Unia Europejska

Smutne montownie Europy Środkowej w epoce egoizmu

Pengusaha-sukses

Ludzie wciąż wierzą, że „dla chcącego nic trudnego”, albo że państwo to firma, a obywatele są pracownikami. Tyle że to nonsens. Świat, którym rządzą bogaci, jest nie do życia.

 „Tatusiu, czy ty mnie nienawidzisz?“ – pyta córka swojego ojca w popularnym filmiku, który rozpowszechniał w sieci lewicowy ruch Momentum przed wyborami w Wielkiej Brytanii. Film przedstawia fikcyjną przyszłość w 2030 roku, kiedy rzeczy takie jak np. darmowe studia są czymś niewyobrażalnym. „Tatusiu, czy mogę studiować?” – pyta córka taty. „No, możesz, ale będziesz musiała zapłacić za to dużo więcej niż płaciłem ja” – dobrodusznie wyjaśnia dziecku ojciec. Głosuje bowiem na prawicę, która głosi, że każdy musi sobie sam na wszystko zarobić – co dobrze znamy również z naszego podwórka.

Podziw dla bogatych

Brytyjski filmik odzwierciedla sedno myśli, którymi szczyci się też wielu naszych rodaków w Czechach, ale i w całym regionie środkowoeuropejskim. Również u nas mocno rozpowszechnione jest wyobrażenie, że każdy powinien zatroszczyć się sam o siebie. W Czechach przyszłość „dla naszych dzieci” przywłaszcza sobie aktualnie oligarcha Andrej Babiš, który chce zarządzać państwem jak firmą, a kolejne sondażowe punkty zbiera za to, że potrafi sprytnie wykorzystać dziury w przepisach prawa. Jak to możliwe, że ktoś taki jest dzisiaj najpopularniejszym politykiem w kraju?

Typowa odpowiedź brzmi: obecnie nie ma nikogo lepszego. Babiš ma świetny PR, a pozostałe partie się rozpadają. Jednak nie powinniśmy też zapominać o czeskim społeczeństwie, które podziwia bogate jednostki. Mnóstwo osób wzywa przedsiębiorców, którzy odnieśli sukces, i chce pracować w spokoju za małe pieniądze. I wierzy, że bez silnych wzorów, jak na przykład Babiš, bylibyśmy nikim – takimi poglądami byliśmy bałamuceni przez wiele lat. Choć jest to dziwne. Mamy rażąco niedofinansowane szkolnictwo, rywalizujemy z innymi krajami w niskiej cenie pracy. Staliśmy się tanią montownią, w której wynagrodzenia pozostają wyraźnie w tyle w porównaniu z Zachodem, bez szans na przybliżenie się do niego. To ma być ta wymarzona wolność?

10 najbogatszych osób w Polsce ma tyle, co 6,8 miliona najuboższych

Sedno naszego problemu uchwycił brytyjski rysownik Darryl Cunningham w świetnym komiksie Epoka egoizmu (2015). Przedstawia on losy znanej amerykańskiej pisarki Ayn Rand i pokazuje, do czego może doprowadzić niezachwiana wiara w kapitalizm. Ayn Rand w młodości wyemigrowała z Rosji i żywiła nienawiść do wszystkiego, co lewicowe. Wsławiła się zwalczaniem solidarności społecznej, a także obroną nieskrępowanej gospodarki rynkowej. Światem według Rand rządzą silne, twórcze i zupełnie niezależne jednostki, które – można by powiedzieć – do swoich celów dążą po trupach. Co na dłuższą metę jest zgubnym pomysłem.

Świat, w którym należy rozpychać się łokciami

Sama Ayn Rand była niezmiernie aspołeczna i egoistyczna. Wyszła za mąż za aktora, którego olała w ferworze kariery, poniżała go, podczas gdy on się upijał. Kiedy pod koniec życia jej partner zachorował na chorobę psychiczną, Rand dręczyła go wielogodzinnymi pracami domowymi, które miały przywrócić mu jasność umysłu. W tym samym czasie była w związku z młodszym o dwadzieścia pięć lat psychologiem Nathanielem Brandenem, który został głównym propagatorem jej myśli – jednak ostatecznie po wielu rozczarowaniach jego też rzuciła.

Przykład Rand pokazuje, co się stanie, kiedy zmienimy się w małe chodzące ego. Głosiła wprawdzie wolność indywidualną, ale w kręgu swoich przyjaciół-wielbicieli wprowadziła miniaturową dyktaturę – odmienne opinie były piętnowane, a karę za sprzeciw stanowiło pogardliwe wyłączenie z grupy. Otwarcie broniła systemu ekonomicznego, który faworyzuje wąską grupę najbogatszych. Bowiem wybawienie dla ludzkości miała według niej przynieść kreatywność kilku wyjątkowych jednostek, które tworzą wartości, podczas gdy los reszty ludzi znajduje się na drugim planie.

Od lat osiemdziesiątych prawicowe think-tanki ujmowały się jej indywidualistycznych nauk, które rozpowszechniły na całym świecie. Rosnąca popularność jej dzieła zbiegła się w czasie ze zwycięstwem neoliberalizmu (a więc wiary w wolny rynek), którego ideologię Rand przepowiadała w swoich tekstach. To nie przypadek, że również nasze społeczeństwo w latach dziewięćdziesiątych przeszło „leczenie Klausem” [aluzja do czteroodcinkowego filmu dokumentalnego „Léčba Klausem”, który w 1992 r. nakręcił Igor Chaun. Mówi się że film, którego celem było promowanie poglądów Václava Klausa, wpłynął na wyniki wyborów w 1992 r. – przyp. tłum.] i zostało dotknięte porządną dawką wiary w konieczność rozpychania się łokciami oraz w darwinizm społeczny, w którym przeżyją jedynie najsilniejsi. I właśnie te przekonania do dziś się wśród nas utrzymują.

Przez kapitalizm bez broni w ręku?

Czy można rozbić przekonanie, że powinniśmy troszczyć się przede wszystkim o siebie samych? Albo że oligarchowie są naszym wybawieniem? W związku ze spadkiem popularności ČSSD mówi się dzisiaj o tym, ile to rzeczy lewica robi źle. Ale dyskusja posuwa się jak zwykle w stronę miałkich pytań, kogo powołać na miejsce odchodzącego premiera Bohuslava Sobotki, albo w stronę stwierdzeń, że socjaldemokracja nie posiada wyrazistej indywidualności i właściwie nie ma zbyt wiele do zaoferowania. Ewentualnie mówi się jeszcze, że patrząc na bandę skorumpowanych mafiosów z Milanem Chovancem na czele nie można się dziwić osobom, które głosują na populistę-biznesmena Babiša. To wszystko bez wyjątku prawda. Ale niepełna.

Lewica płaci cenę spadku popularności również za to, że zrezygnowała z walki o wartości. Nie forsuje w zdecydowany sposób swoich pomysłów, o ile w ogóle jakieś ma. Nikt w czeskiej mainstreamowej socjaldemokracji nie odważy się dziś powiedzieć, że najbogatsi pasożytują na społeczeństwie i są mu coś winni. Przy pierwszej ostrzejszej medialnej krytyce podatku progresywnego (dosyć źle zresztą ustawionego) lewica wycofała się i umilkła. Nie potrafi polaryzować ani przyciągnąć uwagi. A na większość problemów oferuje technokratyczne rozwiązania, zamiast zaproponować ludziom diametralnie inne spojrzenie na świat.

W takim przypadku nie ma się dziwić. Lewica nie potrafi tego, co już dawno zrozumiała prawica: że trzeba prowadzić walkę o dominujące poglądy w społeczeństwie. Zamiast tego oferuje dziś ludziom karabiny półautomatyczne. A ludzie wciąż wierzą, że „dla chcącego nic trudnego”, albo że państwo to firma, a obywatele są pracownikami. Tyle że to nonsens. Świat, którym rządzą bogaci, jest nie do życia. Przeciwnie: porządne opodatkowanie tych na górze powinno być czymś normalnym w cywilizowanym kraju. Naprawdę tak trudno przekonać o tym nasze społeczeństwa?

**
Tekst ukazał się na stronie A2larm.cz. Z czeskiego przetłumaczyła Olga Słowik. Skróty od redakcji.

Czas na (lewicową) międzynarodówkę wschodnią

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Jaroslav Fiala
Jaroslav Fiala
Politolog
Politolog i były redaktor naczelny czeskiego magazynu internetowego A2larm. Wykłada na Uniwersytecie Karola w Pradze.
Zamknij

Zapisz się na newsletter Krytyki Politycznej
i bądź na bieżąco