koalicję. Tworzą ją Miasto Jest Nasze, stowarzyszenie Kooperacja Miejska, Bemowiacy, Ochocianie, Stowarzyszenie Wiatrak z Pragi-Południa i Razem dla Wawra. Koalicja wciąż jest otwarta i jej skład może ulec zmianie, ale organizacje lokalne opublikowały już priorytety programowe pod hasłem #PrzewietrzmyWarszawę. Proponowany repertuar tematów jest jednak ograniczony, a strategia prezentowana przez koalicję oparta jest na założeniach, które – moim zdaniem – są nie tylko błędne, ale i groźne.

Sierakowski: Nie Trzaskowski, to Jaki?

Przedstawiając strategię koalicji Ruchy miejskie dla Warszawy, Jan Mencwel ze stowarzyszenia Miasto Jest Nasze mówił w wywiadzie dla Pańskiej Skórki2 o wizji politycznej opartej na „postulatach stricte miejskich – jakość życia, poprawa jakości powietrza, zrównoważony transport”. Na Twitterze Mencwelowi wtórowała później Justyna Glusman ze Stowarzyszenia Ochocianie, sugerując, że postulaty ruchów miejskich nie są ani prawicowe, ani lewicowe.

Przypomina się hasło Porozumienia Ruchów Miejskich z kampanii samorządowej 2014 roku: „ani w prawo, ani w lewo” i podkreślanie apolitycznego „miastopoglądu”, który ma łączyć ludzi wokół spraw lokalnych i ochraniać przed dzieleniem w poprzek sporów ideologicznych.

O tym, jak w praktyce skończyły się porozumienia ponad podziałami po poprzednich wyborach, pisał niedawno Wojciech Karpieszuk w „Gazecie Stołecznej”. Konfliktem i rozłamami zakończyła się współpraca w ramach ruchu miejskiego nie tylko w Warszawie (Miasto Jest Nasze), ale również w Gorzowie Wielkopolskim (Ludzie Dla Miasta) – obie inicjatywy miały tę wspólną cechę, że zetknęły się z realną władzą w samorządzie. Część liderek miejskich za to wyraźnie ujawniła swoją orientację polityczną, wstępując do Nowoczesnej i porzucając samorząd dla polityki ogólnopolskiej (Joanna Scheuring-Wielgus z toruńskiego Czasu Mieszkańców i Ewa Lieder z Gdańska Obywatelskiego). Realne przykłady podają więc w wątpliwość racje stojące za wizją apolitycznych aktywistów wybierających zgodną walkę o lokalne sprawy ponad ogólnopolskie spory ideologiczne.

Wątpliwe są też same argumenty dotyczące potrzeby i możliwości oddzielenia konkretnych spraw lokalnych od konfliktu politycznego, w tym od tzw. „spraw światopoglądowych”. Można na to spojrzeć z dwóch stron.

Wielgus: Ruchy miejskie muszą razem walczyć o wspólne sprawy [rozmowa]

Po pierwsze, polityka miejska zawsze będzie mieszać się z ogólnopolską, zwłaszcza w Warszawie. Być może na poziomie polityki dzielnicowej faktycznie da się współpracować „ponad podziałami” w zakresie chodników, miejsc parkingowych i planów zagospodarowania przestrzennego. Ale wchodząc na poziom miejski, nie da się uniknąć spraw wywołujących dyskusje „światopoglądowe”. Czy miasto ma dofinansować program in vitro, czy może organizację Światowych Dni Młodzieży? Czy prof. Chazan powinien zostać zwolniony z funkcji dyrektora szpitala miejskiego? Czy prezydentka miasta powinna uczestniczyć w Paradzie Równości?

Siła państwa czy Chazana?

To tylko wybrane, bardzo konkretne sprawy, które siła polityczna aspirująca do rządzenia miastem będzie musiała rozstrzygać. Można co prawda argumentować, że są to sprawy, które nie leżą w sercu problemów miejskich (choć sprowadzanie choćby programu in vitro do kwestii światopoglądowych jest ignorowaniem problemów sporej grupy mieszkańców). Przejdźmy więc do drugiego, istotniejszego punktu widzenia.

Zakres priorytetów obecnie prezentowanych przez koalicję ruchów miejskich jest z jednej strony ogólnie słuszny („chcemy racjonalnego zarządzania mieniem”), z drugiej zaś wąski, skupiony na przestrzeni i infrastrukturze. „Transport publiczny, plany zagospodarowania, transparenty samorząd, dobre szkoły publiczne, przedszkola i żłobki blisko domu” – to kwestie, które do pewnego stopnia mogą łączyć lewicę i mniej wolnorynkowo nastawioną prawicę. Nie są to jednak postulaty neutralne, które poprze każdy, komu „zależy na mieście”: rozwój transportu publicznego ma wrogów wśród dużej grupy zwolenników ruchu samochodowego, a publiczne placówki edukacyjne – wśród zwolenników komercjalizacji i prywatyzacji tego sektora.

Przede wszystkim jednak wyliczanka priorytetów ruchów miejskich pomija ogromną liczbę zagadnień, które decydują o tym, jakiej wspólnoty miejskiej chcemy: solidarnej, w której każdy może liczyć na wsparcie samorządu, czy też opartej o indywidualny sukces i samodzielne radzenie sobie ze społecznymi wyzwaniami? Ogólnie słuszna kategoria „jakości życia”, do której odwołują się ruchy miejskie, zawsze budzi potrzebę zadania pytania: „jakości czyjego życia”? Elit, klasy średniej czy również mniej zamożnych mieszkańców?

Miasta kobiet: municypalizm a feminizacja polityki

czytaj także

Ruchy miejskie powołują się raz po raz na rządzący stolicą Katalonii ruch Barcelona en Comú, a wręcz wykorzystują przykład BeC do dyscyplinowania partii politycznych z wyższościowej pozycji „lokalnych aktywistów”. Spójrzmy więc na program Barcelona en Comú, który w Polsce prawdopodobnie spotkałby się z oskarżeniami o komunizm. Pierwszą z czterech osi organizujących go jest „zagwarantowanie podstawowych praw” – walka z niesprawiedliwościami społecznymi. Z czterech punktów „planu awaryjnego na pierwsze miesiące rządzenia” trzy odnoszą się do tzw. sfery socjalnej: „zapewnienie godnej pracy”, „zagwarantowanie podstawowych praw socjalnych”, „rewizja prywatyzacji”. Dodatkowo, w wyborach Barcelona en Comú startowało wspólnie z lewicowymi i zielonymi partiami, w tym Podemos. Kataloński ruch prezentuje więc bardzo wyrazistą polityczną wizję wspólnoty miejskiej, od której warszawskie ruchy się odżegnują. Czy da się rządzić miastem, nie odpowiadając sobie na pytania o tę wizję?

Takie podejście przez wiele lat prezentowała Platforma Obywatelska, zamieniając wizję miasta na technokratyczne decyzje urzędnicze (słynne „Nie róbmy polityki…”). Wizja wspólnoty miejskiej nie jest bowiem abstrakcyjną ideą, ale odnosi się do bardzo konkretnych politycznych decyzji:

– Czy jesteśmy za prywatyzacją miejskich spółek? Czy zamierzamy dążyć do rekomunalizacji największej sieci ciepłowniczej w Europie, sprzedanej prywatnej firmie wraz ze spółką SPEC?

– Czy mieszkania komunalne mają być wyłącznie elementem pomocy społecznej i jałmużny dla „biednych” (tak jak obecnie postrzega to większość polskich samorządowców), czy gwarancją podstawowego prawa do mieszkania, które należy się każdemu?

– Czy bezdomni mają być traktowani jako część wspólnoty mieszkańców, a miasto ma dążyć do zapewnienia im mieszkań, czy też dyscyplinować ich zgodnie z założeniem, że „sami są sobie winni” (bo np. piją alkohol)?

– Czy za znacjonalizowane budynki „spadkobiercy” powinni otrzymywać rekompensaty w ramach procesu reprywatyzacji? W jakiej wysokości?

– Jaki mamy stosunek do wykupu lokali komunalnych przez lokatorów?

– Czy Domy Pomocy Społecznej dla warszawskich mieszkańców mają być budowane w Pułtusku (lub innych miejscowościach oddalonych o 50 km), bo tak jest taniej – a dojazdy rodzin do podopiecznych uznajemy za ich indywidualny problem?

– Czy przestrzeń miejska ma być dostępna dla wszystkich, czy tylko dla tych, których stać na piwo lub kawę za 12 złotych?

Czyje właściwie jest miasto?

czytaj także

– Czy należy dążyć do uchwalenia prawa, dzięki któremu miasto będzie mogło przejmować lokale od wielu lat będące pustostanami, czy też prywatne pustostany są świętą własnością, na którą miasto nie powinno wpływać?

– Czy jednostki miejskie mają oszczędzać na administracji i usługach, minimalizując zatrudnienie i wypychając koszty w ramach outsourcingu, czy też kształtować rynek pracy w całej aglomeracji warszawskiej promując dobre praktyki zatrudnienia?

– Czy obiady w szkołach powinny być organizowane przez prywatne firmy cateringowe, czy gotowane w publicznych stołówkach przez zatrudnianych na godnych warunkach pracowników?

– Czy osoby zalegające z czynszem w mieszkaniach komunalnych powinny spotykać się z karą ze strony miasta (do eksmisji włącznie), czy z ofertą kompleksowego programu wsparcia, dzięki któremu będą mogły wyjść z zadłużenia?

Społeczeństwo polityczne zastępuje społeczeństwo obywatelskie

Zgadzam się z Justyną Glusman i Janem Mencwelem, że nie ma potrzeby nazywania ruchu samorządowego lewicowym lub prawicowym. Nie da się jednak uniknąć odpowiedzi na powyższe pytania – jak i wiele innych podobnych. Konfliktu politycznego nie da się sprowadzić do spraw „światopoglądowych”. My na lewicy mamy jasność, która wizja miasta jest nam bliska – jest to wizja miasta dla wszystkich, miasta, które wspiera wspólną własność i zwalcza podziały społeczne i ekonomiczne między mieszkańcami. Pytanie, czy również ruchy miejskie odpowiedziały sobie na powyższe pytania. Mamy nadzieję, że tak – i że będziemy mogli wspólnie, na partnerskich zasadach budować Warszawę dla wszystkich, a nie tylko dla elit.

***

Kuba Rozenbaum – socjolog, członek okręgu warszawskiego Partii Razem

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.