Świat

Turcja: Pucz, który krzepi despotę [Max Cegielski]

Dla nas może się to wydawać zwariowaną teorią spiskową, ale dla samych Turków sprawy nie są oczywiste.

Czytając doniesienia na temat próby przewrotu wojskowego w Stambule i Ankarze miałem wrażenie, że wreszcie rozumiem bohaterów mojej książki Oko świata. Od Konstantynopola do Stambułu . Opowiadali mi między innymi o tych momentach w historii Turcji, kiedy wojsko przejmowało władzę: w 1960, 1970, 1980 i 1997 – wszystkie te daty były świeże, bolesne i ważne dla wszystkich grup etnicznych, religijnych i politycznych. Nie można ich porównać z aresztowaniami opozycjonistów w Polsce w grudniu 1981 roku, bowiem nad Bosforem lała się krew, wykonywano wyroki śmierci, ludzi torturowano w więzieniach, wielu zaginęło bez wieści.

W tym kontekście nie dziwiło mnie, że właściwie już około 1 w nocy, po paru godzinach puczu, wyglądało na to, że tym razem generałom i żołnierzom deklarującym się jako obrońcy świeckości państwa nie uda się przejąć władzy. Niezależnie od tego, co ja oraz liberałowie i lewica w Stambule sądzimy o polityce Recepa Tayyipa Erdogana, prezydenta z ambicjami sułtańskimi, on i jego partia AKP cieszą się niesłabnącym poparciem biednych dzielnic dużych miast oraz prowincji i zwykłych, konserwatywnie (choć niekoniecznie islamistycznie) nastawionych obywateli. A także zamożnych przedstawicieli nowej klasy średniej, która wyniosła Erdogana i jego współpracowników do władzy już dziesięć lat temu. Choć jeszcze niedawno ambicją większości młodzieńców było zaszczytne odsłużenie swojej służby wojskowej, to oprócz najbardziej zatwardziałych kemalistów nikt w Turcji nie chciał powrotu mundurowej junty. Od lat kojarzy się ona z pojęciem „ukrytego państwa” czyli przymierza władzy, mafii i radykalnych, prawicowych nacjonalistów.

Jak pisał w KP Ivan Krastev: „Demokratyzacja Turcji była możliwa dzięki szerokiej koalicji społeczno-politycznej wspierających demokrację islamistów, świeckich liberałów i mniejszości etnicznych. Te połączone siły wyborcze dały impuls do rozmontowania republiki generałów, obalenia tureckiego derin devlet („głębokiego państwa”) i znacząco przyczyniły się do transformacji zarówno tureckiego społeczeństwa, jak i tureckich elit.”

AKP i Erdogan, dziś oskarżani o islamizację Turcji i autorytaryzm, byli częścią tej koalicji i nawet jeśli wielu Turków boi się o dziś o demokrację w swoim kraju, to nie poprą oni armii.

AKP i Erdogan, dziś oskarżani o islamizację Turcji i autorytaryzm, byli częścią tej koalicji i nawet jeśli wielu Turków boi się o dziś o demokrację w swoim kraju, to nie poprą oni armii. Przebywający na wakacjach prezydent Erdogan, kiedy już połączył się z mediami przez „facetime”, od razu użył jednak innego pojęcia: „równoległego państwa”. Stali komentatorzy polityczni wiedzieli od razu, że chodzi mu o „gulenistów” czyli zwolenników, czy też członków religijnej wspólnoty Fethullaha Gülena. O tym kaznodziei można usłyszeć zarówno w Turcji, jak i w Polsce, wszystko co najlepsze, jak i najgorsze. Z jednej strony popierał wcześniejsze przewroty wojskowe w Turcji, z drugiej był zawsze zwolennikiem dialogu międzywyznaniowego, spotykał się między innymi z papieżem Janem Pawłem II .

Fot. Wikimedia Commons, CC.

Spotykałem w Turcji ludzi, którzy twierdzili, że Fethullah Gülen jest „guru” niebezpiecznej sekty, ale z pewnością nie jest islamskim radykałem, daleko mu do konserwatyzmu z którym kojarzą się nam wahabici z Arabii Saudyjskiej, afgańscy talibowie czy wreszcie tzw. Kalifat Islamu z pogranicza Syrii i Iraku. Można powiedzieć też, że ruch „gulenistów”, liczący w Turcji prawdopodobnie miliony, nie jest niczym nowym w kraju, gdzie od setek lat równie ważne co władze (osmańskie czy tureckie) są bractwa religijne. Konflikt prezydenta Erdogana i AKP z ruchem gulenistów przypomina właściwie walkę Mustafy Kemala Atatürka z bractwami sufich – mistyków muzułmańskich. Wcześniej walczyli z nimi zresztą także sułtanowie osmańscy, np. likwidując wojsko janczarskie, ponieważ zbyt dużą rolę pełnili w nim bektaszyci – jeden z szyickich „zakonów” duchowych. Większość mieszkańców obecnej Anatolii, zarówno Kurdowie jak i sami Turcy, sunnici czy szyici, liberałowie czy konserwatyści, od setek lat należy tradycyjnie do jakiegoś bractwa religijnego ( i/lub do masonerii czy podobnych europejskich ruchów społeczno-duchowych).

Erdogan najpierw współpracował z gulenistami, kiedy AKP dochodziło dopiero do władzy, następnie, konsolidując władzę i zmierzając do ustanowienia prezydenckiego systemu, zaczął z nimi walczyć. Nic dziwnego, że natychmiast po wylądowaniu w Stambule wskazał już wprost wroga: gulenistów w armii. W sobotę od rana, choć właściwie nie znane był konkretne nazwiska generałów stojących za próbą przewrotu, oficjalne media w Turcji pisały o „puczu gulenistów” i ofiarach „równoległego państwa”.

Taką wersję zaakceptowała m.in. stacja Al Jazeera, której komentator pisał, że bezpośrednim powodem próby puczu były planowane na początek sierpnia obrady głównego sztabu, które miały dokonać kolejnych przetasowań w armii. Guleniści, już i tak przetrzebieni przez kolejne afery, aresztowania i procesy mieli wtedy jeszcze bardziej stracić wpływy więc postanowili wyprzedzić wydarzenia.

Z kolei turecki komentator BBC pisze, że to właśnie plotki o mających niebawem nastąpić kolejnych aresztowaniach gulenistów w armii były bezpośrednim „zapłonem” puczu. Większość dziennikarzy na świecie przyznaje jednak, że zwolennicy Fethullaha Gülena nigdy nie działali w ten sposób: nie walczyli przemocą o wpływy, pozostawali zawsze w cieniu, oddziałując na sytuację delikatniejszymi metodami niż wyprowadzanie czołgów na ulice. Komentator BBC pisze więc, absolutnie serio, że gulenistów do samobójczego ruchu mogli sprowokować kemaliści-nacjonaliści w armii.

Dla nas może się to wydawać zwariowaną teorią spiskową, ale dla samych Turków, nawet po tym, jak na ulice powrócił już spokój, sprawy nie są wcale oczywiste.

W najnowszej historii zdarzały się już zamachy, o których przygotowaniu wiedziała policja i tajne służby. Nic dziwnego więc, że wielu dziennikarzy, podobnie jak ja, pyta, kto najwięcej zyskuje na puczu? Oczywiście Erdogan, który dzięki wydarzeniom nocy z 15 na 16 lipca wie już, kto w armii nie był lojalny wobec władzy. Zyskuje AKP i rząd, którzy okazali się „obrońcami demokracji”, zyskuje władza, która mówi o konieczności ekstradycji Gülena z USA oraz o ponownym wprowadzeniu kary śmierci.

Wreszcie, śledząc sytuację w Polsce wokół Trybunału Konstytucyjnego, sędziów i prawników, wiemy co to oznacza: 16 lipca aresztowano Alparslana Altana, wiceprzewodniczącego tureckiego trybunału, a także zwolniono prawie 2500 sędziów. Kolejne represje są kwestią czasu. Ci ludzie nie byli żołnierzami, lecz prawnikami, ale za pretekst posłużyły ich domniemane związki z puczem i gulenistami. Czy polski sułtan, Jarosław Kaczyński, nie szuka w tym samym czasie własnych wrogów i pretekstów do ograniczania demokracji?

Nie twierdzę, jak wielu moich znajomych, że Erdogan sam zorganizował pucz, choć myślę, że mógł przymknąć oczy na doniesienia swoich tajnych służb. Z pewnością wydarzenia minionej nocy są dla niego wymarzonym prezentem, pretekstem do konsolidacji autorytarnej władzy, którą popiera wciąż wielu Turków.

Gumbrecht-Latencja Wydawnictwo-Krytyki-Politycznej-Promocja-Wakacyjna

**Dziennik Opinii nr 199/2016 (1399)

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Max Cegielski
Max Cegielski
Dziennikarz, pisarz
Dziennikarz, pisarz. W TVP Kultura współprowadził „Halę Odlotów” uhonorowaną nagrodą Grand Press w 2015 roku. Autor między innymi książek „Oko świata. Od Konstantynopola do Stambułu” (Nagroda imienia Beaty Pawlak, 2009), „Mozaika. Śladami Rechowiczów” (2011), oraz „Wielki Gracz. Ze Żmudzi na Dach Świata” (2015). Twórca i kurator projektów artystycznych: Migrujący Uniwersytet Mickiewicza (Stambuł), Global Prosperity (Gdańsk, Warszawa). Współautor (wraz z Anną Zakrzewską) wielu reportaży i dokumentów telewizyjnych o sztuce współczesnej.
Zamknij