Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Przekaż Przekaż

Warufakisa plan na pokój, którego nie chce Putin

Znany lewicowy autor i krytyk wielkiego kapitału Janis Warufakis pojawił się na moskiewskiej konferencji poświęconej nowym technologiom. Na krytykę, która na niego spadła, odpowiedział propozycją pokoju, której już próbowano i którą Kreml nie jest zainteresowany.

ObserwujObserwujesz
2
Celnie!

1

Nagranie Warufakisa tańczącego z młodymi ludźmi w rytm piosenki powtarzającej w kółko jego nazwisko zrobiło ogromne zasięgi na platformie X. Były grecki minister finansów jest znany przede wszystkim z zaciętej i krótkiej walki, jaką stoczył w 2015 roku z Europejskim Bankiem Centralnym, oraz z prowokującej do myślenia książki Technofeudalizm. Co zabiło kapitalizm. Przekonuje w niej, że cyfrowe korporacje w rodzaju Mety czy Alphabetu zmieniły charakter globalnego systemu z kapitalistycznego na feudalny, zarabiając na uwadze i de facto nieodpłatnej pracy, jaką użytkownicy wykonują na ich platformach, niczym dawni chłopi na pańskiej ziemi.

Warufakis odpowiedział na krytykę tekstem opublikowanym na portalu UnHerd. O ile samą wycieczkę do Moskwy można uznać za nieprzemyślaną decyzję i wizerunkową wtopę, o tyle w swoim uzasadnieniu Warufakis pokazał, że działał świadomie, a jego niezrozumienie Rosji i Putina jest tyleż naiwne, co niebezpieczne.

Apolityczna konferencja pana Potanina

Zacznijmy od rzekomej apolityczności wydarzenia. Warufakis pisze, że TOLK.PRO jest konferencją apolityczną, na której nie było przedstawicieli władz. To co najwyżej półprawda. Na części, w której brał udział Warufakis, rzeczywiście pojawili się przede wszystkim inwestorzy i traderzy. Na pozostałych ludzie Putina byli jak najbardziej obecni. Pojawiła się szefowa Banku Rosji Elwira Nabiullina ze swoją zastępczynią i jeszcze jednym wysokim urzędnikiem, były minister rozwoju gospodarczego, a obecnie zastępca Szefa Administracji Prezydenta Maksim Orieszkin, wiceminister finansów Iwan Czebeskow oraz przewodniczący Komisji ds. Rynków Finansowych Dumy Anatolij Aksakow.

Czytaj także „Ukropolin”: rosyjska propaganda w Polsce już wygrała, a najgorsze przed nami Adam Sokołowski

Rządowa „Izwiestija” wymieniała ich z nazwisk, zresztą razem z Warufakisem, dodając, że celem konferencji jest spotkanie przedstawicieli administracji z inwestorami. Po zakończeniu wydarzenia dziennik dodał jeszcze niewymienionych z nazwiska „przedstawicieli” Ministerstwa Finansów, Rady Federacji (odpowiednik Senatu) i Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, czyli resortu siłowego. A także „czołowych menedżerów” podporządkowanych Kremlowi korporacji, takich jak Sbierbank, Yandex czy T-Bank.

To właśnie T-Bank jest organizatorem TOLK, co także nie stanowi tajemnicy. Wydawać by się mogło, że każdy wie, iż rosyjskie banki dawno zostały podporządkowane putinowskim „siłowikom”, ale dla porządku wyjaśnijmy, że T-Bank powstał w 2022 roku w wyniku przejęcia Tinkoff Banku przez giganta wydobywczego i inwestycyjnego Interros. Koncernem kieruje Władimir Potanin, w latach 90. jeden z „semibankirszczyny”, czyli siedmiu oligarchów de facto rządzących Rosją. Obecnie jest jednym z najbogatszych Rosjan i bliskim współpracownikiem Putina, z którym regularnie gra w hokeja. Historię przejęcia banku przez Potanina cztery lata temu opisywał „New York Times”.

Warufakis nie pojechał zatem na żadną niezależną od władz konferencję. Samo przeświadczenie, że wydarzenie tej skali mogłoby odbyć się poza kontrolą Kremla, świadczy albo o ignorancji, albo wybiórczej ślepocie.

Niewidzialne społeczeństwo obywatelskie

W swoim tekście Warufakis aż trzy razy nieironicznie wspomina o rosyjskim „społeczeństwie obywatelskim”, z którym należy podtrzymywać dialog. O to, czy takowe w ogóle istnieje, zapytałem Agnieszkę Jędrzejczyk, w przeszłości pracującą w Biurze Rzecznika Praw Obywatelskich, obecnie autorkę serii artykułów poświęconych rosyjskiej propagandzie pt. Goworit Moskwa, publikowanych na łamach Oko.press.

– W Rosji społeczeństwo obywatelskie nie istnieje, gdyż źródłem władzy jest Putin i tylko on. Organizacje społeczne działają w jego imieniu i na jego zlecenie. Nawet w sytuacjach kryzysowych jedynym akceptowanym wzorem zachowania jest pokorne czekanie, aż władza powie, co robić, a nie samoorganizacja. Rolą obywatela Rosji jest popieranie rządzących, głównie w wyborach. Najlepiej przez internet, by nie brać udziału we wspólnym społecznym akcie głosowania w lokalu. Organizacje niezależne od władz są piętnowane jako „obcy agenci” i prześladowane – mówi Jędrzejczyk.

Pomysł, że po 26 latach putinowskiego marszu ku totalitaryzmowi i mafijnego przejmowania państwa w Rosji istnieje jakieś organizujące się oddolnie społeczeństwo, które w dodatku może swobodnie komunikować się ze światem zewnętrznym, a potem wymuszać coś na Kremlu, brzmi jak ponury żart. Jedyny rosyjski podmiot, który jakoś sprzeciwia się Putinowi, to emigracja. Tyle że jest ona rozproszona, skłócona i w efekcie pozbawiona znaczenia. Zresztą, z nią akurat na Zachodzie rozmawia się cały czas. Nic z tego nie wynika, bo zamknięci za blokadą informacyjną Rosjanie nawet o tym nie wiedzą.

Można by też zapytać: jak rozmawiać? Przecież w Rosji nie istnieją w zasadzie żadne kanały komunikacji, które byłyby poza kontrolą władz. Media od dawna są w rękach Kremla. Putin otwarcie dąży do „internetowej autarkii” na wzór chiński, delegalizując kolejne platformy internetowe, komunikatory i strony internetowe czy VPN-y. Nawet gdyby przyjąć śmiałe założenie, że jest z kim rozmawiać, to nie bardzo mamy jak. No, chyba że chodzi o udział w takich „apolitycznych” konferencjach, jak TOLK.

Równie absurdalnie brzmi powtarzanie przez Warufakisa, że spotykał się z „dziennikarzami”. W Rosji praktycznie nie ma dziennikarzy, bo nie ma wolnych mediów. Putin, jak każdy szanujący się dyktator, zabrał się za nie na początku swoich rządów i przejmował jedno po drugim. Dziś rosyjski ekosystem medialny jest całkowicie podporządkowany Kremlowi, a „dziennikarze” są po prostu funkcjonariuszami władzy. Trudno uwierzyć, że Warufakis o tym nie wie. Wystarczyło zerknąć na Indeks Wolności Prasy. Rosja zajmuje w nim 171 miejsce na 180 indeksowanych państw.

Pokój, którego próbowano

Warufakis twierdzi, że celem jego wizyty w Moskwie było działanie na rzecz rosyjsko-europejskiego pokoju, a przede wszystkim zakończenia wojny w Ukrainie. Ma to być element jego pracy w ramach Non-Aligned Movement. Ruch powstał w czasie zimnej wojny i pierwotnie zrzeszał państwa, które nie opowiadały się po stronie żadnego mocarstwa. Po upadku Żelaznej Kurtyny przeorientował się na emancypację globalnego Południa i zwalczanie amerykańskiej hegemonii oraz zachodniego neokolonializmu. Z neutralności nie zostało zbyt wiele. Dość powiedzieć, że państwami-członkami ruchu są tak „niezależne” kraje, jak Białoruś, Syria, Iran, Jemen, Korea Północna i Wenezuela, a także będące dziś mocarstwem Indie. Śmiem wątpić, czy w takim gronie da się negocjować jakikolwiek uczciwy pokój.

Czytaj także Towarzysz Trump? Twardych dowodów nie ma, ale… Adam Sokołowski

Aby pokój mógł w ogóle zostać wyobrażony, trzeba spełnić trzy warunki, pisze Warufakis. Po pierwsze, Zachód musi dać Putinowi coś, co ten może przedstawić jako swoje zwycięstwo – na przykład gwarancję, że Ukraina i Gruzja nie wejdą do NATO. Autor gładko wchodzi w popularne wśród niektórych lewicowców zgoła nielewicowe myślenie w kategoriach koncertu mocarstw, gdzie Ukraina jest pozbawiona głosu, a o jej losie decydują imperia, w tym dewastująca ją od czterech lat Rosja. Warufakis pomija też, że w 2008 roku Ukrainie i Gruzji de facto zablokowano akcesję do NATO, właśnie w obawie przed Rosją. Putinowi nie przeszkodziło to zbudować narracji, według której oba państwa miały zostać lada moment wciągnięte do Paktu (co w kremlowskiej propagandzie jest niemal równoznaczne z agresją wobec Rosji) – na tej podstawie kilka miesięcy później zaatakował Gruzję. Dziś NATO jest dalekie od zgody na akcesję Ukrainy. Dołączenie pogrążonej w chaosie i rządzonej przez prorosyjskie władze Gruzji jest zupełnie nierealne.

Drugi warunek Warufakisa to rezygnacja z jakichkolwiek wojsk zabezpieczających potencjalny pokój. Najpierw pisze, że obecność wojsk zachodnich w powojennej Ukrainie doprowadzi do niebezpiecznych napięć, a możliwe, że do konfrontacji z Rosjanami. Potem, że wojska „koalicji chętnych” co najwyżej podzielą smutny los misji pokojowej ONZ w południowym Libanie, czyli pozostaną bierne. Przyjmuje zatem, że Rosja może dokonać kolejnej agresji, prowokowana obecnością żołnierzy, którzy nic nie zrobią. Jednocześnie, pisze Warufakis, mówiąca o misji pokojowej Europa godzi się z tym, że jakiekolwiek odprężenie jest niemożliwe. Jaką mamy gwarancję, że Rosja nie zaatakuje Ukrainy, w której nie będą stacjonowały żadne zachodnie wojska – nie wiadomo.

Warunek trzeci: gotowość do ustalenia jakiejś formy suwerenności nad „spornymi terytoriami”, aby uniknąć stanu permanentnej wojny, jak przy podziale brytyjskich kolonii w Indiach czy Palestynie. Skoro Putinowi udało się zająć część Ukrainy, to niech ją sobie zatrzyma – zdaje się myśleć Warufakis. Nie stawia dość oczywistego pytania o to, kto kwestionuje przynależność rzeczonych terytoriów. Albo: jak zrobienie z południowo-wschodniej Ukrainy wspólnie zarządzanego parapaństwa miałoby zostać przedstawione przez Putina jako zwycięstwo – co Warufakis uważa za fundamentalny warunek jakiegokolwiek pokoju – skoro od dwunastu lat przekonuje on poddanych, że jest to odwieczna rosyjska ziemia, a jesienią 2022 roku dokonał zaocznej aneksji czterech ukraińskich obwodów? Warto dodać, że aneksja dotyczyła także mniej więcej połowy obwodów zaporoskiego i chersońskiego. Z punktu widzenia kremlowskiej propagandy taki układoznaczałby oddanie Ukrainie obszaru, który jest częścią Federacji Rosyjskiej.

Warufakis zdaje się podzielać zdanie „negocjatorów” od Trumpa – Jareda Kushnera i Steve’a Witkoffa – że wojna toczy się tylko o terytorium i bezpieczeństwo Rosji.

Fałszywa symetria

Z narracji Warufakisa przebija przekonanie o istnieniu jakiejś symetrii – tak jakby gwarantujące ewentualny układ pokojowy państwa zachodnie i putinowska Rosja były tak samo wiarygodne. Doświadczenia nie tylko ostatnich dwunastu lat, ale trzech dekad – od Memorandum Budapeszteńskiego w roku 1994, a potem umowy NATO-Rosja z roku 1997 – pokazują, że Moskwie nie sposób ufać w tej materii. Szczególnie Putinowi, który przez lata dostawał od Zachodu niemal wszystko, czego pragnął: korzystne kontrakty na surowce, przymykanie oka na represje i zbrodnie wojenne w Czeczenii, reset Baracka Obamy, wielkie zachodnie inwestycje i ciągły appeasment. Skończyło się wojną. Dlaczego tym razem miałoby być inaczej? Jaką mielibyśmy gwarancję, że zdemilitaryzowane „sporne terytoria” nie zostałyby błyskawicznie zmilitaryzowane przez Putina? Warufakis nawet nie próbuje się z tym zmierzyć.

Trudno nie uśmiechać się z politowaniem, czytając o pomyśle praworządnego i demokratycznego współzarządzania Donbasem w wykonaniu Rosji. Albo o Kremlu wsłuchującym się w głos mieszkańców i rozpisującym uczciwe referendum (może na wzór tych z 2014 roku?). Trudno też brać na poważnie propozycję nadzoru ze strony specjalnej komisji ONZ, skoro możliwość weta w Radzie Bezpieczeństwa ma i Rosja, i wasalizujące ją Chiny.

Na przekonaniu o podobnej symetrii oparte są także inne propozycje Warufakisa. Weźmy pomysł cofnięcia obu armii, rosyjskiej i ukraińskiej, na odległość 300 kilometrów od nowej granicy. Warufakis zdaje się wierzyć, że potencjalna inwazja Rosji na Ukrainę jest tak samo prawdopodobna, jak Ukrainy na Rosję. Stworzenie 300-kilometrowej strefy zdemilitaryzowanej wiązałoby się z cofnięciem Ukraińców za kluczową dla obrony linię Dniepru. Na obszarze tym (jeśli liczyć od obecnej linii frontu i „właściwej” granicy) znalazłyby się nie tylko frontowe Charków, Chersoń czy Zaporoże, ale także Kijów, Czernihów, Połtawa, Dniepr, Mikołajów, Odessa i Krzywy Róg – jakieś trzy czwarte Ukrainy. Efektywnie oznaczałoby to otwarcie Putinowi drogi do potencjalnej inwazji w głąb kraju. Wystarczy spojrzeć na mapę, taką jak poniżej.

Podobnie jest z pomysłem dwustronnego powrotu uchodźców do swoich domów sprzed 2014 roku. Tak jakby Ukraina okupowała rosyjskie terytoria, z których uciekło kilka milionów Rosjan. Warufakis powinien wiedzieć, że na okupowanych od ponad dekady Donbasie i Krymie dawno rozkradziono ukraińskie nieruchomości, a powrót prawowitych właścicieli oznaczałby wysiedlanie dziesiątek tysięcy rosyjskich „osadników”. Jak Putin miałby przedstawić to jako kolejne zwycięstwo?

Albo propozycja stworzenia ONZ-owskiej komisji na wzór Komisji Prawdy i Pojednania z RPA. Cel? Dać miejsce do „wyrażenia swoich żali i bycia wysłuchanym przez drugą stronę”. Ukraińskie „żale” (bezprawna inwazja, zbrodnie wojenne, zniszczenie całych miast itd.) zostają zrównane z rosyjskimi „żalami” – czyli nie wiadomo właściwie z czym.

O co toczy się wojna?

Prawdopodobnie najbardziej absurdalne jest stwierdzenie Warufakisa, że rosyjskie „społeczeństwo obywatelskie” chce się reintegrować z Zachodem, ale jest odrzucane przez jawne sygnały europejskich liderów, którzy chcą Rosję zdezintegrować. Jako dowód podaje wypowiedź Kai Kallas, która zauważyła, że Federacja Rosyjska jest zamieszkana przez wiele narodów nierosyjskich, które hipotetycznie mogą się w wyniku wojny uniezależnić, podobnie jak dawne republiki radzieckie w 1991 roku. A więc problemem dla dzielnych rosyjskich obywateli nie są groźby anihilacji zachodnich miast i państw, miotane dzień w dzień w kremlowskich mediach, obietnice przeprowadzenia w Ukrainie jatki, gloryfikowanie zbrodniarzy, militaryzacja kultury czy same zbrodnie wojenne. Problemem jest jakaś niszowa (17 tysięcy wyświetleń na YouTube w cztery miesiące) i raczej zachowawcza wypowiedź jednej zachodniej polityczki, której odcięci od świata Rosjanie i tak nie zobaczą, dopóki Kreml nie uzna, że powinni.

Czytaj także Lewica nie jest odporna na miłe Putinowi narracje. Przypadek Pawła Mościckiego Adam Sokołowski

Abstrahując od tego, że Zachód od czterech lat ogranicza swoje zaangażowanie po stronie Ukrainy właśnie ze strachu, że Rosja może się rozpaść (czemu wyraz dano podczas puczu Prigożyna), Warufakis pisze tak, jakby przespał ostatnie półtora roku trumpizmu. Ta wojna od dawna nie toczy się tylko o terytorium czy rosyjską „strefę bezpieczeństwa”. Według propagandy Kremla jest to wojna eschatologiczna, cywilizacyjna, religijna, duchowa. Wojna o przetrwanie Rosji, nadanie jej sensu i wypełnienie dziejowej misji. Wojna, która będzie początkiem światowej rewolucji. Wojna o likwidację samej idei, że może istnieć jakaś niepodległa Ukraina.

W rzeczywistości to przede wszystkim wojna o przetrwanie reżimu Putina, legitymizująca go w oczach poddanych. Kontrola nad tym czy owym powiatowym miastem ma drugorzędne znaczenie.

Dlatego Putin od roku wodzi za nos Donalda Trumpa i odrzuca jego kolejne „plany pokojowe”, i tak będące rozpisaną na raty kapitulacją Ukrainy. Dlatego nie wyraża zaniepokojenia przyłączeniem się Finlandii i Szwecji do NATO. Dlatego odrzucił także te plany, które zakładały oddanie mu we władanie okupowanych terytoriów (co byłoby bliższe zwycięstwu, niż jakaś dzielona suwerenność). Gdy Rosji zaproponowano niemal wszystko, czego chciała, ta sfabrykowała opowieść o ukraińskim „zamachu terrorystycznym” na rezydencję Putina i zerwała rozmowy. Warufakis nie odnotował też, że Kijów od dłuższego czasu właściwie nie mówi już o odzyskiwaniu utraconych ziem, bo uważa to za nierealne i niepożądane.

Warufakis nie jest apologetą Putina

Najsmutniejsze w tym wszystkim jest chyba to, że Warufakisa nie sposób nazwać apologetą Putina. Kilka dni po inwazji jednoznacznie stanął po stronie Ukrainy, a prezydenta Rosji nazwał zbrodniarzem wojennym. Choć od lutego 2022 roku głosił, że NATO powinno się wycofać, to nie miał wątpliwości, że „pełną winę [za wojnę] ponosi Władimir Putin”. Jego krytyka zachodniego systemu polityczno-ekonomicznego jest racjonalna, podparta dowodami i daleka od fanatycznego, czarno-białego antyzachodniego zacietrzewienia.

Mimo to Warufakis zdaje się wierzyć w jakąś równoległą wersję rzeczywistości. Taką, w której to my, Europejczycy, wybraliśmy wojnę, porozumienie jest niemożliwe, bo w memach porównujemy Putina do Hitlera, europejska „porażka strategiczna” jest bliska (co tam, że Europa wydaje na wojnę ułamek procenta, a Rosja prawie połowę budżetu) i tak dalej. Zaś zachodnie sankcje – co jest tezą niegodną ekonomisty – dały rosyjskim fabrykom nową energię, tak jakby z produkowania sprzętu, który w ciągu kilku tygodni wybuchnie gdzieś pod Kupiańskiem, wynikał jakiś gospodarczy rozwój.

W efekcie Warufakis proponuje rozwiązania, które opierają się na błędnych przesłankach, i które Rosji w różnych formach już proponowano – Moskwa wielokrotnie pokazała, że nie jest nimi zainteresowana.

Komentarze

Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.

Zaloguj się, aby skomentować
2 komentarzy
Komentarze w treści
Zobacz wszystkie
2
0
Komentujące wszystkich krajów łączcie się!x