Gospodarka

Brus i Łaski: zapomniani wizjonerzy socjalizmu rynkowego

Seth Ackerman

Społeczna własność środków produkcji nie wyklucza istnienia rynku – pisali o tym dwaj polscy ekonomiści, Włodzimierz Brus i Kazimierz Łaski. Pracownicy mogliby zyskać kontrolę nad przedsiębiorstwami, w których pracują, a gospodarka przestałaby wyglądać jak archipelag prywatnych imperiów rządzonych przez Bezosów, Zuckerbergów, Kochów czy Trumpów.

Sto lat i trzy miesiące temu brytyjska Partia Pracy ogłosiła, że przechodzi na socjalizm. W klauzuli IV swojej konstytucji z lutego 1918 roku laburzyści opowiedzieli się za „powszechną własnością środków produkcji, dystrybucji i wymiany”, co w oczach większości obserwatorów uczyniło ich partią prawdziwie socjalistyczną. A co właściwie zamierzano zrobić ze środkami produkcji po ich uspołecznieniu? Odpowiedzi na to pytanie były oszczędne. Autor klauzuli IV, współzałożyciel Towarzystwa Fabiańskiego Sidney Webb, mówił o wszechstronnie planowanej gospodarce przy ściśle ograniczonej roli rynków. Inni partyjni myśliciele, na przykład John Hobson i Barbara Wootten, opowiadali się za socjalizmem bardziej „liberalnym”, będącym mieszanką gospodarki planowej i rynkowej.

Inna ekonomia jest możliwa?

W całej tej dyskusji dawał się jednak odczuć szczególny brak. Historyk ekonomicznych debat Partii Pracy wskazuje, że „pomimo niemal powszechnego zaangażowania w retorykę »świadomego i celowego sterowania« [gospodarką poprzez planowanie], niewielu przedstawiało konkretne pomysły, co by to miało znaczyć dla rzeczywistej polityki gospodarczej”. Jak się wydaje, dominował pogląd, że szczegółowe zasady „gospodarki planowej”, z początku niewyraźne, ujawnią się stopniowo i zostaną doprecyzowane metodą prób i błędów w toku jej budowania. To dlatego nawet zachodni socjaliści nieufni wobec bolszewickich metod, tacy jak fabianie, z nadzieją spoglądali na raczkujący eksperyment sowiecki, spodziewając się po nim przynajmniej dostatku praktycznych nauk.

Siedemdziesiąt lat później, w przededniu upadku ZSRR, dwóch polskich ekonomistów, którzy spędzili całe życie badając radziecki eksperyment, zebrało te nauki i opublikowało je w książce pod tytułem Od Marksa do rynku. Włodzimierz Brus i Kazimierz Łaski byli ważnymi postaciami krótkiego złotego wieku polskiej ekonomii, która rozkwitła po roku 1956, w sprzyjającym reformom okresie po odwilży. W roku 1968, kiedy reżim przyjął postawę represyjnie konserwatywną i otwarcie antysemicką, obaj naukowcy ze względu na żydowskie pochodzenie opuścili kraj i osiedlili się na zachodzie. Między tym granicznymi datami jako wysocy rangą doradcy polityczni znajdowali się w samym centrum debat o reformach. Publikowali tłumaczone na wiele języków prace z dziedziny planowania i blisko współpracowali z marksistą-keynesistą Michałem Kaleckim. W 1955 roku poręczyli zresztą za Kaleckiego przy jego powrocie do Polski.

Mało kto miał równie adekwatne doświadczenia, by dojrzale ocenić siedem dekad gospodarczego eksperymentu komunistów. Brus i Łaski zaproponowali coś jeszcze: obiecującą wizję takiego socjalizmu, który da się utrzymać.

Nie ma jednej ekonomii

W klasycznej gospodarce nakazowej, odziedziczonej po epoce stalinizmu, wszystkim przedsiębiorstwom w bloku wschodnim narzucono jeden cel: wypełnienie planu. Ten bezwzględny dykta wymuszał na kierownictwach zakładów takie zachowania, które w izolacji mogły być racjonalne, ale skumulowane powodowały dysfunkcje w gospodarce. Stosowano na przykład tak zwaną strategię minimaksu. Ponieważ zdecydowanie najczęstszą przyczyną niewypełnienia planu produkcji przez zakład były niedobory surowców, na etapie układania planu kierownicy zabiegali o zapisanie w nim możliwie najniższych oczekiwań co do wyników produkcji, a jednocześnie o jak największy przydział surowców. Oznaczało to, że firmy gromadziły zasoby, by chronić się przed groźbą niedoboru i jego konsekwencją, czyli niemożnością wykonania planu.

Strategia minimaksu była więc racjonalna dla każdego zakładu z osobna, ale nieracjonalna dla systemu jako całości. Produkty jednego zakładu były przecież czynnikami produkcji innego. Powszechne gromadzenie surowców prowadziło do chronicznych niedoborów, przetaczających się przez całą gospodarkę kaskadą deficytów i zatorów.

Kierownicy starali się też korygować priorytety planu, wybierając spośród sprzecznych założeń (ilości, jakości, różnorodności itd.) te, które można było wypełnić najłatwiej. W praktyce najczęściej stawiali na ilość. Mówi o tym stary radziecki dowcip o fabryce, która miała wyprodukować 10 ton igieł, a zrobiła jedną, dziesięciotonową. Jakość i różnorodność produktów w gospodarkach planowych utrzymywano najczęściej na poziomie niezbędnego minimum.

Wreszcie, kierownicy w gospodarce planowej odznaczali się wyraźną niechęcią do zmian. Niepożądane było wszystko, co mogło zwiększyć niepewność dostawy, a tak przecież dzieje się zawsze przy wprowadzeniu nowego produktu bądź innowacji produkcyjnej. Amerykański ekonomista Joseph Berliner w swoim słynnym studium o innowacji w ZSRR wykazał, że nowe produkty i procesy zwykle wymagają nowych, nieznanych półproduktów, jak również większych nakładów, pozwalających na „majstrowanie” i eksperymenty. Dostawcy półproduktów proszeni są często o specjalne modyfikacje, a taka niedogodność może im utrudnić wyrobienie własnej normy produkcyjnej. Poza tym, nowe produkty niejednokrotnie okazują się nieekonomiczne w zamierzonym przeznaczeniu, za to mogły mieć nowe, nieoczekiwane zastosowania. Nie wolno jednak zdać się na taki traf, bo cały plan szybko by się rozsypał. Wszystkie te względy sprawiały, że systematyczna innowacja okazywała się w praktyce niemożliwa.

Zmokły kapiszon czy bomba wodorowa – Marks-ekonomista w dwusetne urodziny

Po śmierci Stalina i rozluźnieniu więzów ideologii nauki ekonomiczne zaczęły się odradzać w krajach socjalistycznych – zwłaszcza w Polsce. Pojawiła się liczna grupa ekonomistów nawołujących do reform. Ubolewali nad nadmierną centralizacją gospodarki nakazowej i namawiali do szerokiego zastosowania cen, zysków i innych „rynkopodobnych” wskaźników, przy jednoczesnym zachowaniu zasady „własności socjalistycznej” – to znaczy zbiorowej własności środków produkcji. Swoistym manifestem ekonomiczny tej grupy była wydana w 1961 roku książka Brusa, Ogólne problemy funkcjonowania gospodarki socjalistycznej.

W latach 60. i 70. w niektórych gospodarkach socjalistycznych, łącznie z samym ZSRR, zaczęto prowadzić eksperymenty w tym kierunku, chociaż bez przekonania. Najdalej w reformach poszły Węgry. W myśl Nowego Mechanizmu Ekonomicznego, który wszedł w życie w 1968 roku, węgierskie zakłady wciąż stanowiły własność państwa, ale nie narzucano im już oficjalnych norm produkcji i przydziałów surowców. Nie istniał też żaden państwowy „plan”, który określałby normy produkcji. Każdy zakład wciąż odpowiadał przed ministerstwem, które miało wyłączne prawo rozwiązywania, łączenia czy reorganizowania przedsiębiorstw oraz przydzielało im określoną „sferę działalności” (tzn. sektor bądź podsektor przemysłu). Ministerstwa odpowiadały też za zatrudnianie, zwalnianie i wysokość wynagrodzeń kierowników wysokiego szczebla. Natomiast zakłady miały samodzielnie nabywać surowce i półprodukty, a własne wyroby sprzedawać na otwartym rynku. Państwo kierowało gospodarką i akumulacją kapitału wyłącznie za pomocą środków makroekonomicznych, to znaczy kontrolując podatki, stopy procentowe, subwencje i tak dalej. Stalinowska gospodarka nakazowa odeszła w niepamięć.

Wyniki eksperymentu rozczarowały Węgrów. Nie był to jednak całkowity zawód. W latach 70. gość z zagranicy mógł dostrzec znaczącą poprawę jakości i różnorodności towarów dzięki temu, że zakłady zaczęły brać pod uwagę koszty i popyt. Z drugiej strony, nadal nie udawało się rozruszać innowacji, za to deficyty nie chciały ustąpić. Węgierscy ekonomiści jednogłośnie stwierdzili, że w gospodarce nie pojawiła się oczekiwana zmiana jakościowa: nastąpiło jedynie przejście od bezpośredniej do pośredniej kontroli biurokratycznej. „Kierownik jednym okiem patrzy na klienta i dostawcę, a drugim na swoich przełożonych, biurokratów” – określił tę sytuację słynny węgierski ekonomista János Kornai. Całościowe planowanie zastąpiono „kuratelą finansową”, według określenia ekonomisty Davida Granicka. W ten sposób, poprzez specjalne podatki i subwencje uznaniowo przydzielane pojedynczym firmom (oraz nieoficjalne kwoty, koncesje, kontrolowanie cen i tak dalej) niemal zupełnie negowano autonomię zakładów produkcyjnych, którą miał gwarantować Nowy Mechanizm Ekonomiczny.

Must read polskiej lewicy

Do 1989 roku, kiedy Brus i Łaski napisali swoją książkę, wśród ekonomistów na Węgrzech zapanował konsensus, że powodem utrzymującego się panowania biurokratycznej kontroli jest brak rynku kapitałowego. NME zakładał stosowanie mechanizmów rynkowych do motywowania decyzji o wykorzystaniu istniejących możliwości produkcyjnych na rynkach produktów. Jednak decyzje o ilościowej bądź jakościowej zmianie w możliwościach produkcyjnych, wymagającej mobilizacji czynników produkcji, wciąż miały podlegać państwowym władzom planującym.

Wkrótce stało się jasne, że te dwie cechy systemu pozostają w sprzeczności: przy braku rynku kapitałowego nawet decyzji o wykorzystaniu istniejących możliwości produkcyjnych na rynkach produktowych nie mogły leżeć w gestii autonomicznych zakładów. Brus i Łaski pisali:

„Jeśli przedsiębiorstwu obecnie nierentownemu zabroni się prób pozyskania kapitału na rynku, by zrestrukturyzować działalność, w tym rozszerzyć ją na inne, bardziej obiecujące pola, i jeśli nie może go przejąć firma bardziej dynamiczna, dostrzegająca ukryte szanse, restrykcyjne stosowanie rynkowych zasad gry doprowadzi w rzeczywistości do rażących niedostatków: splajtują nie tylko przedsiębiorstwa niezdolne do poprawy swojej sytuacji, lecz także te, które mają dobre perspektywy, a tylko tymczasowo przechodzą trudności.”

W rezultacie musiało interweniować państwo. Brak interwencji „popchnąłby zbyt wielką liczbę przedsiębiorstw do bankructwa” – pisał wtedy węgierski ekonomista Marion Tardos. Bez rynku kapitałowego nikt nie mógł też wykupić składników majątku likwidowanego przedsiębiorstwa.

To jest naprawdę skomplikowane, czyli po co nam ekonomia złożoności?

Właśnie tego zagadnienia dotyczy najoryginalniejsza propozycja Brusa i Łaskiego. W czasie, kiedy porywiste wichry historii popychały Europę Wschodnią do przyjęcia kapitalizmu wolnorynkowego w całości, ci dwaj ekonomiści postulowali, by zamiast tego zbudować socjalizm rynkowy na solidniejszych fundamentach, poprzez ustanowienie socjalistycznego mechanizmu rynku kapitałowego. Tylko w jaki sposób ukochaną przez Sidneya Webba „własność powszechną” można pogodzić z fragmentaryzacją własności – logicznym warunkiem kupna i sprzedaży uprawnień finansowych i kontrolnych w przedsiębiorstwach produkcyjnych?

Brus i Łaski twierdzili, że potrzeba „zdecydowanego oddzielenia pewnej liczby funkcji dotychczas spełnianych przez państwo socjalistyczne w tak silnym wzajemnym połączeniu, że zaczęto uważać je za nierozłączne”. Rola „państwa-właściciela” musi zostać wyraźnie odłączona od roli państwa w inkasowaniu podatków; w „ustanawianiu standardów handlu, zdrowia, bezpieczeństwa i innych”; w pozostawaniu „centrum polityki makroekonomicznej”; i w zajmowaniu się wszystkimi tymi problemami społecznymi, „których nie można określić w kategoriach zysków i strat (dobrami publicznymi, efektami zewnętrznymi)”.

Brus i Łaski uważali, że wszystkie te role są konieczne. W przeciwieństwie do wielu wschodnioeuropejskich kolegów w latach 80. nie byli entuzjastami leseferyzmu. Łaski wkrótce został zagorzałym krytykiem procedur dostosowania strukturalnego prowadzonych w Polsce przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Podstawa prawna planowania gospodarczego musi być zakorzeniona w roli państwa jako demokratycznego gwaranta woli publicznej – a nie w samej własności infrastruktury publicznej, której państwo jest dysponentem.

Chociaż Brus i Łaski opracowywali te pomysły jako ścieżkę reformy gospodarek socjalistycznych, można sobie wyobrazić przejście do takiego systemu od nowoczesnej gospodarki kapitalistycznej. Załóżmy, że demokratycznie powołany Fundusz Powszechny przeprowadziłby obowiązkowy zakup wszystkich środków finansowych posiadanych przez gospodarstwa domowe: akcji i obligacji, ale też funduszy wspólnego inwestowania i innych instrumentów finansowych. Zapłata za środki zostałaby zdeponowana na kontach bankowych tych gospodarstw – przy czym właścicielem banków byłby już sam Fundusz Powszechny.

Mączyńska: Jak kapitalizm zjada naszą przyszłość

czytaj także

Na końcu tego procesu wszystkie prywatne fundusze majątkowe nie byłyby zobowiązaniami towarzystw funduszy inwestycyjnych czy też innych prywatnych emitentów papierów wartościowych, ale zobowiązaniami Funduszu Powszechnego. Firmy stanowiące dla społeczeństwa środki produkcji stałyby się majątkiem Funduszu i można by je było przydzielić do nowo utworzonych uspołecznionych funduszy inwestycyjnych. Ich portfelami zarządzano by na korzyść Funduszu, a nie jakiegoś prywatnego właściciela. Nowo założone firmy prywatne mogłyby po pewnym czasie zostać wprowadzone na ten uspołeczniony rynek kapitałowy (zachęcone odpowiednimi korzyściami z takiej sprzedaży), by ostatecznie rynek ten stał się dominującym posiadaczem własności w gospodarce.

Taki system umożliwiłby to, co Sidney Webb zapisał w klauzuli IV konstytucji Partii Pracy: „pracownikom ręki bądź umysłu zagwarantowanie wszystkich owoców pracowitości przy ich najsprawiedliwszym rozdziale” oraz „najlepszy z możliwych system powszechnej administracji i kontroli każdego przemysłu bądź usługi”. Innymi słowy, pracownicy mogliby zyskać znacznie większą kontrolę zarządczą nad firmami, w których pracują.

Kowalik: Od Stiglitza do Keynesa

To nie wszystko. Wiele korzyści pojawiłoby się też na przykład w sferze zarządzania makroekonomicznego. Prywatny majątek finansowy nie podlegałby chaotycznym fluktuacjom rynków finansowych, ale byłby wyznaczany przez politykę makroekonomiczną, tak jak dziś od tej polityki zależy jeden z jego składników: rozmiar bazy monetarnej. Dzięki uspołecznieniu finansów znikłoby zagrożenie paniką bankową (lub jej odpowiednikiem w równoległym systemie bankowym), ponieważ wartość aktywów finansowych zgromadzonych w prywatnych rękach nie zależałaby już od subiektywnych oczekiwań przyszłych zysków. Jednocześnie publiczna pomoc oferowana instytucjom finansowym w kryzysie nie budziłaby obaw o nadużycia, ponieważ te instytucje byłyby publiczne, ich zarządy można by w razie potrzeby zwolnić, a na hossie nie dorabialiby się żadni aktorzy prywatni.

Przede wszystkim jednak stanowiska dowodzenia gospodarką przestałyby wyglądać jak archipelag prywatnych imperiów rządzonych przez różnych Bezosów, Zuckerbergów, Kochów czy Trumpów. By użyć słów pieśni, „na własność do nas przejdą całe, jak należności słusznej zwrot”.

 

**
Seth Ackerman jest redaktorem naczelnym Jacobin Magazine.

Tekst ukazał się na portalu ineteconomics.org. Przedruk za zgodą autora. Z angielskiego przełożyła Aleksandra Paszkowska.

W przekładzie wykorzystano fragment Międzynarodówki w tłumaczeniu Marii Markowskiej.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.