Felieton

Manifest prosmogowy

Ach, jak ja kocham smog - to cudo, które pomaga okryć nagą rzeczywistość i podlać ją wizualnym ekwiwalentem wódki.

Każdy ma słabości.

Wiadomo, że czasem te słabości śmiertelnie mogą szkodzić – ale wypieramy. Jedni palą papierosy z takim smakiem, jakby ciastka jedli z kremem, inni – grzeją wódę i narkotyki, wmawiając sobie, że od tej ramki dziennie do raka płuc, czy od cowieczornej bani do marskości wątroby droga tak daleka jak od nieliberalnej demokracji do faszyzmu.

Ja też, oczywiście, wolny od rzeczonych sympatii nie jestem, piję, palę, włócząc się od Parany do Psa i od Betla czy Bomby na Szczepańskim do Drink Baru na Wspólnej. Szczególnie teraz, jesienią, gdy polsko-gotycka pogoda i klimat sprzyjają zatapianiu się w coś, co Jan Himilsbach nazywał elementem baśniowym, i co jest dziś przypomniane przez napis na jakiejś turystycznej knajpie na Kazimierzu, tej dzielnicy Krakwawy, która jest szczególnie podatna na urok prawdziwej mej jesiennej miłości: smogu.

Czy rządowa wizja walki ze smogiem faktycznie poprawi zdrowie Polaków?

Ach, jak ja kocham smog.

Uważam, że smog, podobnie jak lampki cmentarne w Dzień Zwłok Pod Lastrykiem, powinien być wpisany na listę UNESCO jako rzadki wkład polskiej – było nie było – działalności cywilizacyjnej w estetykę krajobrazu kulturalnego.

Jak pięknie wygląda Krakwawa, ta polska dwustolica, dwójmiasto, i cała Siódemka pomiędzy nimi – w smogu. Rany, gdy chodzi się ulicami i uliczkami i tylko delikatne podświetlenie w mleku widzi tu i tam, jedno takiego koloru, drugie – owakiego, gdy własnej ręki nie widać, gdy się ją wysunie przed siebie, gdy krajobraz spowity jest, jak to mówią poeci, smogiem niczym filtrem na Instagramie – czego chcieć jeszcze?

No, może tylko tego, by smog był zdrowy, jak e-papierosy co najmniej, o ile te są naprawdę zdrowsze od zwykłych, analogowych (kace są, w każdym razie, o wiele mniejsze). Bo nie jest. Smog jest, jak to większość pięknych rzeczy, niebezpieczny. Jak alko, jak fajki, jak – jak to śpiewał Muniek Staszczyk – „spliff z colą” (spliff z colą, śmiech) itd. Nie ma gdzie na smogu napisać, ze minister ostrzega, ale w zasadzie powinno być napisane.

Pis-u wojna o węgiel, czyli państwo wciąż teoretyczne

Ale Polacy bardzo lubią smog. To znaczy – nie ten rzeczywisty. Jedną z moich ulubionych jesiennych aktywności na Facebooku, gdy akurat nie wrzucę, w ramach walki z uzależnieniem, jakiejś falangi czy innego kutasa na walla, żeby mnie przyblokowali na miesiąc i żebym miał spokój jest publiczne zachwycanie się smogiem. Piszę taki post o tym, jak to smog jest super, a potem patrzę, jak kohorty kretynów walą o ten post jak – nie przymierzając – fale przyboju, pisząc mi jakim to jestem szkodnikiem endorsując smog. I używają makaronizmów typu endorsując. Że smog powinien być JEDNOZNACZNIE, BEZWZGLĘDNIE potępiony. Jak męski szowinizm, ksenofobia i inne tego typu rzeczy.

Ale jakże mi jednoznacznie potępiać smog, jeśli Polacy – przyjmijmy taką wyobrażoną, upraszczającą kategorię dla wygody – bardzo lubią zachwycać się smogiem innego rodzaju.

Smog jest bowiem szatą polskiej zimo-jesieni. Akuninowski Fandorin (rosyjski elegancki superniedźwiedzio-nindżo-Holmes, który służyć się wydaje zaspokojeniu wszystkich rosyjskich kompleksów jednocześnie i bez wyjątku, jednakowoż dżentelmen wcale sympatyczny) mówił w którymś tam z ostatnich opowiadań Akunina, że nie ma nic bardziej paskudnego, niż polska zima. Śniegu jak na lekarstwo, a świat nie jest litościwie przykryty, jak to w lecie, zielenią, czy jak to w zimie, do czego przyzwyczajeni są Rosjanie, szlachetną bielą pozwalającą na pół roku odpocząć od świadomości, jak tu jest, kurwa, paskudnie. Zanim się nie zacznie od tej świadomości odpoczywać a conto zielonego.

Pis-u wojna o węgiel, czyli państwo wciąż teoretyczne

No więc w czasach Fandorina nie było, widocznie, smogu. Smog to szata. Smog to właśnie to cudo, które pomaga okryć tę nagą rzeczywistość i podlać ją wizualnym ekwiwalentem wódki, rzeczonego spliffa (spliffa, hehe), czyli Himilsbachowskiego elementu baśniowego. Ja tam akurat lubię polską, i w ogóle środkowoeuropejską nagość, i to nawet bardziej od śniegu, ale rozumiem, że nie wszyscy muszą. Rozumiem też, dlaczego ten element baśniowy, ten smog, którego element dekoracyjny przykrywa śmiertelne niebezpieczeństwo, stosuje się w innych przypadkach.

No bo tak. Polscy miłośnicy międzynarodowej „nieliberalnej demokracji” widzą być może, że ich zależność ideologiczna od LePen, Trumpa czy Putina prowadzi do rozpadu tego, co zapewnia Polsce jaką-taką międzynarodową stabilizację, ale – twardo – udają, że wszystko jest okej. Że to, co mówi PiS, to nie tylko rzecz piękna, jak to tylko element baśniowy być potrafi, ale i zdrowa, nie zakażona zarazkami trumpozy, putinozy czy lepenokoków.

Tak samo, jak polska późna sanacja, endecja czy ONR były ideologicznie zależne, jak to pisał np. Słonimski, od faszyzmu, i jak przedstawicielom endeckiej, sanackiej czy innej nacjonalistycznej emigracji w Londynie, po tym, jak ich wielka miłość ideologiczna rozpieprzyła im kraj w drobiazgi, było potem głupio.

W Krakowie mieliśmy smog, zanim to było modne

czytaj także

Że powrót do „własnej tradycji”, jedynej właściwej, niezmąconej, to to samo, co w Iranie, gdy ten odrzucił zachodnią drogę rozwoju i skupił na „własnej, narodowej drodze”, czyli wyjątkowo pięknym baśniowym elemencie wprowadzanym tak aktywnie do rzeczywistości, że skończyło się to szariatem i wieszaniem publicznie ludzi na ulicach na sznurach holowniczych, tylko na mniejszą skalę. Cztery ramki szlugów dziennie? Nie, to nie dziura w płucach.

Że ignorowanie międzynarodowych ustawień i egoistyczne działanie wyłącznie na korzyść własnego państwa, włącznie z próbami zaprzęgnięcia prawa i sądów, by służyły również tej korzyści, a nie sprawiedliwości jako takiej, to nie to samo, co u Erdogana, Putina czy gdzie indziej w okolicy, tylko – oczywiście – na mniejszą skalę. Że niekontrolowana tradycja to jej zawalenie, zepsucie, degradacja. A niekontrolowana i idealizowana, wyświęcana tradycja typu „nie pouczajcie nas, jak dbać o sądy, lasy, bo my, w Polsce, mamy tutaj swoje obyczaje i od tysięcy lat wiemy jak to robić” to, owszem, piękny baśniowy element rzeczywistości, ale i przepis na katastrofę dramat o wiele większy niż wdychanie smogu w komorze smogowej. Ale udawajmy, że jest inaczej. Dwie flaszki gorzoły na dzień to wcale nie to samo co wątroba do wymiany. I wcale w tę stronę to nie idzie.

Smog to inni

czytaj także

Albo takie lewicowe zakrzykiwanie każdego, kto zwraca uwagę na to, że masowa urawniłowka ideologiczna, którą lewica ma często uprzejmość proponować swoim dyskutantom w imię wprowadzania do rzeczywistości elementów baśniowych, zabijająca wszelkie zniuansowanie, to wcale nie jest antyindywidualistyczny marsz hunwejbinów, krok w krok, który musi być w końcu z obrzydzeniem odrzucony przez każdego, kto jest przyzwyczajony (tak, wiem, burżuazyjnie i egoistycznie) do własnego ja, bo grozi to sprowadzeniem w nędzę czasów ideologizacji.

To ja już wolę zachwycać się tym smogiem na boku, wiedząc jednak, że szkodzi.

Bio

Ziemowit Szczerek

| Dziennikarz i prozaik
Dziennikarz i prozaik, autor książek „Siódemka”, „Przyjdzie Mordor i nas zje, czyli tajna historia Słowian”, „Rzeczpospolita Zwycięska”, „Tatuaż z tryzubem”, „Międzymorze. Podróże przez prawdziwą i wyobrażoną Europę Środkową” oraz współautor zbioru opowiadań „Paczka radomskich”. Laureat Paszportu „Polityki”. Pisze dla „Polityki”, „Nowej Europy Wschodniej” i „Tygodnika Powszechnego”.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.