Komu imponuje korporacyjna gównomowa?
W badaniach nad biznesowym bullshitem najciekawsze jest to, kto jest wyczulony na jego nonsens, a dla kogo brzmi on jak istotny, głęboki, pouczający przekaz.
Na przekór Margaret Thatcher uważamy, że społeczeństwo istnieje. Przyglądamy się temu, jak się zmienia i co je kształtuje – dziś i w przeszłości. Publikujemy też reportaże.
W badaniach nad biznesowym bullshitem najciekawsze jest to, kto jest wyczulony na jego nonsens, a dla kogo brzmi on jak istotny, głęboki, pouczający przekaz.
Matrycą i ostatecznym horyzontem hiperpolitycznego konfliktu jest internetowa gównoburza – aktywność w mediach społecznościowych staje się główną formą politycznego działania, w niewielkim stopniu przekładającego się na realne zmiany.
Polsce brakuje superbohatera. Trafił się taki z łatwego gangu i fajnie, ale może potrzebny jest też inny, rozwiązujący problemy systemowo.
Panowie w wieku średnim, kiedy już swoim pijaństwem rozbiją rodzinę i umęczą wszystkich wokół, nagle odkrywają, że odkąd przestali pić, mają dużo wolnego czasu. Zaraz potem odkrywają religię.
Ostatnie Pokolenie popełniło ten sam błąd, co sztuka współczesna: straciło kontakt z odbiorcą. Dlatego też dzieła aktywistów są nie tylko niezrozumiałe – one budzą poważny absmak, nawet wśród tych, którzy za sztuką przepadają.
Co nie znaczy, że nie były wyrażone wystarczająco dobitnie.
Rynki prognostyczne nie radzą sobie z wytwarzaniem wiedzy o tym, co się wkrótce zdarzy, za to niesamowicie dobrze idzie im wytwarzanie korupcji i psucie dotychczas godnych zaufania źródeł informacji.
Byłoby absurdem oczekiwać od kawałka kartonu i kilku drewnianych pionków, że przebuduje relacje władzy. Gra może jednak zrobić coś, co jest warunkiem każdej zmiany: obnażyć mechanikę. Uczynić ją widzialną i dać jej nazwę.
Oglądając miniserial Netfliksa i film Borgliego zadajemy sobie pytanie, czy jakakolwiek długoterminowa relacja jest w ogóle „ontologicznie możliwa” w społeczeństwie produkującym tak neurotyczne i narcystyczne jednostki jak współczesny świat zachodni.
Zaprzysiężenie przypominało koronację. Kapłani dmuchali w muszle, stu ośmiu hinduskich batuków odśpiewało „Swasthi Shanti”, a szesnastu mnichów buddyjskich recytowało „Ashtamangalę”.