Unia Europejska

Polityczne piekło nad Dunajem. Cała opozycja nie dała rady Orbánowi

Wszystko to nastraja pesymistycznie. Pokazuje, jak krucha jest liberalna demokracja. Jak łatwo przekształcić ją w autorytarno-oligarchiczny system. Wszystko pod nosem Unii Europejskiej, a często nawet za jej pieniądze.

Wliczając pierwszą kadencję Fideszu z lat 1998–2002, rządy Orbána trwają już 16 lat – to prawie połowa z 33 lat historii postkomunistycznych Węgier. Dominacja Orbána to jednak nie historia – lider Fideszu zapewnił sobie właśnie czwarte z rzędu zwycięstwo. Będzie więc najpewniej rządził do 2026 roku. W następnych wyborach na Węgrzech będą już głosować młodzi ludzie niemający prawa pamiętać nikogo innego na stanowisku premiera.

Zwycięstwo Fideszu jest przy tym bezdyskusyjne. Partia nie tylko utrzymała, ale wręcz powiększyła swoją konstytucyjną większość, zdobywając ponad 53 proc. głosów. Opozycja zdobyła kilkanaście punktów procentowych mniej. Lider jej listy Péter Márki-Zay przegrał nawet wybory z kandydatem Fideszu w jednomandatowym okręgu, gdzie startował.

Do parlamentu weszła za to skrajnie prawicowa partia Ruch Naszej Ojczyzny – Orbán będzie miał konkurencję z prawej strony. Demokratyczny obóz nad Dunajem naprawdę może czuć się osamotniony i pokonany.

Fideszowi nic nie zaszkodziło, opozycji nic nie pomogło

Orbánowi udało się sięgnąć po czwarte zwycięstwo mimo przeciwności, które wykończyłyby niejednego polityka. Jego rządy zdecydowanie nie poradziły sobie z zarządzaniem pandemią. Węgry zajmują drugie, niechlubne miejsce wśród państw Unii Europejskiej, jeśli chodzi o liczbę covidowych zgonów na milion mieszkańców. Wyprzedziła je tylko znacznie uboższa Bułgaria.

Fidesz został wypchnięty z Europejskiej Partii Ludowej, a tym samym z głównego nurtu europejskiej polityki. Cała europejska polityka Orbána – jej celem było maksymalne popchnięcie węgierskiego ustroju w autorytarno-oligarchiczną stronę, przy minimalnych retorsjach ze strony instytucji unijnych – zaczęła się sypać. Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej odrzucił skargę Polski i Węgier na mechanizm „pieniądze za praworządność”. Unia zyskała w końcu narzędzia do tego, by wreszcie przykręcić kurek z pieniędzmi zasilającymi Orbánowską kleptokrację.

Z kolei pole manewru w polityce wschodniej Budapesztu ograniczyła wojna w Ukrainie. Orbán przez cały okres po 2010 roku starał się prowadzić politykę maksymalnego zbliżenia z Rosją – przekładającego się na konkretne korzyści gospodarcze, na czele z tanim gazem – bez przekraczania czerwonej linii otwartej nielojalności wobec Unii Europejskiej. Teraz wszystkie europejskie stolice naciskają na Budapeszt w sprawie utwierdzenia kursu wobec Moskwy. Prorosyjska postawa Orbána staje się przyczyną izolacji Węgier nawet na forum Grupy Wyszehradzkiej.

Lewica? Pogadamy za cztery lata, dziś chcemy tu ocalić demokrację

Wyborcom najwyraźniej żadne z tych posunięć nie przeszkadza.

Ale czy te wybory dało się w ogóle wygrać?

Tak jak Orbánowi nic nie było w stanie zaszkodzić, tak opozycji niewiele było w stanie pomóc.

Nie wystarczyło zbudowanie jednej, zjednoczonej opozycyjnej listy – od niegdyś skrajnie prawicowego Jobbiku przez Zielonych po centrolewicę. Bez znaczenia okazało się oddanie głosu obywatelom i zorganizowanie prawyborów na stanowisko opozycyjnego premiera. Nie pomogło też to, że wygrał je i stanął na czele opozycyjnego bloku konserwatywny burmistrz niewielkiego miasteczka Hódmezővásárhely Péter Márki-Zay. Polityk jak najdalszy od „wykorzenionych, nierozumiejących prawdziwych Węgrów budapesztańskich elit” – jak fideszowska propaganda od lat przedstawia opozycję. Opozycja zrobiła chyba wszystko, co mogła, by wygrać – i okazało się, że to za mało.

Oczywiście, gra nie toczyła się zgodnie z zasadami fair play. W tym wyborczym wyścigu nie wszyscy mieli równe warunki startu. Tegoroczne węgierskie wybory były wolne w tym sensie, że nikt przy pomocy prawno-administracyjnych środków nie ograniczał opozycji możliwości organizacji, rejestracji kandydatów i prowadzenia kampanii wyborczej.

Opozycja będzie z pewnością przyglądać się, czy nie doszło do nieprawidłowości przy liczeniu głosów. Bez wątpienia zastanawiająca jest spora liczba głosów uznanych za nieważne. Trudno powiedzieć, czy faktycznie wyborcy zdecydowali się w ten sposób zdystansować od sporu dwóch wielkich bloków, czy głosy na opozycję nie zostały jakoś „unieważnione”. Jednocześnie trudno uwierzyć, by reżim Orbána masowo miał fałszować głosy. Choćby dlatego, że po prostu nie musiał. W ciągu 12 lat rządów Fidesz był bowiem w stanie tak zmienić węgierski system polityczny, że choć teoretycznie opozycja może w nim wygrać wybory, to w praktyce jest to bardzo utrudnione.

Po pierwsze, przeszkody piętrzy ordynacja wyborcza. W liczącym 199 deputowanych jednoizbowym parlamencie 106 z nich wybieranych jest w okręgach jednomandatowych, pozostała z partyjnych list. Pula 94 posłów nie jest jednak do końca proporcjonalna, nadwyżka głosów ponad potrzebną danemu kandydatowi do zwycięstwa w danym okręgu idzie na jego partię na liście krajowej – co daje dodatkową premię zwycięzcy.

W ten sposób Fidesz był w stanie zdobyć większość konstytucyjną dwóch trzecich mandatów w ostatnich dwóch elekcjach.

Okręgi wyborcze zostały tak wyznaczone, by maksymalnie wzmocnić kandydatów Fideszu. Wiadomo na przykład, że na Fidesz głosuje prowincja, wieś, a na opozycję obszary miejskie. By zwiększyć szanse kandydatów Fideszu, do jednomandatowych okręgów miejskich dołączono więc otaczające je tereny wiejskie. Największe miasto w kraju i kluczowy bastion opozycji – Budapeszt – ma też znacznie mniejszą liczbę mandatów, niż wynikałoby to z tego, jaka część populacji Węgier go zamieszkuje.

Przewaga Fideszu zasadzała się nie tylko na napisanej pod partię ordynacji wyborczej. Partii udało się zdobyć niemalże monopol medialny na Węgrzech. Przytłaczająca większość mediów podporządkowana jest albo państwu, albo związanym z Fideszem oligarchom. W takich mediach opozycja ma problem z przebiciem się ze swoim komunikatem. Treści mogące kompromitować Fidesz zwyczajnie nie docierają do opinii publicznej. Telewizja publiczna, zamiast informować o wyborach, prowadziła nieustanną agitację na rzecz rządzącej partii.

Cały pieczołowicie budowany wokół Fideszu oligarchiczny układ zapewniał też partii Orbána przewagę finansową. Co przy bardzo liberalnych regulacjach finansowania kampanii okazywało się szczególnie pomocne.

Orbán, Putin i perspektywy dla demokracji na Węgrzech

Piątka Orbána

Jak nie wypaczony byłby mechanizm konkurencji wyborczej, Orbán nie odniósłby aż takiego zwycięstwa, gdyby nie trafił ze swoim komunikatem w potrzeby, lęki, wyobrażenia i aspiracje własnego elektoratu. Czym przyciągnął go lider Fideszu?

Paul Hockenos, w artykule na łamach „Foreign Policy” zidentyfikował pięć kluczowych elementów przekazu Orbána.

Po pierwsze: rewizjonistyczny nacjonalizm, odwołujący się do chwały „Wielkich Węgier” sprzed traktatu z Trianon, gdy węgierskie państwo – w ramach dualnej, cesarsko-królewskiej monarchii – rozciągało się od słowackich Tatr po wybrzeża Adriatyku. Orbán nie ma oczywiście zamiaru występować o rewizję granic z sąsiadami. Jego retoryka daje jednak wyborcom Fideszu poczucie przynależności do wielkiego utraconego imperium, w którego dawnej wielkości współcześni Węgrzy mogą uczestniczyć z samego tytułu bycia Węgrami. W polityce Fideszu łączy się to z odmową jakiejkolwiek dyskusji nad ciemnymi stronami węgierskiej historii, zwłaszcza nad węgierskim antysemityzmem.

Drugi element to obraz Orbána jako strażnika węgierskich interesów. Kogoś, kto nie da sobą sterować Niemcom, Brukseli, Stanom czy Ukrainie, a będzie za to dbać o wymierny węgierski interes.

Następny element Orbánowskiego pakietu to strach. Polityka, która najpierw straszy Węgrów, a następnie obiecuje, że bez względu na wszystko zapewni im bezpieczeństwo. Teraz chodziło o bezpieczeństwo przed wojną, w poprzednich wyborach przed uchodźcami – ich temat Orbánowska propaganda grzała od 2015 roku.

Czwarty element to wojna kulturowa. Tradycyjne chrześcijańskie wartości kontra gendery i tym podobne. Gdyby nie wojna to właśnie ta oś sporu mogłaby zdominować wybory. Razem z wyborami odbywało się bowiem referendum mające zatwierdzić prawa o „ochronie dzieci” przed nieodpowiednimi treściami, które Komisja Europejska i szereg organizacji pozarządowych uznały za uderzające w osoby homoseksualne.

Pytania w referendum na Węgrzech, które odbyło się „przy okazji” wyborów parlamentarnych w dniu 3 kwietnia 2022. Przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen określiła inicjatywę jako „hańbiącą”. Fot. Wikipedia, CC

Ostatni element to rozgrywanie podziału między miastem a wsią, szczególnie ważnego dla węgierskiej polityki. Wbrew hasłu prezesa Kaczyńskiego Budapeszt nie jest różny od Warszawy: też jest dużą, zamożną metropolią z dość liczną zwesternizowaną klasą średnią niechętną populistycznej prawicy. Fidesz przegrywa tam, tak jak PiS przegrywa w Polsce w pięciu największych miastach. Rządy Fideszu są poniekąd zemstą prowincji na Budapeszcie i jego elitach, Orbán doskonale potrafi wygrywać urazy reszty kraju wobec zamożniejszej stolicy.

Wobec tego pięciopaku hasła i obietnice opozycji, jej język odwołujący się do obywatelskiego poczucia obowiązku, moralnego oburzenia na fideszowską korupcję, lęków o przyszłość węgierskiej demokracji okazał się po prostu niewystarczający. Polityka obywatelska przegrała z miksem kulturowych wojen, rozgrywaniem resentymentów, obsługą krótkoterminowych interesów i pewnymi koncesjami socjalnymi: przed wyborami Orbán zamroził ceny kilku podstawowych produktów spożywczych i dał podwyżki budżetówce.

Kruchość demokracji a sprawa polska

Wszystko to nastraja pesymistycznie. Pokazuje, jak krucha jest liberalna demokracja. Jak łatwo niepostrzeżenie przekształcić ją w inny, coraz bardziej autorytarno-oligarchiczny system. Wszystko to pod nosem Unii Europejskiej, a często nawet za jej pieniądze.

Orbánowska autokracja będzie się tylko konsolidować. Za cztery lata węgierskiej opozycji może być jeszcze trudniej wygrać niż w tym roku. Być może Węgry będą potrzebowały swojej „kolorowej rewolucji”, by wyrwać się z kieratu Orbána. Zanim do tego dojdzie, tysiące proeuropejskich osób, które mogłyby budować lepszą przyszłość swojej ojczyzny, uzna, że Węgrzech nie ma czego szukać i wybierze inne miejsce do życia.

Klęska opozycji na Węgrzech wyzwoli też na nowo dyskusję o tym, jaką taktykę powinna przyjąć opozycja w Polsce w wyborach w roku 2023. Klęska jednej listy wzmocni te głosy, które od początku były przeciwne jednej liście opozycji w Polsce i namawiały ją do konsolidacji w dwóch–trzech blokach. Z wyciąganiem wniosków z tego, co stało się nad Dunajem, trzeba jednak zachować ostrożność.

Polska to nie Węgry, mamy inną ordynację, inne społeczeństwo, inny rynek medialny. Kaczyński nie skonsolidował aż tak systemu jak Orbán – co nie znaczy, że nie będzie próbował, zwłaszcza jeśli w 2023 roku znów dostanie szansę utworzenia rządu. Wszelkie taktyczne decyzje – jak i z kim iść i pod jakimi hasłami – warto jednak podejmować na podstawie analizy tego, jak będzie wyglądała sytuacja w Polsce za rok. Analogie węgierskie, w jedną lub drugą stronę, mogą okazać się kiepskim doradcą.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Jakub Majmurek
Jakub Majmurek
Publicysta, krytyk filmowy
Filmoznawca, eseista, publicysta. Aktywny jako krytyk filmowy, pisuje także o literaturze i sztukach wizualnych. Absolwent krakowskiego filmoznawstwa, Instytutu Studiów Politycznych i Międzynarodowych UJ, studiował też w Szkole Nauk Społecznych przy IFiS PAN w Warszawie. Publikuje m.in. w „Tygodniku Powszechnym”, „Gazecie Wyborczej”, Oko.press, „Aspen Review”. Współautor i redaktor wielu książek filmowych, ostatnio (wspólnie z Łukaszem Rondudą) „Kino-sztuka. Zwrot kinematograficzny w polskiej sztuce współczesnej”.
Zamknij