Felieton

O co chodzi z rurociągiem Dakota?

Rurociąg Dakota doprowadził do największego zgromadzenia i zjednoczenia Indian od stu lat.

W północnej Dakocie protesty trwają od kwietnia. Indianie i ich sprzymierzeńcy nie wycofują się mimo ataków i nadchodzącej zimy, koczując w namiotach i wstrzymując budowę. Chcą zatrzymać budowę rurociągu, który – jak twierdzą – będzie gwoździem do trumny dla ich kultury.

To jeden z najbardziej kontrowersyjnych tematów ostatnich miesięcy. Mocno przyćmiły go wybory prezydenckie i niechęć kandydatów do zajęcia stanowiska w tej delikatnej sprawie. Rzecz dotyczy dwóch kwestii naraz. Z jednej strony chodzi o prawa mniejszości – rdzennych mieszkańców tego kraju, którzy mają dość solidne podstawy twierdzić, że rurociąg stanowi zagrożenie dla ich zbiorników wody, o świętych miejscach nie wspominając. Z drugiej strony, chodzi o środowisko i fracking, czyli szczelinowanie.

Ukończony w niemal 90 procentach rurociąg Dakota ma przebiegać 800 metrów od indiańskiego rezerwatu plemienia Stojąca Skała. Ma przechodzić pod rzeką Missouri, która jest źródłem wody dla mieszkających tu ludzi. Firma odpowiedzialna za projekt, Energy Transfer Partners, twierdzi, że obawy są bezpodstawne. Chcąc w ogóle rozpocząć budowę, spółka musiała się sporo nagimnastykować, żeby otrzymać specjalne pozwolenie w związku z naruszeniem Clean Water Act i National Environmental Policy. Początkowo rurociąg miał biec nieopodal stolicy stanu, miasta Bismarck, ale został przesunięty właśnie z uwagi na bliskość źródeł wody pitnej. Uznano, że projekt jest zbyt niebezpieczny dla miasta. Po buncie jego mieszkańców, trasę przesunięto na ziemię leżącą opodal rezerwatu Indian. Od 2010 w Stanach Zjednoczonych zarejestrowano ponad 3300 wycieków z rurociągów. Widzimy więc, że mimo zabezpieczeń, wycieki stanowią normę.

Ukończony w niemal 90 procentach rurociąg Dakota ma przebiegać 800 metrów od indiańskiego rezerwatu plemienia Stojąca Skała.

W kwietniu protestujący Indianie utworzyli obóz, który przetrwał pierwsze śniegi i wciąż ma się dobrze. Mimo pokojowego charakteru manifestacji, policja kilkukrotnie użyła przemocy. Protestujących szczuto psami; doszło do ataków pogryzień i polewania zimną wodą przy bardzo zimnej temperaturze. W efekcie mamy ponad 167 obrażeń i ponad 268 aresztowań, w tym aresztowań dziennikarzy, którzy przyjechali na miejsce relacjonować przebieg wydarzeń.

Aż do wyborów prezydenckich o proteście było głośno głównie na mediach społecznościowych i dzięki relacjom Democracy Now. Natomiast po wyborach, gdy ludzie otrząsnęli się z pierwszego szoku, Dakota zaczęła coraz częściej trafiać na pierwsze strony najważniejszych gazet. Oprócz kwestii środowiskowych, debatuje się nad prawami Indian, którzy chcą, żeby zostawić ich święte miejsca w spokoju. Rurociąg Dakota doprowadził do największego zgromadzenia i zjednoczenia Indian od stu lat. Plemiona z całego kraju przyjechały wyrazić swoje poparcie dla Strojącej Skały. Przeciw rurociągowi wypowiadały się takie osoby, jak Bernie Sanders, uwielbiana posłanka z Hawajów, Tulsi Gabbard czy prokurator generalny, Loretta Lynch. Administracja Obamy, nie wykonując żadnych gwałtownych ruchów, też wydawała się po cichu sprzyjać protestującym.

Sprawy przybrały nieoczekiwany obrót 4 grudnia, kiedy to Army Corps of Engineers wstrzymał pozwolenie dla Energy Transfer Partners, deklarując chęć przemyślenia całej sprawy. Mają myśleć nad możliwością znalezienia alternatywnej drogi przebiegu rurociągu. No właśnie – i tu zaczyna się najciekawsze.

Początkowo protestujący wpadli w euforię – będą mogli wrócić do domu i spędzić zimę ze swoimi rodzinami. Albo przynajmniej odetchnąć. Jednak oznacza to również, że protest – znany w mediach społecznościowych pod hasłem #NoDAPL i ReZpect Our Water – zniknie z „New York Times’a” i z „Guardiana”. A to jest w sumie dla Energy Transfer Partners najkorzystniejsze.

Za kilka tygodni w Waszyngtonie nastąpi zmiana warty. Instytucje kluczowe dla tego rodzaju decyzji kompletnie zmienią swoje oblicze – ze sceptycznego na otwarcie wrogie. Na czele EPA (Environmental Policy Agency), amerykańskiej agencji kształtującej politykę środowiskową, stanie facet, który nie wierzy w zmianę klimatyczną. Scott Pruitt jest wielkim zwolennikiem frackingu i węgla. Na poziomie retoryki zaś dążenie do energetycznej niezależności Stanów Zjednoczonych sprzedaje się wśród wyborców Trumpa jak świeże bułeczki.

Za kilka miesięcy Indianie Stojąca Skała już nie będą mieli do kogo apelować. I wtedy właśnie się rurociąg po cichu dokończy, prawie na pewno na wyznaczonej trasie.

I jeszcze kąsek na zakończenie – Donald Trump ma zainwestowane między 500 tysięcy a milionem dolarów w spółkę Energy Transfer Partners. Z kolei firma „zainwestowała” 100 tysięcy dolarów w jego kampanię wyborczą. Tyle o końcu establishmentu w szykującym się do zimy Waszyngtonie.

 

**Dziennik Opinii nr 350/2016 (1550)

Bio

Agata Popęda

| Korespondentka Krytyki Politycznej w USA
Dziennikarka i kulturoznawczyni, korespondentka Krytyki Politycznej w Waszyngtonie.

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.