Kraj

Prezes LOT-u prędzej doprowadzi firmę do upadku, niż zacznie szanować pracowników

Fot. BriYYZ, wikipedia

– To nie żadne zwolnienia, a próba zastraszenia nas. Walczymy nie tylko o nasze prawa wynikające z Kodeksu pracy, ale też o zwykły ludzki szacunek – mówi jedna z szefowych pokładu w PLL LOT.

Strajk pracownic i pracowników LOT-u przebiega w cieniu wyborów samorządowych i ekscytacji ich wynikami. Kilkadziesiąt osób od czwartku marznących w obronie swoich praw pod siedzibą spółki obchodzi głównie tych, których loty z powodu strajku zostały odwołane.

Nie odbyły się rejsy do Hamburga, Mediolanu, Pragi, Moskwy, Amsterdamu, Londynu, Toronto, Nowego Jorku, Tokio i Seulu. Przewoźnik, by załatać dziury kadrowe, wynajmuje samoloty innych linii wraz załogami. Wiąże się to z horrendalnymi kosztami, ale prezes PLL LOT, Rafał Milczarski, gotów jest narazić firmę na milionowe straty tylko po to, by udowodnić, że może lekceważyć pracowników. W Nowym Jorku na rejs do Polski od kilku dni czekają stewardessy i piloci. Wysyłają strajkującym wiadomości, by nie odpuszczali. Ci zapewniają, że nie wrócą do swoich obowiązków, dopóki LOT nie przywróci do pracy zwolnionej szefowej związków zawodowych Moniki Żelazik i nie wycofa decyzji o zwolnieniu ok. 67 uczestników i uczestniczek strajku, które ci otrzymali mailowo w trakcie „negocjacji” spółki z przedstawicielami związkowców. Na ich miejsca od dłuższego czasu trwa rekrutacja.

– To nie żadne zwolnienia, a próba zastraszenia nas. Do koleżanki, która w poniedziałek rano otrzymała maila, że została zwolniona, kilka godzin później zadzwoniono z działu koordynacji z pytaniem, czy odbędzie lot, który ma w grafiku – mówi jedna z szefowych pokładu w PLL LOT. I dodaje: – Walczymy nie tylko o nasze prawa wynikające z Kodeksu pracy, ale też o zwykły ludzki szacunek. Prezes na każdym kroku daje nam odczuć, że nami gardzi. A wśród nas są przecież ludzie, którzy pracują tu od kilkudziesięciu lat, dla których LOT jest rodziną.

Przywrócić Monikę Żelazik do pracy!

czytaj także

Strajkujący domagają się też od pracodawcy deklaracji o gotowości przystąpienia do negocjacji ws. przywrócenia stawek wynagrodzeń sprzed 2010 roku i umów o pracę dla samozatrudnionych. Choć strajk spełnia wymagania zawarte w obowiązującej Ustawie o rozwiązywaniu sporów zbiorowych, spółka poprzez media społecznościowe informuje pasażerów, że loty odwoływane są „z powodu nielegalnego strajku” i przeprasza „w imieniu 3000 pracowników, którzy chcą pracować”. Jednak nie wszyscy pracownicy LOT-u mogą dołączyć do strajkujących. Młodzi piloci i stewardessy zatrudnieni są na umowach kontraktowych – nie mają prawa ani do urlopu, ani do strajku. Firma zaleciła pracownikom, by nie odbierali telefonów od strajkujących, bo ci mogą wywierać na nich presję, by odstąpili od obowiązków.

– Do nikogo nie dzwonimy, nikogo do strajku nie namawiamy. A już na pewno nie samozatrudnionych, dla których dołączenie do nas to pewna utrata pracy. Sami do nas przychodzą, przed pracą i po niej. Przywożą jedzenie, przytulają i zapewniają o swoim wsparciu – mówi jedna ze stewardess, Hannan Zumrawi. Przerywa jej burza oklasków – do strajkujących dołącza kapitan Tadeusz Hans. Właśnie oświadczył pracodawcy, że nie siądzie za sterami samolotu lecącego do Hamburga. Z walizką i w pełnym umundurowaniu dopisuje się do listy uczestników strajku. – Strajk to zawsze najgorsze wyjście. Ale innego nie mamy, stoimy pod ścianą. Wierzę, że to, co robimy, służy nie tylko osobom związanym z LOT, ale wszystkim pracownikom, których prawa są łamane – mówi. W ciągu kolejnej godziny udział w strajku zgłasza kolejnych dwóch kapitanów.

Łącznie strajkujących jest ok. 200. Pod siedzibą spółki pojawiają się codziennie o 5 rano, przed 23 wracają do domów. Mają przy sobie uprasowane mundury, by w każdej chwili – w razie przywrócenia do pracy wszystkich zwolnionych – móc wsiąść na pokład. Kiedy odwiedzam ich piątego dnia strajku, nastroje wydają się być radosne, choć – jak dowiaduje się od strajkujących – w poprzednich dniach zdarzał się płacz i załamania. Na składanym stole stoją termosy z gorącą herbatą i dwie ogromne brytfanny z kilkoma rodzajami chleba, przyniesione przez starszą kobietę mieszkającą w bloku niedaleko siedziby LOT. Niektórzy mają na sobie mundury, inni biało-czerwone opaski na prawej ręce. Przeważają kobiety. Siedzą w kółkach owinięte kocami, dyskutują i sprawdzają, co piszą o nich media. – A piszą niewiele. Była u nas ostatnio młoda dziennikarka telewizji publicznej. Później napisała na Facebooku, że nas wspiera. Dostała upomnienie od pracodawcy i musiała usunąć wpis – mówi młoda dziewczyna, która dołączyła do strajkujących, choć pracę w PLL LOT zakończyła dwa lata temu, bo – jak mówi – zależało jej na stabilnej formie zatrudnienia i dobrej atmosferze w pracy.

Początkowo strajkujący koczowali w siedzibie firmy, jednak pracodawca uznał, że nie mają prawa przebywać w budynku. Przenieśli się więc na zewnątrz. Kiedy drugiego dnia strajku padał deszcz, wyszedł do nich prezes Milczarski – stanął na balkonie i patrząc w dół zapalił papierosa.

LOT zaproponował samozatrudnionym premie w wysokości 50 proc. wynagrodzenia za przyjście do pracy w dni wolne. Niektórzy oferują, że oddadzą dodatkowe pieniądze strajkującym. – Mówią, że nie chcą brudnych pieniędzy. Jeden z pracowników przyszedł do nas i wręczył nam pieniądze w gotówce, żebyśmy mogli kupić termofory, jedzenie, termosy – mówi stewardessa od 17 lat zatrudniona w LOT. Przed każdym planowym lotem strajkujący muszą powiadomić pracodawcę, czy wrócą do obowiązków. Codziennie odpowiadają, że kontynuują strajk. Przyznają, że za każdym razem jest to trudna decyzja. – W ciągu tygodnia jest łatwiej, bo dzieci są w przedszkolu. Mnie pomaga mama. Sama strajkowała w latach 80. I rozumie, jak ważne jest to, co robimy – mówi stewardessa, matka samotnie wychowująca troje dzieci.

Praca zamiast zatrudnienia to ekologiczna konieczność

Spór pomiędzy związkowcami a władzami LOT-u rozpoczął się w 2013 roku. Pięć lat wcześniej spółka podpisała dwuletni kontrakt na zakup paliwa – cena za baryłkę wynosiła wówczas 140 dol. Kilka dni później spadła ponad trzykrotnie. Firma zaczęła tracić miliony i zamykać połączenia, które przestały być rentowne. Dwa lata później, będąc na skraju przepaści, podpisała z pracownikami umowę – zgodzili się oni na obniżkę pensji na czas potrzebny do wyjścia z kryzysu. Firma odrobiła straty, ale wynagrodzenia do dziś nie wróciły do poprzedniej wysokości. W 2013 roku rozpoczął się spór zbiorowy – pracownicy domagali się powrotu do wynagrodzenia sprzed 2010 roku oraz zaprzestania polityki oszczędnościowej, polegającej na wypychaniu pracowników na samozatrudnienie i podpisywaniu z nimi umów kontraktowych. W marcu 2018 roku Związek Zawodowy Personelu Pokładowego i Lotniczego zaczął zbierać podpisy pod referendum ws. strajku. Spółka skierowała sprawę do sądu, a ten zabezpieczył powództwo – tzn. uznał, że należy poczekać na zakończenie postępowania w sprawie legalności strajku, de facto go zabraniając. Taka sytuacja powtórzyła się jeszcze dwukrotnie.

W maju br. PLL LOT zwolnił Monikę Żelazik, szefową związków zawodowych i ich główną przedstawicielkę w sporze z władzami spółki. Dało to pracownikom możliwość rozpoczęcia legalnego strajku na podstawie art. 17 Ustawy o rozwiązywaniu sporów zbiorowych. Zapis głosi, że pracownicy mogą rozpocząć strajk pomijając standardowe procedury, jeśli bezprawne działanie pracodawcy uniemożliwiło przeprowadzenie rokowań lub mediacji, a także w wypadku, gdy pracodawca rozwiązał stosunek pracy z prowadzącym spór działaczem związkowym. Spółka podtrzymuje jednak, że strajk jest nielegalny, powołując się na wcześniejsze decyzje sądu. Twierdzi również, że spór zbiorowy, który rozpoczął się w 2013 roku, został zakończony. Strajkujący temu zaprzeczają, twierdząc, że zarząd podpisał porozumienie ze związkowcami, którzy nie są reprezentantami załogi.

Ikonowicz, Sierakowski, Staniszkis, Borowski piszą do Morawieckiego w sprawie Moniki Żelazik

„Warunki pracy personelu reguluje prawo lotnicze. Pilot nie ma przełożonego, sam decyduje, ile zabierze paliwa, na jakim pułapie będzie leciał, czy będzie leciał szybko, czy wolno. Nie ma mowy o kierownictwie i stosunku pracy” – mówił „Gazecie Wyborczej” Adrian Kubicki, rzecznik prasowy spółki. Jednak wg. Państwowej Inspekcji Pracy PLL LOT łamie prawo, podpisując z pracownikami umowy kontraktowe na miejsce umów o pracę. – Siedzę w kokpicie, obok mnie drugi lotnik. Przychodzimy do pracy według grafiku, wykonujemy te same obowiązki. Ale ja mam umowę o pracę, a on, młody, prowadzi własny biznes! – mówi pilot z 30-letnim stażem w LOT. – Zazwyczaj latam z młodymi ludźmi, zatrudnionymi na kontraktach. Robimy dokładnie to samo, ale tylko ja mam prawo do urlopu chorobowego. Tuż przed strajkiem leciałam z pięcioma dziewczynami na antybiotykach – dodaje stewardessa Hannan Zumrawi, szefowa załogi.

W poniedziałek sprawą zajął się Rzecznik Praw Obywatelskich, zaś Piotr Szumlewicz z OPZZ napisał na Twitterze, że prezes Milczarski został wezwany w trybie pilnym do Rady Ministrów. LPP LOT zaprzeczył tej informacji.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.