Miasto

Dąbrowiecki: Spółdzielnie mieszkaniowe – upadek czy renesans?

Czy możliwe jest odbudowanie idei, która stała za prężnym ruchem społeczno‑gospodarczym?

Spółdzielnie mieszkaniowe – słowa te kojarzą się dziś najczęściej z przaśnością i rozsypanymi po trawnikach blokami z prefabrykatów, czasem – z nieusuwalnym przez dekady zarządem, który spółdzielnię przemienił w dochodową działalność prywatną. Jednak stan obecny spółdzielczości jest tylko efektem wieloletniego jej niszczenia: pierwotnie poprzez upaństwowienie działalności kooperatyw w okresie Polski Ludowej oraz zerwanie z etosem spółdzielczym, który żywy był jeszcze przez wiele lat po II wojnie światowej, a następnie poprzez dalszą degenerację organizacyjną i ekonomiczną pod wpływem ideologii wolnorynkowej w III RP. 



Dziś coraz więcej osób, nawet tych posiadających stałą pracę, nie jest w stanie pozwolić sobie na zakup mieszkania – pomieszkują więc z rodzicami, wynajmują po wysokich komercyjnych stawkach mieszkania na spółkę ze znajomymi, ewentualnie sprzedają bankom swoją pracę na trzydzieści lat do przodu, płacąc wysoką marżę zarówno „banksterom” [termin pochodzi z połączenia słów: bankier + gangster], jak i deweloperom, przeobrażając się we współczesną pańszczyźnianą siłę roboczą. Co gorsza, postępująca gentryfikacja centrów dużych miast skutkuje falą brutalnych eksmisji. Niedoszłe posiadanie mieszkania jest obciążeniem i ograniczeniem, zamiast być elementem osobistej wolności, której fundamentem jest zabezpieczenie podstawowej potrzeby, jaką jest stabilny dach nad głową. 


Oczywiście, rachunek korzyści i związane z tym wybicie się na niepodległość od deweloperów i kamieniczników powinny być najważniejszą motywacją do zakładania współczesnych spółdzielni mieszkaniowych.

Jednak ważny może być też fakt, że tego rodzaju działalność gospodarcza zawsze była istotnym elementem demokratycznej kultury współpracy i wzajemnej pomocy. Wszak „w spółdzielniach jedynym podmiotem władzy są jej członkowie, spółdzielcy są równi bez względu na ich status majątkowy i pozycję w społeczeństwie […] każda zrzeszona osoba ma takie samo prawo głosu bez względu na wkład finansowy, jaki wniosła do spółdzielni” (A. Maliszewski, „Ewolucja myśli i społeczno-ekonomiczna rola spółdzielni mieszkaniowej w Polsce”, SIB, Warszawa 1992). Dowartościowanie dzisiejszych spółdzielców można także zacząć od przypomnienia prawdziwych korzeni spółdzielczości, gdzie dążenie do zaspokojenia podstawowych potrzeb łączyło się z ideą sprawiedliwości społecznej, samorządności, postępu i oddolnej modernizacji kraju. Spółdzielczość mieszkaniowa jest nie tylko elementem rozległej historii gospodarki społecznej, ale również historii idei oraz piękną kartą w kulturze naszego społeczeństwa. Spółdzielczość mieszkaniowa dzieli swoje ideowe fundamenty z innymi wielkimi gałęziami kooperatyzmu: spółdzielczością spożywczą, rolniczą, oszczędnościowo-pożyczkową, spółdzielczością pracy itd. Niektóre z nich współcześnie zmieniając strukturę własności, osiągnęły gigantyczne sukcesy finansowe w kapitalistycznych realiach. W sektorze bankowym wystarczy wspomnieć spółdzielcze kasy Raiffeisena czy spółdzielczą kasę rolników Crédit Agricole, a szukając bliżej – największą spółdzielnię mleczarską Mlekpol (producenta marki „Łaciate”). Jednak nie sposób nie zauważyć, że sukces ten został okupiony porzuceniem zasad spółdzielczości. Zasady te, kształtowane od ponad stulecia, uzyskiwały swoje kodyfikacje na kolejnych kongresach powstałego w 1895 roku Międzynarodowego Związku Spółdzielczego. Ostatniego doprecyzowania dokonał kongres w Manchesterze w 1995 roku, gdzie ustalono następujące zasady: zasada otwartego i dobrowolnego członkostwa, zasada demokratycznego zarządzania, zasada udziałów członkowskich, zasada samorządności i niezależności spółdzielni, zasada kształcenia, szkolenia i informacji, zasada współpracy międzyspółdzielczej, zasada troski o społeczności lokalne. Sami spółdzielcy swoich korzeni doszukują się nawet w szesnastowiecznej „Utopii” Thomasa Morusa czy w siedemnastowiecznym dziele Tommaso Campanelli pt. „Miasto słońca”. Jednak za realne początki ruchu spółdzielczego można uznać związki zakładane przez socjalistycznych myślicieli z przełomu XVIII i XIX wieku – Charles’a Fouriera i Roberta Owena. Kolebką ruchu spółdzielczego jest przemysłowa Anglia, gdzie w połowie XIX wieku powstało pierwsze wzorcowe osiedle robotnicze (w Londynie), a w 1890 roku weszła w życie ustawa o mieszkalnictwie klas pracujących, która jest modelowa dla podobnych praw konstruowanych na kontynencie. 



Historia fenomenalnych życiorysów


Pierwsze próby założenia spółdzielni mieszkaniowej na ziemiach polskich były czynione w Krakowie w 1897 roku. Jednak większą skutecznością wykazała się Urzędnicza Spółdzielnia Budowlano-Mieszkaniowa powołana do życia w Tczewie 26 sierpnia 1898 roku, która już dwa lata później oddała do użytku cztery budynki mieszkalne. Stoją one zresztą do dzisiaj przy ulicy Sobieskiego. Następne spółdzielnie rosły już jak przysłowiowe grzyby po deszczu: w Poznaniu, Gnieźnie, Lesznie, Chojnicach, Obornikach, Rawiczu, Ostrowie Wielkopolskim, Kościanie. W spółdzielczości przodowała Wielkopolska. Pierwsze spółdzielnie mieszkaniowe na Śląsku powstały natomiast w 1908 roku w Chorzowie i zaraz potem w Katowicach. W 1907 roku w Krakowie powstało Powszechne Towarzystwo Budowy Tanich Domów Mieszkalnych i Domów Robotniczych. 

W tym momencie warto przypomnieć, że najważniejszym elementem spółdzielni są ludzie – i w przypadku kooperatyw nie jest to banał.

Spółdzielczość zawsze była ruchem osób przedsiębiorczych, ale także wykazujących się wysokim poziomem wrażliwości społecznej, potrafiących zabiegać i dbać o dobro wspólne, co często zbliżało ich do ruchu socjalistycznego. Historia spółdzielczości to zatem także historia fenomenalnych życiorysów. 

Inicjatorem krakowskiego Powszechnego Towarzystwa Budowy Tanich Domów Mieszkalnych i Domów Robotniczych był Adolf Gross — adwokat chętnie występujący w procesach politycznych, przyjaciel socjalisty Ignacego Daszyńskiego, działacz na rzecz emancypacji kobiet. W 1907 roku uzyskał mandat do austriackiej Rady Państwa jako poseł niezależny. Dzięki temu trzy lata później udało mu się przeforsować w parlamencie ustawę o państwowym funduszu mieszkaniowym, który stał się podstawą budowy mieszkań spółdzielczych w Galicji. W latach 20. i 30. nieustannie angażował się w sprawy mieszkaniowe, współpracując z organizacjami lokatorskimi. Doprowadził do porozumienia władz Krakowa, Tarnowa, Nowego Sącza i Rzeszowa w ramach Zachodniej Spółki Mieszkaniowej dla Miast, która prowadziła budowę małych, tanich mieszkań. Również w Galicji, jeszcze w 1904 roku, powstało Stowarzyszenie Urzędniczek Pocztowych. Jego krakowski oddział kierowany przez energiczną i pomysłową działaczkę Władysławę Habicht rozwinął działalność spółdzielczą. Wraz z Elżbietą Ciechanowską i Zofią Kolpy założyła ona Towarzystwo Budowlane Urzędniczek Pocztowych, które w 1913 roku oddało do użytku pierwszy dom spółdzielczy przy ul. Sołtyka, a następnie przy ul. Syrokomli. Spółdzielnia działa do dziś. 

Związki ruchu obrony praw lokatorów z ruchem spółdzielczym widoczne są w takich inicjatywach jak założone w 1915 roku w Łodzi Stowarzyszenie dla Obrony Lokatorów „Lokator”, które następnie przekształciło się w spółdzielnię budowlaną. W 1925 roku Łódź miała już kilka prężnych wspólnot spółdzielczych: „Ognisko”, Łódzką Spółdzielnię Budowy Domów Udziałowych, Spółdzielcze Stowarzyszenie Mieszkaniowe Pracowników Kolejowych czy Robotniczą Spółdzielnię Mieszkaniową „Naprzód”. Najbardziej uspółdzielnionym miastem była w tym okresie Warszawa. Działały tam sto trzydzieści dwie jednostki z prawie dwustu funkcjonujących na terenie całego kraju. Poza stolicą większymi ośrodkami spółdzielczości mieszkaniowej były też Kraków i Lublin. 



Warszawska Spółdzielnia Mieszkaniowa 


W okresie międzywojennym nastąpił wspaniały rozkwit spółdzielczości. W grudniu 1921 roku z inicjatywy grupy działaczy robotniczej spółdzielczości spożywców oraz Klasowych Związków Zawodowych powstała jedna z najstarszych w stolicy, chyba najsłynniejsza, a na pewno wzorcowa dla całego kraju Warszawska Spółdzielnia Mieszkaniowa. Wśród jej członków i członkiń założycieli znajdujemy wielu działaczy i działaczek Polskiej Partii Socjalistycznej, ale nie tylko. Są tam, między innymi, Bolesław Bierut, Teodor Toeplitz czy Maria Orsetti.

Do zaprojektowania pierwszej kolonii spółdzielczej na Rakowcu zaangażowano architektki i architektów z awangardowej grupy Praesens, pod kierownictwem Heleny i Szymona Syrkusów, której program wykazywał wiele podobieństw z ideami proponowanymi przez Bauhaus, de Stijl czy Wchutiemas. Tak świetnie wyposażony w kapitał kulturowy i społeczny WSM budował mieszkania dostępne finansowo dla robotników, ale jednocześnie nowoczesne: nieduże, a funkcjonalne, słoneczne i ergonomiczne, a tanie w budowie. Kapitał finansowy zapewniany był przez pożyczki udzielane przez Bank Gospodarstwa Krajowego, Komitet Rozbudowy Warszawy, Banca Commerciale Italiana, Towarzystwo Osiedli Robotniczych oraz związki zawodowe. Na uwagę zasługują rozwiązania urbanistyczne zastosowane przy projektowaniu spółdzielni. Wewnętrzne kwartały zabudowań i całe kolonie spółdzielcze wypełniały skwery
i tereny zielone z zakazem wjazdu pojazdów kołowych. Zaprojektowano również drogi rowerowe (sic!), wyprzedzając tym samym wiele krajów Europy Zachodniej o kilka dekad. Kolonia na Rakowcu została też od razu wyposażona w Dom Społeczny mieszczący nowoczesną pralnię z suszarnią, gabinety lekarskie, bursę dla młodych robotników oraz przedszkole i salę widowiskową. Dom Społeczny był także siedzibą Stowarzyszenia Pomocy Wzajemnej Lokatorów „Szklane Domy”. Na terenie kolonii działało Robotnicze Towarzystwo Przyjaciół Dzieci prowadzące Gimnazjum Koedukacyjne im. Bolesława Limanowskiego. Mieszkańcy otrzymali także przydziały ziemi, na której mogli zakładać przydomowe ogródki (porównajmy to ze współczesnym modnym ruchem city gardening!), a także możliwość łowienia ryb we wspólnym spółdzielczym stawie. Latem mająca dziś już siedemdziesiąt pięć lat zabudowa tonie wprost w zieleni. Spółdzielcy pamiętali również o rozwoju kulturalnym. W piątej kolonii WSM powstał Teatr im. Stefana Żeromskiego, którym kierowała Irena Solska. Działało również kino Tęcza oraz Teatrzyk Kukiełkowy „Baj”. WSM będzie miał szczęście do wielkich architektonicznych nazwisk także po wojnie: Halina Skibniewska, Zasław Malicki i małżeństwo wizjonerów Zofia i Oskar Hansenowie. WSM inspirował już przed wojną. Jedną z osób zafascynowanych jego ideami był Jerzy Tuszowski, poznański architekt i urbanista. Był on twórcą m.in. osiedla komunalnego przy ulicy Nowe Zagórze na Ostrowie Tumskim w Poznaniu. 

Polski Kongres Mieszkaniowy 

Ten rozkwit spółdzielczości miał przynajmniej kilka przyczyn. Polska przeżywała pierwszą falę urbanizacji związaną z przeobrażaniem się systemu gospodarczego kraju z folwarczno-pańszczyźnianego na kapitalistyczny de facto dopiero na przełomie XIX i XX wieku. Powiązany z tym rozrost miast, zwiększenie się klasy robotniczej oraz wzrost populacji grup inteligenckich, takich jak urzędnicy, powodował wielki niedobór mieszkań. Do tego należy dodać kryzys wojenny, a następnie wielki kryzys lat 30. (z którego, notabene, Warszawska Spółdzielnia Mieszkaniowa dzięki świetnej organizacji wyszła właściwie bez uszczerbku).

Milion mieszkańców międzywojennej Polski żyło w dramatycznych warunkach lokalowych – pięć osób przypadało na jedną izbę, a prawie czterdzieści tysięcy obywateli i obywatelek zamieszkiwało jedno pomieszczenie aż w dziewięć osób! W kilkudziesięciu tysiącach jednoizbowych mieszkań gnieździły się po dwie, a nawet trzy rodziny. 

W grudniu 1938 roku został zwołany w stolicy pierwszy Polski Kongres Mieszkaniowy, którego inicjatorem było Polskie Towarzystwo Reformy Mieszkaniowej założone dziesięć lat wcześniej przez architektów, samorządowców i urbanistów zainteresowanych społecznym budownictwem mieszkaniowym. Skalę poparcia dla spółdzielczości obrazuje lista instytucji i organizacji reprezentowanych na kongresie zaplanowanym jako spotkanie „wszystkich ze wszystkimi”. Były to między innymi: Bank Gospodarstwa Krajowego, Fundusz Pracy, Zakład Ubezpieczeń Społecznych, Związek Spółdzielni i Zrzeszeń Pracowniczych RP, Związek Miast Polskich, Towarzystwo Osiedli Robotniczych, Towarzystwo Urbanistów Polskich, Stowarzyszenie Architektów RP, Polski Związek Inżynierów Budowlanych, Polskie Towarzystwo Higieniczne i Zarząd Miasta Stołecznego Warszawy. Jak na współczesne jednostronne wsparcie ze strony instytucji państwowych i samorządowych dla inicjatyw prywatnych czy deweloperskich, ta skala zaangażowania w działalność spółdzielczą jest zaskakująca.

Efektem kongresu był wspólny dokument uczestników, w którym domagali się oni między innymi: prospółdzielczego ustawodawstwa, opodatkowania na cele mieszkaniowe prywatnych właścicieli, banków, przemysłu i „obszarów dworskich”, inwestycji budżetowych w mieszkalnictwo społeczne oraz walki ze spekulacją gruntami budowlanymi. Zapisano również postulaty „należytego rozplanowania osiedli mieszkalnych” z uwzględnieniem pralni, kąpielisk, sklepów spółdzielczych, jadłodajni, terenów zielonych i sportowych, a także budynków dla instytucji kultury, bibliotek, czytelni, klubów, świetlic oraz przedszkoli i ośrodków zdrowia. Uczestnicy kongresu podkreślali także konieczność dbałości o jakość budownictwa społecznego przy zastosowaniu „nowoczesnych zdobyczy technicznych w dziedzinie urządzeń instalacyjnych i konstrukcji budynków” oraz systematycznie przeprowadzanych prac badawczych.

Przykłady realizacji spółdzielczych świadczą o tym, że nie były to życzenia oderwane od rzeczywistości. Niestety, końca dobiegał właśnie okres, który przez samych kooperatystów określony został w historii spółdzielczości mianem nowatorskiego. II wojna światowa przerwała go brutalnie i pogrzebała w gruzach niejeden budynek, niejedno osiedle. 1 sierpnia 1944 roku pierwszy akt zbrojny Powstania Warszawskiego rozegrał się na terenie WSM-u, gdzie doszło do wymiany ognia między Oddziałami Wojskowego Powstańczego Pogotowia Socjalistów a faszystowskim patrolem… 

Więź wspólnoty sąsiedzkiej 

Spółdzielczy heroizm lat okupacji polegał także na tym, że na tajnych spotkaniach gromadzili się urbaniści, architekci i ekonomiści związani z ruchem, by projektować powojenną odbudowę kraju i stolicy ze zniszczeń wojennych. Ich wysiłki, a także nieprawdopodobne jak na ówczesne warunki wizjonerstwo i entuzjazm nie pójdą na marne. Po ustaniu walk spółdzielcy przystąpili do pracy, by dostarczyć schronienia pokiereszowanej ludności. Do 1949 roku kooperatywy wybudowały osiem procent zasobów mieszkaniowych. 

Po wojnie doświadczenia Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej trafiają na krakowski grunt. Jest to zasługa Pawła Lwa Marka, który był kolejną nietuzinkową postacią wśród spółdzielców. Przed wojną wieloletni działacz Anarchistycznej Federacji Polski i członek WSM-u. Po Powstaniu Warszawskim wydostał się z ruin stolicy i trafił do Krakowa, gdzie zaczął działać w Okręgowej Komisji Związków Zawodowych. Robotnicy, którzy w tym czasie, często na własną rękę, spontanicznie uruchamiali kolejne zakłady komunalne zniszczone w trakcie wojny, namówili go, by rozpoczął dla nich starania o godne warunki mieszkaniowe. Korzystając ze swoich doświadczeń spółdzielczych, Paweł Lew Marek opracował więc plan działania, w wyniku którego 20 sierpnia 1946 roku zapadła ostateczna decyzja o powołaniu krakowskiej Związkowej Spółdzielni Mieszkaniowej. Ostatecznych formalności wraz z przyjęciem statutu spółdzielni wzorowanego na WSM-owskim dokonano miesiąc później.

Pierwsze budynki powstały między dzisiejszą aleją Daszyńskiego i ulicami Siedleckiego i Metalowców. Ta ostatnia otrzymała swoją nazwę nie bez powodu — to Związek Metalowców skupiający głównie robotników z fabryki „Zieleniewskiego” wpłacił największą ilość udziałów w wysokości ówczesnego miliona złotych, tak by budowa mogła jak najszybciej ruszyć. Rozprowadzano również cegiełki „na budowę domów dla świata pracy” o różnych nominałach, z wizerunkiem modernistycznych bloków. Dziełem ZSM-u jest także m.in. osiedle Podwawelskie. Wciąż dość dobrze rozplanowane, zielone, zaopatrzone w sklepy, szkoły, przedszkola, jadłodajnie, świetlice i kluby. Jednak są to już czasy budownictwa masowego o bardzo zaniżonych, tzw. gomułkowskich standardach mieszkań. Często wykonywane „czynem społecznym”, w pośpiechu, na kolejną uroczystość z okazji święta 22 lipca. Spółdzielczość mieszkaniowa została upaństwowiona, stając się quasi-spółdzielczością. Została też złamana podstawowa zasada kooperatyzmu, jaką jest dobrowolność zrzeszania się. Zniszczono w ten sposób istotę spółdzielczości, jaką jest więź wspólnoty sąsiedzkiej. Co więcej, państwo, które w systemie centralno- -nakazowym miało rzekomo zaspokajać wszystkie potrzeby obywateli, łącznie z mieszkaniowymi, zrzuciło tę funkcję na spółdzielnie mieszkaniowe.

Był to sprytny manewr rządzących, którzy z jednej strony mogli odtąd wymagać od spółdzielni jako organów „zewnętrznych” wykonywania planów budownictwa, z drugiej zaś zaczęli traktować spółdzielnie jak kozła ofiarnego. 

Moda na kooperację 

Niestety, gdy minął niechlubny czas upaństwowienia, nastał okres „powszechnego” uwłaszczenia oraz całkowitego odejścia od idei osiedla społecznego, która jeszcze przed wojną zakładała zapewnienie mieszkańcom możliwości autonomicznej działalności społecznej i kulturalnej, opieki nad dziećmi, bliskiego dostępu do podstawowej sieci handlu i usług, a także opieki zdrowotnej. Jeśli dodamy do tego nieustanne manipulowanie prawem spółdzielczym i presję na wydzieloną własność oraz nacisk lobby deweloperskiego, które najchętniej w ogóle pozbyłoby się tego „reliktu przeszłości”, zaczyna nam się wyłaniać pełen obraz trudności, które stają przed współczesnymi kooperatystami. Mimo to pewną jaskółką i nowym podglebiem dla ruchu spółdzielczego mogą stać się coraz lepiej zorganizowane ruchy lokatorskie. Wychodzą na razie z pozycji defensywnej obrony przed współczesnymi kamienicznikami. Lecz współpracujące z nimi tzw. nowe ruchy miejskie w październiku 2012 roku zorganizowały już drugi swój kongres [por. A&B 12/2012], na którym podkreślano m.in. wagę takich inicjatyw jak „mikrospółdzielnie”.

Młode pokolenie znów z zainteresowaniem zaczyna traktować ideę kooperacji. 

Tekst ukazał się w piśmie A&B nr 3/2013.
 

Czytaj także:

Legierski: „Zaciągajcie kredyt na mieszkanie” to absurdalna filozofia

Herbst: Budowa mieszkań na wynajem to priorytet, ale projekt rządu jest za drogi

Czeredys, Topiński: Urealnić rynek mieszkań


Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.
Nie wystarczy wiedzieć - trzeba rozumieć.Wspieraj nas!