Świat

Szkocja ma nowy rząd. Co z referendum niepodległościowym?

Generalnie nigdzie nie jest nawet napisane, że do wystąpienia ze Zjednoczonego Królestwa potrzeba referendum – wszak Zjednoczone Królestwo nie ma skodyfikowanej konstytucji. Teoretycznie Szkocja, wzorem kilkunastu kolonii i dominiów Imperium Brytyjskiego, mogłaby jednostronnie i legalnie ogłosić niepodległość. Ale tego nie zrobi – oto dlaczego.

W piątek oficjalnie potwierdziło się to, o czym była mowa od czasu szkockich wyborów lokalnych. Szkocka Partia Narodowa (SNP) i Zieloni dogadali się w sprawie umowy parakoalicyjnej. Oznacza to, że współpraca obu partii będzie się odbywać wyłącznie w obszarach objętych umową, a nie na zasadzie jednego gabinetu rządowego. Obie partie mogą zachować się i głosować różnie we wszystkich pozostałych kwestiach.

Dwoje liderów Zielonych najprawdopodobniej wejdzie do rządu w randze wiceministrów. W zamian za to Zieloni mają wspierać SNP w głosowaniach nad wotum zaufania oraz nad ustawami objętymi umową. Tym samym Szkocja ponownie ma mieć rząd większościowy dowodzony przez SNP i pierwszą ministrę Nicolę Sturgeon.

Poprzednią kadencję SNP rządziło samodzielnie jako mniejszość, przy cichym wsparciu Zielonych. W tej zapewne niewiele się zmieni. Umowa między partiami jest wbrew pozorom dość ograniczona. Jej 50-stronnicowy dokument zawiera sześć rozdziałów merytorycznych, pokrywających dużą część, ale nie całość kompetencji szkockiego rządu w Holyrood.

Żadna z dwóch partii nie była gotowa na daleko idące deklaracje czy kompromisy. Jak zastrzegł jeden z liderskiego duetu Zielonych, Patrick Harvie, umowa rozpadnie się, jak tylko jedna z partii zażąda od drugiej „niemożliwego”.

Szkocja wybrała silnie niepodległościowy parlament. Czy Sturgeon spróbuje referendum?

Podatki i niepodległość jako słoń w pokoju

Co ciekawe, referendum w sprawie oderwania Szkocji od Zjednoczonego Królestwa jeszcze w tej kadencji parlamentu zostało obiecane, ale w żaden sposób niewyszczególnione w umowie spośród innych deklaracji. Wraz z innymi obietnicami trafiło do rozdziału o demokratyzacji Szkocji, zwiększaniu frekwencji wyborczej oraz obietnicy powrotu do Unii Europejskiej w razie uzyskania przez kraj niepodległości. Obiecano tam też powoływanie paneli obywatelskich przy reformowaniu kluczowych obszarów rozwoju i przemian w kraju. Z ciekawostek: w ramach podnoszenia międzynarodowej reputacji Szkocji koalicyjne strony zobowiązały się otworzyć przedstawicielstwa rządu szkockiego w Kopenhadze i… Warszawie, aby promować kraj wśród obywateli Skandynawii i Europy Środkowej.

Pozostałe kwestie objęte umową dotyczą oczywiście kryzysu klimatycznego, odbudowy kraju po pandemii, wyrównywania nierówności, reformy usług publicznych i ochrony środowiska. W tych obszarach widać wyraźnie, że obie partie wciąż sporo dzieli.

Zieloni są partią bardziej radykalną. Da się między wierszami wyczytać, że w kilku miejscach musieli się zgodzić na więcej, niżby chcieli. Zdecydowanie powolne odchodzenie od wydobycia ropy i gazu na Morzu Północnym, gdzie SNP zawsze widziała podporę budżetu przyszłej niepodległej Szkocji, to coś, za co już Zieloni są krytykowani z lewej strony. Nie złagodzi tego obietnica zainwestowania zaledwie 500 milionów funtów na północnym zachodzie kraju celem złagodzenia skutków transformacji w regionie najbardziej dotkniętym przez potencjalne odejście od paliw kopalnych.

W umowie jest też sporo o wyrównywaniu szans, budownictwie komunalnym, reformie systemów szkolnictwa, zasiłków i zapomóg, tak aby jak najlepiej wspomagały rozwój dzieci z najmniej uprzywilejowanych obszarów i rodzin.

Dziwi unikanie tematów opieki zdrowotnej oraz podatków. Wynika to prawdopodobnie z poważnych rozbieżności w podejściach obu partii do tych tematów. SNP to partia bardziej liberalna ekonomicznie niż Zieloni, a jej baza wyborcza jest ekonomicznie niewątpliwie bardziej konserwatywna niż wielkomiejski elektorat Zielonych. Elektorat SNP jest też bardzo mocno zróżnicowany, ale duża jego część trzyma się przy partii ze względu na obietnicę dążenia do szkockiej niepodległości.

Zapewne to te różnice w strukturach elektoratów obu partii były powodem, dla którego nie udało się utworzyć formalnej koalicji rządzącej między SNP a Zielonymi. W parakoalicyjnym przebraniu żadna ze stron nie będzie bowiem musiała brać na siebie rozwiązań, które mogą rozjuszyć znaczącą część jej wyborców.

Nie da się dziś przewidzieć, jak wpłynie to na stabilność współpracy pomiędzy partnerami. Z jednej strony Zieloni nie obejmują pełnoprawnych stanowisk ministerialnych i nie będą musieli brać odpowiedzialności za bilans rządów Sturgeon, ale z drugiej nie da się wykluczyć, że SNP będzie liczyć na poparcie Zielonych także w tych obszarach, które nie są objęte uzgodnieniami, ale które są niezbędne do rządzenia krajem i na których tak naprawdę najłatwiej politycznie polec. Taka możliwość rozmycia odpowiedzialności na pewno byłaby na rękę partii Sturgeon, która rządzi już Szkocją czwartą kadencję z rzędu.

Camden, dzielnica z misją

czytaj także

Camden, dzielnica z misją

Mariana Mazzucato, Georgia Gould

Co dalej z referendum?

W teorii umowa jest jasna – Zieloni i SNP zorganizują referendum w ciągu pięciu lat, a najpewniej do 2023. W praktyce sprawa jest jednak mocno skomplikowana.

Formalnie jedynym organem uprawnionym do decydowania o sprawach konstytucyjnych w Zjednoczonym Królestwie jest parlament w Londynie. I to rząd londyński wraz ze swoją większością parlamentarną może scedować tymczasowo to prawo na rząd szkocki, jak to miało miejsce przed pierwszym referendum niepodległościowym w 2014 roku. Dopóki więc w Westminsterze rządzą konserwatyści – a zwłaszcza konserwatyści z niezwykle niepopularnym w Szkocji premierem Borisem Johnsonem – to wystarczy, że nie udzielą oni Szkotom zgody na ogłoszenie kolejnego referendum. Wydaje się, że chwilowo do tego sprowadza się ich plan.

Ten obrazek można jednak skomplikować jeszcze bardziej. Generalnie nigdzie nie jest napisane, że do wystąpienia ze Zjednoczonego Królestwa potrzeba referendum – wszak Zjednoczone Królestwo nie ma skodyfikowanej konstytucji.

Owszem, przeprowadzanie referendów w ważnych sprawach lokalnych stało się zwyczajem, robiono to już w Irlandii Północnej, Szkocji, Gibraltarze, Falklandach itd. Ale w razie czego Szkocja, wzorem kilkunastu kolonii i dominiów Brytyjskiego Imperium, mogłaby teoretycznie jednostronnie i legalnie ogłosić niepodległość.

Oczywiście SNP i Zieloni raczej nie będą tego chcieli zrobić, groziłoby to bowiem wizerunkową katastrofą. Mogą za to spróbować wymusić zgodę Londynu na referendum na drodze sądowej, co nie jest sprawą z góry przegraną. Co więcej, żadne referenda w Królestwie nie są wiążące, więc SNP może argumentować, że szkockie referendum to forma sondażu, a nie głosowania.

Upchnięcie referendalnej obietnicy w głąb umowy parakoalicyjnej także nie jest jednak bez znaczenia. Może świadczyć o tym, że odświeżony rząd Sturgeon nie będzie parł do niej szybko i za wszelką cenę. Jedną z przyczyn tego stanu rzeczy jest poprawa wizerunku Zjednoczonego Królestwa po sukcesie narodowego programu szczepień przeciwko COVID-19. O ile w trakcie katastrofalnego przeprowadzania kraju przez pandemię rząd w Westminsterze miał fatalne notowania w Szkocji, a poparcie dla niepodległości poszybowało, o tyle po sukcesie preparatu AstraZeneca notowania Zjednoczonego Królestwa znów mocno wzrosły. Chęć pozostania w UK deklaruje mniej więcej połowa Szkotów.

„Radykalna lewica musi odejść”. Jak w Anglii kruszy się czerwony mur i wygrywają konserwatyści

Jednocześnie SNP musi mierzyć się z rosnącą krytyką w samej Szkocji. Punktowana jest za niezbyt imponujące osiągnięcia na polu edukacji czy opieki zdrowotnej – akurat dwóch obszarach, w których nie muszą się konsultować z Londynem i mają niemal pełnię władzy. Obie partie tworzące nowy szkocki rząd muszą więc najpierw pokazać, że są w stanie odpowiedzieć na podstawowe problemy własnego kraju, jeśli chcą wygrać referendum niepodległościowe w przyszłości.

Zażółcanie zieleni albo zazielenianie żółci

W zasadzie nikomu umowa parakoalicyjna nie była niezbędnie konieczna.

SNP mogła nadal rządzić mniejszościowo, jak w poprzedniej kadencji, wyłuskując konieczne głosy od innych partii w konkretnych głosowaniach lub kupując je ustępstwami w poszczególnych sprawach programowych. W innych, jak potępienie utrzymywania w Szkocji brytyjskiej broni atomowej, mogli liczyć na poparcie bezinteresowne niemal wszystkich.

Jednak SNP wydaje się chcieć zazielenić swój wizerunek, zwłaszcza w kontrze do premiera całego królestwa Borisa Johnsona, który zapowiedział, że Nicola Sturgeon nie powinna się nawet „znaleźć w pobliżu” szczytu COP26, odbywającego się przecież w jej rodzinnym Glasgow. A ponieważ, jak wiadomo, plany rządu Johnsona są w kwestii klimatu tak spójne i przemyślane jak w każdym innym obszarze – czyli wcale – to nie będzie trudno SNP pokazać się jako realna opozycja i sensowna alternatywa dla rządu z Londynu.

Szkocja: najpierw deklaracja Unii, potem referendum nad niepodległością

Z drugiej strony Zieloni ewidentnie bardzo chcą opuścić niszę partii jednej sprawy i pokazać się jako odpowiedzialna siła polityczna, zdolna w razie czego do chwycenia za stery w państwie. A także mocniej zaakcentować proniepodległościową część swojego programu. Zwłaszcza że ta nowa parakoalicja ma w parlamencie 55 proc. miejsc i reprezentuje wyraźną większość mieszkańców kraju.

Pomijając krótkoterminowe zyski polityczne, obie partie chcą długofalowo pozycjonować Szkocję jako kraj bardziej skandynawski niż brytyjski. Program zaprezentowany w ich parakoalicyjnej umowie to krok w tym kierunku. Jest to też krok w kierunku wykuwania szkockiej tożsamości jako projektu pozytywnego, a nie tylko w negacyjnej opozycji do Anglików i zdominowanego przez nich rządu w Londynie.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Jacek Olender
Jacek Olender
Filozof, komentator Krytyki Politycznej
Rocznik 1987. Studiował konserwację dzieł sztuki oraz filozofię. W tej pierwszej dziedzinie zrobił doktorat w Londynie i obecnie jest pracownikiem naukowym na Wyspach. Pisze o nauce i polityce. Były członek partii Razem.
Zamknij