Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Obserwuj Obserwuj

Czerwona panika 2.0. Trumpiści na wojnie z „lewicowym terroryzmem”

Trumpiści znaleźli idealny pretekst, by rozbudować aparat represji i sieci inwigilacji. Im bardziej państwo nastawia się na zwalczenie danego zagrożenia, tym bardziej istnienie tego zagrożenia jest pożądane.

Socjolog, wykładowca
Protestujący tłum widziany od tyłu, widoczna tabliczka z napisem "Solidarity", na niebie w lewym górnym rogu kamaera inwigilijąca i dwa drony, po prawej stronie połowa twarzy Trumpa
Walka

W połowie lipca amerykański sekretarz stanu Marco Rubio zorganizował spotkanie przedstawicieli 67 państw, które miało na celu powołanie do życia nowej koalicji. Tym razem obok walki z dżihadyzmem i „narkoterroryzmem” za główne zagrożenie uznano terroryzm lewicowy. Temu ostatniemu ludzie Trumpa poświęcili najwięcej uwagi, ogłaszając rozpoczęcie zinstytucjonalizowanej, międzynarodowej krucjaty wymierzonej w „polityczny terroryzm skrajnej lewicy”, ze szczególnym uwzględnieniem antyfaszyzmu. Zapowiedziano obronę „cywilizacji” przed rzekomo oplatającą glob lewacką siecią wpływów, zrównując prodemokratyczne i proklimatyczne postulaty z marksistowską rewolucją. Jak stwierdził Stephen Miller, mamy do czynienia z „rakiem” „prowadzącym do gułagu”, którego trzeba bezwzględnie niszczyć.

Liberalne centrum zareagowało umiarkowanym oburzeniem. Kolejne wewnątrzpartyjne sukcesy socjalistów nie dają spać głównemu nurtowi demokratów, którzy uznają ich za wewnętrznego wroga, co w zaskakujący sposób pokrywa się z narracją Trumpa, Rubio i Millera o „wrogu wewnątrz domu” w postaci progresywnych aktywistów. Jednak znacznie bardziej interesująca jest prowadzona od roku przebudowa USA w kierunku państwa autorytarnego, sprawującego ścisłą kontrolę nad obywatelami za pomocą infrastruktury dostarczanej przez prywatne korporacje technologiczne. Do zrozumienia tej przebudowy nie wystarczą powierzchowne apele o obronę demokracji, nawet jeśli są w pełni słuszne. Przyjrzymy się zatem, co nowego antylewicowa ofensywa przynosi, a co jest tylko rekonfiguracją działającej od ćwierćwiecza maszyny.

Czytaj także Od „lewicowego antysemity” po „klucz do serc zoomerów”. Streamer, który podzielił USA Jakub Majmurek

Wojna z terroryzmem i państwo masowej inwigilacji

Począwszy od 2001 roku paradygmatem amerykańskiej polityki, prawa, a w dużej mierze również gospodarki, była doktryna War on Terror, czyli wojny z międzynarodowym terroryzmem islamistycznym. Choć niektórym komentatorom szokujące wydają się komentarze trumpistów o wojnie cywilizacyjnej, ta narracja wykuwała się w administracjach George’a Busha i Baracka Obamy. To za ich kadencji powstały sieci tajnych więzień, w których torturowano ludzi, usankcjonowano prewencyjne aresztowania, przebudowano międzynarodową infrastrukturę wojskową pod kątem zwalczania terroryzmu, stworzono dziesiątki agencji i think tanków wyspecjalizowanych w analizowaniu, śledzeniu i wyznaczaniu celów do zabicia, radykalną przebudowę prawa, dającą wyjątkowe uprawnienia władzy wykonawczej, wreszcie – rozdęto do absurdalnych rozmiarów budżety prywatnych i państwowych instytucji „antyterrorystycznych”.

W ciągu tych 25 lat definicja „bezpieczeństwa” uległa radykalnemu zawężeniu. Wcześniej rozumiane było jako poczucie stabilizacji i możliwość uzyskania wsparcia od społeczeństwa. Zamieniło się w paranoiczny strach przed obcym, który może być dosłownie wszędzie, dlatego – prewencyjnie – wszyscy ludzie na Ziemi powinni zostać objęci inwigilacją, nie tylko amerykańscy obywatele. Tak też się stało. Jeszcze kilkanaście lat temu rewelacje Assange’a i Snowdena o amerykańskiej sieci nadzoru umożliwiającej śledzenie właściwie każdej interakcji internetowo-telefonicznej spotykały się z globalnym oburzeniem. Dekadę później były już uznane za normę.

Czytaj także I ty możesz zostać terrorystką Magdalena Bazylewicz

Brutalnym symbolem tej zmiany stała się amerykańska wojna dronowa. Całe metropolie w krajach Bliskiego Wschodu, Południowej Azji i Afryki objęto permanentną obserwacją przez wyspecjalizowane drony wojskowe. Kilkanaście lat przed tym, jak świat usłyszał o Chacie GPT, algorytmy tworzyły patterns of life lokalnych populacji, rejestrując każdy krok i typując potencjalnie niebezpieczne jednostki do zabicia. W ten sposób zginęło przynajmniej kilka tysięcy cywili, w tym setki nieletnich.

Na wielu obszarach Afganistanu i Pakistanu dzieci przestały chodzić do szkoły, a dorośli na pogrzeby, w obawie, że zostaną zabici przez drona. Codzienne życie stało się koszmarem, a permanentny szum bezzałogowych statków powietrznych doprowadzał ludzi do paranoi. W ramach wojny dronowej za czynniki ryzyka sprzyjające uśmierceniu przez rakiety Hellfire uznawano m.in. wykonywanie podejrzanych połączeń telefonicznych, zmianę standardowej trasy powrotu do domu, uczestnictwo w dużym zgromadzeniu czy przewożenie kanistrów z benzyną. Byli operatorzy dronów opowiadali w wywiadach, że chcą wydłubać sobie oczy po tym, co obserwowali w zdalnych kokpitach. Budowane przez administrację Trumpa państwo totalnej cyfrowej kontroli jest tylko zwieńczeniem tego procesu i zgodnie z teorią imperialnego boomerangu Aimégo Césaire’a – przeniesieniem części metod stosowanych w zagranicznych wojnach „do domu”.

Rozwijana przez kolejne republikańskie i demokratyczne administracje machina krajowego i międzynarodowego śledzenia pochłania corocznie miliardy dolarów. Zatrudnia miliony osób i zapewnia przemysłowi zbrojeniowemu oraz IT lukratywne kontrakty, wzajemnie uzależniając instytucje państwowe i wielki biznes. Tym samym staje się samosterowna – do przetrwania potrzebuje nieprzerwanej obecności wroga.

Problem ten zauważył włoski filozof Giorgio Agamben, który w 2015 roku, w szczycie antyterrorystycznej paniki, otwarcie przedstawił paradoks demokracji liberalnych: im bardziej aparat państwa nastawia się na zwalczenie danego zagrożenia, tym bardziej istnienie tego zagrożenia jest pożądane. Dzieje się tak, gdyż coraz większe inwestycje kapitałowo-symboliczne podejmowane w tym celu potrzebują uzasadnienia. Innymi słowy, w najlepszym wypadku rządzący muszą po cichu pozwalać wrogom rosnąć w siłę, a w najgorszym aktywnie ich wspierać lub wytwarzać. W przeciwieństwie do modelu hobbesowskiego, gdzie państwo ma zakończyć wojnę wszystkich przeciw wszystkim, „państwo bezpieczeństwa” żywi się strachem obywateli i musi go stale podtrzymywać.

Czytaj także Nie będzie demokracji, dopóki istnieją miliarderzy Artur Troost

Dżihadyzm wciąż stanowi silny straszak, jednak medialnie został wyeksploatowany do granic. Ma też zasadniczą wadę – to z nim walczyły administracje Obamy i Bidena, a przecież władza, która stawia sobie za cel stworzenie nowego społeczeństwa, musi się czymś odróżnić. Radykalny islam nie wystarczy już, by pacyfikować własny naród czy przekierowywać środki publiczne do big techów (co, podkreślmy ponownie, zaczęło się ponad dwie dekady temu, a nie wraz z Trumpem). Polityczno-biznesowe elity pilnie potrzebowały nowego wroga do obsługi gigantycznej i coraz bardziej kosztownej infrastruktury inwigilacji oraz realizacji własnych interesów. Lewica nadała się idealnie.

Lewica jako wróg fantomowy

Można powiedzieć, że rozprawianie się z postępowymi ruchami – od rozbijania związków zawodowych po prześladowania intelektualistów – jest wpisane w DNA amerykańskiego systemu prawnego. Niektórzy komentatorzy twierdzą, że to już szósta fala straszenia socjalizmem w historii amerykańskiej polityki. Jej korzenie sięgają co najmniej Palmer Raids z lat 20. zeszłego wieku, gdy Departament Sprawiedliwości rozpętał ogólnokrajową kampanię wymierzoną w domniemanych socjalistów i anarchistów, która dotknęła głównie imigrantów z Włoch oraz Żydów ze wschodniej Europy.

Chwilę później nastała paranoja makkartyzmu wymierzonego we wszystko, co mogło kojarzyć się z lewicowością. Kulminacją był wielkoskalowy program COINTELPRO z lat 1956-1971 – agenci FBI przez lata inwigilowali, dezinformowali, ośmieszali, fabrykowali zarzuty, prowokowali wewnętrzne konflikty, a czasem z premedytacją przyczyniali się do morderstw w środowiskach czarnoskórych radykałów, czołowych działaczy związkowych, pacyfistów, feministek, ekologów, liberalnych artystów i prawników oraz rdzennych aktywistów. Równolegle – od lat 70. – na froncie globalnym Stany Zjednoczone programowo uzbrajały i wspierały skrajnie prawicowe, latynoamerykańskie junty wojskowe w ramach Operacji Kondor. Poza destabilizacją polityczno-gospodarczą kontynentu, bezpośrednim skutkiem była śmierć co najmniej 50 tys. osób (część źródeł mówi o 80 tys.) i uwięzienie 400 tys. 30 tys. uznano za zaginione.

Druga administracja Trumpa próbuje stworzyć COINTELPRO, a jednocześnie Operację Kondor w wersji 2.0. Fundamentalną różnicą są realia polityczne. W minionym stuleciu antykomunistyczna kampania walczyła – często w regularnych starciach militarnych – z radziecką strefą wpływów i zorganizowanym międzynarodowym ruchem antyimperialistycznym, dysponującym siłą i stwarzającym zagrożenie przejęcia władzy, jeśli nie bezpośrednio w USA, to w wielu innych krajach. Dziś wróg jest czysto fantomowy, sfabrykowany na potrzeby napiętego do granic absurdu aparatu antyterrorystycznego. Przywołany wyżej Agamben zauważa, że w państwie bezpieczeństwa przeciwnik musi być bardzo szeroko definiowany, by uzasadniać coraz bardziej wszechstronny nadzór nad populacją (zwłaszcza nad danymi komunikacyjnymi i informatycznymi) oraz w skoordynowany sposób sterować lękiem. To poczucie wściekłości i strachu, a nie partycypacja polityczna, stają się nową podstawą obywatelstwa.

Nie przypadkiem kilka dni po międzynarodowym szczycie ukazał się rządowy raport o komunistycznych wpływach Kuby w USA, w którym za lewackich wywrotowców uznano – obok burmistrza Nowego Jorku Zohrana Mamdaniego i streamera Hasana Pikera – związek zawodowy w Amazonie. Rubio powiązał każdy progresywny ruch w USA z kubańskim spiskiem. Państwo Castro w wyobraźni prawicy zaczęło działać jak słynny imigrant Schrödingera – podczas gdy imigranci jednocześnie nie pracują i kradną pracę, Kuba ma być pozbawionym znaczenia, upadłym krajem, który finansuje tysiące potężnych, lewicowych inicjatyw na terenie całych Stanów Zjednoczonych i poza nimi.

Już wdrożone we wrześniu 2025 memorandum Zwalczanie terroryzmu wewnętrznego i zorganizowanej przemocy politycznej (NSPM-7) przekierowało zasoby różnych podmiotów, od FBI po IRS (federalny urząd skarbowy), na rozbicie abstrakcyjnych sił „Antify”. Za przejawy jej „terroru” uznano m.in. krytykę kapitalizmu i polityki USA, domaganie się równości płci i ras czy niechęć do tradycyjnego modelu chrześcijańskiej rodziny. Ekstremizm poddano redefinicji. Zamiast czynów (zamachy, porwania, zabójstwa) kluczowe stały się poglądy, emocje i używany język.

Czytaj także Czy też jesteście sierotami po Ameryce? Nie ma się czego wstydzić Magdalena Bazylewicz

Wraz z nowym prawem wymiar sprawiedliwości dostał wolną rękę w konstruowaniu oskarżeń przeciwko dysydentom. Za przejawy działalności terrorystycznej w ostatnich miesiącach uznawano m.in. blokadę drogi, antyrządowe graffiti, posiadanie megafonu czy dystrybucję anarchistycznych gazetek. Nawet jeśli część tych działań można podpiąć pod jakiś paragraf, wstawienie ich do tej samej kategorii, w której znajdują się zamachy, stwarza zupełnie nowe możliwości. Nie trzeba już latami budować narracji o komunistycznym spisku. Wystarczy kilka wpisów w mediach społecznościowych, by zaangażować cały aparat represji do ścigania działań, które dopiero co były uznawane za wykroczenia lub w ogóle nie kategoryzowane jako niezgodne z prawem.

Hiperpolityka, AI i sojusz państwa z technologicznymi oligopolami

Ta nowa odsłona „czerwonej paniki” zyskuje sens z perspektywy zjawiska, które Anton Jäger nazwał hiperpolityką. Po etapie masowej, totalnej polityki początku XX wieku nastało poczucie pustki, szczególnie po kryzysie triumfalistycznego neoliberalizmu lat 90. i 00. Przyniósł on postępującą apatię, co w połączeniu z rozwojem mediów społecznościowych stworzyło mieszankę wybuchową. W rodzącym się modelu władzy nie ma miejsca na budowanie trwałych, inkluzywnych instytucji, opartych na wspólnocie moralnej, religijnej czy klasowej. Jest za to potrzeba ciągłego pobudzenia emocjonalnego, doświadczania krótkotrwałych, incydentalnych erupcji oburzenia. Skupienie na długoterminowej strategii, czyli klasycznie rozumianym modelu polityczności, zostaje zastąpione przez kontrowersje, improwizację, bezsensowne pokazy siły, wskazywanie wroga palcem.

Dlatego też antylewicowa krucjata nie sili się na argumenty, tylko programowo wykorzystuje groteskowe przerysowanie. Za symboliczny moment założycielski zohydzania przeciwników można uznać szeroko promowaną przez trumpistów książkę Unhumans Jacka Posobieca i Joshuy Lisiec z 2024 roku. Autorzy, według krytyków nawiązując do tradycji nazizmu, argumentują, że lewicowcy to tytułowi nieludzie, „brzydkie, zdeformowane dziwadła”. Tej argumentacji używa dziś Miller, określając antyfaszystów jako „zdeformowanych” i „nienormalnych”. Celem nie jest zwalczenie tych „nieludzi”, ale utrzymywanie zwolenników w stanie obsesyjnego pobudzenia, destabilizacja dla samej destabilizacji, stosowanej jako metoda zarządzania.

Kolejną zmianą jakościową w „czerwonej panice” 2026 roku jest to, że dzieje się ona w okresie pełnej integracji Lewiatana z technologicznymi oligopolami. Zamiast topornego kompleksu producentów stali i masowych mediów, władza opiera się na propagandzie kreowanej w czasie rzeczywistym na potrzeby najbliższych wyborów i aktualnych interesów broligarchii z Doliny Krzemowej. Wpisy na kanałach Białego Domu pozostają w symbiozie z masowo generowanym „anty-woke” AI-slopem i manifestami paladynów w stylu Alexa Karpa. Ta sama broligarchia na zlecenie państwa buduje olbrzymi system inwigilacji, poszanowanie prywatności traktując jako biurokratyczny odpad. Ludzie, którzy doszli do władzy na krytykujących lewacki autorytaryzm memach z Orwellem tworzą system kontroli, przy którym rewelacje Assagne’a i Snowdena wyglądają na niewinne żarty.

Częścią antylewicowego zwrotu jest też demonizacja protestów przeciwko szkodliwym dla lokalnych społeczności centrom danych. Pokojowi obywatele są aresztowani z tak błahych powodów, jak przekroczenie czasu wypowiedzi na demonstracji czy… klaskanie. Tak jak antykomunistyczne działania z lat 50. doprowadziły do rozbicia kilkunastu wielkich związków zawodowych za wyimaginowane lub prawdziwe powiązania z Partią Komunistyczną, tak w 2026 roku torują drogę biznesowym elitom AI/IT. Ponadto od początku sierpnia najwięksi gracze rynkowi mogą wykupywać wczesny dostęp do postów Trumpa i innych urzędników państwowych, by wykorzystywać to w operacjach finansowych. Brzmi jak mało wiarygodny cyberpunk z początku lat 80.? To znaczy, że świetnie się sprawdzi w realiach hiperpolityki.

Globalna walka z lewicą w obronie interesów wielkiego kapitału

Pozostaje jeszcze wymiar czysto ekonomiczny w skali globalnej. Quinn Slobodian, autor niedawno wydanej książki Muskizm, zauważył, że celem budowy ponadnarodowych instytucji nigdy nie było stworzenie wolnorynkowej utopii. Architekci powojennego ładu, a później neoliberalnego status quo, starali się zaprojektować międzynarodowe prawodawstwo w taki sposób, by globalna wymiana gospodarcza została oddzielona trwałym murem od roszczeń suwerennych państw i ich obywateli. Prawo handlowe, traktaty arbitrażowe czy warunki udzielania wsparcia przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy i Bank Światowy były konstruowane tak, by zablokować lokalną decyzyjność, sprowadzając państwa do funkcji portierów kapitału.

Z tej perspektywy zwoływanie międzynarodowego zgromadzenia w sprawie tzw. lewicowego terroryzmu jest bezpośrednią kontynuacją strategii ubezpieczania korporacji. Celem ostatecznym dla amerykańskiego sekretarza stanu nie jest przecież wyrugowanie niszowych grupek aktywistów o nieodpowiednich poglądach, ale nałożenie na sojuszników USA (dobrowolnych lub wyboru niemających) restrykcyjnych zasad, uznających propracownicze, antykapitalistyczne postulaty za realne zagrożenie o charakterze wywrotowym. Trumpizm byłby więc nie tyle gwoździem do trumny liberalnego porządku, co przebudową jego kulturowego wymiaru i zwieńczeniem wymiaru ekonomicznego. Sprzeciw wobec niego ma zostać po prostu skryminalizowany.

Czytaj także 80 > 250, czyli urodziny państwa Trumpa Agata Popęda

Kolejna zmiana polega na tym, że nowa „czerwona panika” marginalizuje znaczenie skrajnej prawicy, choć to ta pozostaje głównym zagrożeniem w USA. Nawet słynna kampania COINTELPRO, która skupiała się na wszelkich odcieniach czerwieni, uderzała również w Ku Klux Klan, Amerykańską Partię Nazistowską (ANP) i faszyzujących nacjonalistów. Historycznie prawicowy ekstremizm zawsze pozostawał celem tajnych służb. Tymczasem według Rubio oskarżenia prawicy o terroryzm wynikają z „ideologicznych uprzedzeń”. Chodzi o zbudowanie poczucia oblężenia wśród białych, chrześcijańskich wyborców i realizację interesów dużego kapitału. Póki pod postami jest odpowiednio dużo reakcji, a sondaże pokazują rosnącą polaryzację, nie ma miejsca na zatrzymanie się i dostrzeżenie sprzeczności (hiper)polityki Białego Domu.

Pytanie brzmi, czy Trumpowi uda się przenieść ten model na skalę międzynarodową. Na lipcowym rozpoczęciu antylewicowej krucjaty pojawili się co prawda przedstawiciele ponad 60 państw, ale większość z nich posłała niskich rangą delegatów. W wielu wypadkach wydarzenie potraktowano raczej jako spełnienie rutynowego obowiązku, by nie drażnić USA, niż autentyczne zaangażowanie w walkę z lewicowym ekstremizmem – którego, jak mówiono dziennikarzom za kulisami, w większości krajów po prostu nie ma.

**

Mateusz Pietryka – socjolog, wykładowca, autor pracy „Śmierć skalkulowana. Amerykański program dronów wojskowych i jego społeczne konsekwencje dla demokracji liberalnych”’.

Komentarze

Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
0
Komentujące wszystkich krajów, łączcie się!x