Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Obserwuj Obserwuj

Czyja krzywda zasługuje na finansowanie?

Kiedy publicznych pieniędzy na pomoc brakuje, organizacje humanitarne muszą szukać prywatnych donorów. A ci nie zawsze chcą finansować to, czego potrzebują ludzie w kryzysie.

Walka

Gdy w grudniu 2025 roku ONZ ogłosiła coroczny apel o środki na pomoc humanitarną, poprosiła o 33 miliardy dolarów. Liczba ta nie wzięła się znikąd – to dokładnie połowa potrzebnej kwoty. Taka kalkulacja nie jest przypadkowa: po roku drastycznych cięć w budżetach największych donatorów nikt już nie łudzi się, że uda się zebrać więcej.

Punktem zwrotnym była decyzja administracji Donalda Trumpa o rozwiązaniu USAID i anulowaniu niemal 83 proc. jej programów. Sygnał ten podchwyciły kolejne kraje. Wielka Brytania ograniczyła wydatki na pomoc do 0,3 proc. dochodu narodowego brutto (GNI) – najniższego poziomu od 1999 roku. Niemcy obniżyli swój budżet pomocowy o 8 proc. do niespełna 10 miliardów euro.

Tę lukę częściowo wypełniły korporacje, prywatne fundacje, fundusze inwestycyjne i platformy crowdfundingowe. Ich motywacje rzadko mają charakter czysto altruistyczny. Save the Children otwarcie przyznaje, że po trudnym 2025 roku samo finansowanie publiczne i filantropijne przestało wystarczać, a udział biznesu w systemie pomocy stał się koniecznością. Rodzi to pytanie, czy zbliża się moment, w którym o zdrowiu i życiu milionów ludzi decydować będą rady nadzorcze, a nie parlamenty i agencje ONZ.

Czytaj także „Wyrażamy głębokie zaniepokojenie”. Czy ONZ mogłoby inaczej? Jan Wysocki

Anatomia zapaści

Już pierwszego dnia urzędowania Trump podpisał rozporządzenie zawieszające na 90 dni wszystkie amerykańskie programy pomocy zagranicznej. Kilka dni później Elon Musk, kierujący wówczas Departamentem Efektywności Rządowej (DOGE), doprowadził do faktycznej likwidacji USAID. Organizacje korzystające dotąd z tych środków informowały o nagłym anulowaniu 75,9 miliarda dolarów już zaplanowanej pomocy – skala bezprecedensowa, biorąc pod uwagę, że zniknęła instytucja odpowiadająca za większość amerykańskiej pomocy rozwojowej i humanitarnej na świecie.

USA nie działały w odosobnieniu. Równolegle Wielka Brytania, Niemcy, Francja, Holandia i Belgia przesuwały środki z budżetów pomocowych na zbrojenia. Francja zapowiedziała kolejne cięcie o 700 milionów euro. Łącznie analitycy szacują globalny spadek pomocy rozwojowej nawet o 26 proc.

W efekcie UNHCR zlikwidował około 5 tysięcy etatów i zamknął 185 biur terenowych. WHO zredukowała ponad 2300 stanowisk, a Światowy Program Żywnościowy zapowiedział zwolnienie 6 tysięcy osób. Niektóre organizacje pozarządowe straciły od jednej czwartej do połowy personelu, a łącznie u partnerów USAID na całym świecie zniknęło ponad ćwierć miliona miejsc pracy. Save the Children US zamroziło jedną trzecią finansowania, World Vision straciło 10 proc. budżetu i zwolniło do 3 tysięcy osób, a Search for Common Ground z dnia na dzień utracił 23 miliony dolarów – 40 proc. środków projektowych.

Czytaj także Markiewka: Huragan Trump wymiata państwo do czysta Tomasz S. Markiewka

Co oznaczają cięcia dla ludzi?

Jak to się przekłada na rzeczywistość beneficjentów pomocy? W Afganistanie zamknięto lub zawieszono ponad 420 placówek zdrowia, odcinając od podstawowej opieki medycznej około 3 milionów osób. W Mozambiku ograniczenie finansowania programu PEPFAR spowodowało gwałtowny spadek liczby testów na HIV wykonywanych u dzieci. Agencje ONZ musiały zredukować programy do tzw. „life-saving”, ratujących życie. Ostatecznie jednak nie ma znaczenia, czy ktoś umrze teraz czy za pół roku – z braku pomocy.

W skali mikro dobrze obrazuje to przykład libańskiej kliniki w Bire w północnym Libanie. Jeszcze w poprzedniej dekadzie Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej wyposażyło ją w sprzęt oraz pojazdy. Klinika pomagała leczyć syryjskich uchodźców, służyła też lokalnym mieszkańcom. Zapewniała dostęp do podstawowej opieki zdrowotnej 25 tysiącom osób.

Czy była to duża oszczędność? Według Mohammada Awada, prowadzącego klinikę, roczny koszt utrzymania to zaledwie 50 tys. USD. Ta konkretna placówka miała „szczęście w nieszczęściu” – w międzyczasie oficjalnie skończyła się wojna domowa w Syrii i większość uchodźców potrzebujących pomocy medycznej do domu. Dzięki lokalnemu wsparciu klinika dalej pracuje na rzecz lokalnej społeczności.

Jednak przykład tej jednej placówki jest symptomatyczny. Zespół badaczy publikujący w „The Lancet” podjął próbę oszacowania nadmiarowej śmiertelności wynikającej z cięć w USAID. Według ich wyliczeń do 2030 roku mogą one kosztować życie nawet 14 milionów ludzi, w tym 4,5 miliona dzieci.

Kto wypełni lukę po państwach?

Mówiąc krótko: na razie nikt. Narastające konflikty zbrojne i znaczące cięcia finansowania międzynarodowego zagrażają zdolności ONZ do wypełniania jej podstawowych mandatów w zakresie pokoju, praw człowieka i klimatu. W 2025 roku, z okazji 80. rocznicy istnienia ONZ, sekretarz generalny António Guterres ogłosił inicjatywę UN80. W jej ramach Organizacja chce ograniczać koszty i dublowanie zadań, a w pomocy humanitarnej uprościć koordynację i lepiej integrować zasoby. To jednak nie wystarczy.

ONZ podkreśla, że biznes powinien bardziej się zaangażować, jednak ten niekoniecznie się do tego kwapi. Służy do tego inicjatywa „UN Connecting Business Initiative”, która miała na celu zaangażowanie w pomoc humanitarną prywatnych przedsiębiorstw i osób. Jednak idea „pooled funds”, gdzie do jednego kosza wpadały pieniądze, a potem agencje ONZ-owskie rozdzielały je w grantach, średnio odpowiadała biznesowi. Każda taka fundacja, każdy fundusz chce być widoczny przy charytatywności, mając w tym konkretny cel wizerunkowy.

Miliarderzy mówią, że chcą się zaangażować w konkretnej sprawie, pokazać się z konkretnym beneficjentem pomocy, co cofa sektor pomocy humanitarnej do XIX wieku i zasady filantropijnej. W tamtych czasach, gdy powstawały wielkie fortuny, bogate rodziny tworzyły fundacje, które były celowe – np. budowały sieć sierocińców. Znany brytyjski magnat Cecil Rhodes fundował stypendia na studia podyplomowe w Oksfordzie. Same w sobie nie były to złe działania, ale były one punktowe i nie wpływały ogólnie na poprawę dobrostanu społeczeństwa.

Filantropia niesie za sobą wiele ryzyk. Raport przygotowany przez Urban Institute analizuje zjawisko filantropokapitalizmu oraz powiązane z nim koncepcje inwestowania społecznego. Wskazuje, że jest ono przywiązane do status quo i opiera się na tych samych mechanizmach rynkowych i strukturach kapitałowych, które wcześniej doprowadziły do powstania nierówności. Autorzy podkreślają, że rynkowe metody nie są w stanie dokonać głębokich reform strukturalnych; działają jedynie osłonowo, a w niektórych przypadkach służą do wybielania reputacji.

Autorzy raportu 10 years of the CARE Crisis Report wskazuje z kolei, że pieniądze idą za uwagą publiczną, podczas gdy równocześnie mają miejsce tzw. „zapomniane kryzysy”. W 2025 roku dziesięć najbardziej zapomnianych kryzysów dotknęło łącznie około 43 miliony ludzi. Prawie połowa wszystkich analizowanych doniesień o kryzysach dotyczyła wyłącznie konfliktu w Strefie Gazy (ponad 1,9 mln artykułów). Dla porównania każdy z 10 najbardziej zapomnianych kryzysów zgromadził w tym samym czasie zaledwie od 1,5 tysiąca do 6,2 tysiąca artykułów.

W momencie gdy oczy świata zwrócone były na Strefę Gazy, w Republice Środkowoafrykańskiej od ponad 12 lat trwał konflikt zbrojny; 1 na 5 mieszkańców został przesiedlony, a blisko połowa populacji (2,4 mln osób) potrzebuje pilnej pomocy humanitarnej. Tymczasem filantropia najczęściej podąża za „medialnymi” konfliktami.

By uniknąć takich dysproporcji, a przynajmniej starać się je niwelować, sektor pomocy humanitarnej dokonał profesjonalizacji i stara się działać systemowo i efektywnie. Jednym z przykładów lepszej efektywności są tzw. klastry, które koordynują pomoc humanitarną w danym kraju. Działa to w ten sposób, że dany klaster, np. w Ukrainie, mapuje pomoc potrzebną w całym kraju i przydziela dane sektory danym organizacjom. Dzięki temu może ona być rozłożona równomiernie i przede wszystkim dostarczona tym, którzy tego potrzebują najbardziej.

– Nasza fundacja przez rok zapewniała pieluchomajtki dla mieszkańców Chersonia – mówi Anna Radecka z Polskiego Centrum Pomocy Międzynarodowej. – Odpowiadaliśmy na rozpoznaną potrzebę, a inne organizacje, jeśli chciały zorganizować podobną pomoc, były kierowane gdzie indziej. Działa to w przypadku każdego innego produktu.

Mierzalność kontra potrzeby

Filantropia chce mieć mierzalne efekty pomocy. Zbiórki osobowe, wsparcie szkoły czy jakiejś społeczności można pokazać. A jak pokazać, że wzmacnia się instytucje? Autorzy raportu Impact Investing and Critiques of Philanthrocapitalism wskazują, że filantropia niszczy instytucje, bo najpierw próbuje je zastępować, a potem się z tego wycofuje, pozostawiając je samym sobie.

Czytaj także Lepiej żyć w kraju, który zrzuca bomby, niż w tym, na który spadają Kinga Dunin

Emblematycznym przykładem jest Fundacja Gatesów, która przez lata mocno finansowała tworzenie w USA mniejszych szkół. Kiedy okazało się, że nie przyniosła ona oczekiwanej poprawy wyników uczniów, projekt został ograniczony. Tym samym wiele z powstałych już placówek nie miało środków na utrzymanie działalności.

Inny przykład to fundacja rodziny Sacklerów, związana z Purdue Pharma i biznesem OxyContinu. Firmy te związane były z przemysłem opioidowym i dla poprawy wizerunku przekazywały ogromne kwoty muzeom, uniwersytetom i instytucjom kultury.

Pomoc nigdy nie była bezinteresowna

Również państwa coraz częściej idą w tym kierunku. Oczywiście pomoc humanitarna nie od dziś służy soft power danego donora, jednak coraz mocniej wybija się w narracji, że pomoc humanitarna jest swego rodzaju inwestycją, a nie wyłącznie działaniem altruistycznym. Rządowe dokumenty, w tym polskie, mówią wprost, że „pomoc rozwojowa się opłaca” i że jest m.in. inwestycją we wspólne bezpieczeństwo. Co ciekawe, sam Marco Rubio, gdy jeszcze był senatorem, wypowiadał się o USAID pozytywnie, jako o „tanim instrumencie eksportowania wartości i jednocześnie realizowania interesów gospodarczych oraz bezpieczeństwa USA”..

Kolejna zależność to fakt, że cięcia w sektorze humanitarnym wprost przekładają się na wzrost wydatków na szeroko pojętą obronność, co nietrudno powiązać z kierunkiem, w jakim zmierzamy. Ogłosił to między innymi Keir Starmer, który mówił, że zwiększenie finansowania obronności do 2,5% PKB pokryje obcięcie pomocy zagranicznej. Podobnie postąpiły Holandia, Francja czy Belgia. Co ważne, z roku na rok przybywa poszkodowanych przez katastrofy naturalne będące efektem zmian klimatu.

Sektor humanitarny, jak każda branża, gdy ma problemy, szuka rozwiązań, nie zawsze łatwych. Dlatego gdy prywatne fundusze będą skłonne dać pieniądze, ale tylko na „atrakcyjne” ze swojego punktu widzenia cele, organizacje humanitarne, żeby przetrwać, mogą nie mieć wyboru. Niestety wówczas wskaźnik skuteczności i efektywności pomocy może zostać zastąpiony przez czynnik „atrakcyjności ofiar”.

Jan Wysocki – miłośnik Bliskiego Wschodu i Dolnego Śląska. Zajmuje się polityką zagraniczną ze szczególnym uwzględnieniem Maszreku oraz zagadnieniami społecznymi. Z dziennikarstwem związany od 2019 roku, zawodowo pracuje w sektorze humanitarnym. Pisze reportaże. Ukończył historię na Uniwersytecie Wrocławskim. W wolnej chwili z ekologicznym zacięciem urbanisty-społecznika aktywnie przeciwstawia się szerzeniu paradygmatu świętej przepustowości i pisze książki, których nigdy nie wydaje.

Komentarze

Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
0
Komentujące wszystkich krajów, łączcie się!x