Świat

Szkocja wybrała silnie niepodległościowy parlament. Czy Sturgeon spróbuje referendum?

Szkocka premierka Nicola Sturgeon wygrała kolejne wybory i bez wątpienia znajdzie w nowym parlamencie mandat na proniepodległościowe rezolucje i walkę z rządem w Londynie o organizację kolejnego referendum. Co zrobi premier Wielkiej Brytanii Boris Johnson?

Jak się spodziewaliśmy, w weekend zostały ogłoszone zliczone wyniki wyborów do szkockiego parlamentu. W zasadzie obyło się bez większych niespodzianek, dostaliśmy tylko kilka mniejszych. Oto przegląd stanu gry.

Pierwszym pewnikiem, który znalazł potwierdzenie w wyniku wyborczym, jest ciągła dominacja szkockiej polityki przez rządzącą partię SNP. To już ich czwarte zwycięstwo z rzędu i pomimo braku samodzielnej większości (ta sztuka udała im się tylko raz, w 2011 roku) Nicola Sturgeon znów uzyskała mandat dla swojej polityki. SNP powiększyło swój stan posiadania w parlamencie do 64 miejsc – dokładnie o jedno za mało do samodzielnego rządzenia.

SNP udało się odbić trzy miejsca z okręgów jednomandatowych, ale stracili dwa w głosowaniu na listy większościowe (omówienie skomplikowanego systemu głosowania w Szkocji proponowałem w tym artykule).

Nie zaskakują również zyski Zielonych. Partia zgodnie z oczekiwaniami zyskała dwa dodatkowe mandaty i teraz łącznie ma osiem miejsc, wszystkie zdobyte z list większościowych. Co prawda niektóre sondaże dawały Zielonym nawet 10 miejsc, ale i tak dla tak niszowej w zasadzie partii, jaką wciąż są Szkoccy Zieloni, ten wynik to historyczny sukces.

Zieloni w Szkocji, podobnie jak w Europie kontynentalnej, są na fali wznoszącej. Jedno z tych dwóch miejsc dla Zielonych zostało zdobyte kosztem Labour, która to w końcowym rozrachunku straciła dwa mandaty. Pomimo w zasadzie czysto statystycznego wahnięcia w poparciu procentowym i utrzymania trzeciego miejsca w parlamencie Partia Pracy zdecydowanie wychodzi z wyborów jako przegrana.

Sondaże przed wyborami były dla Labour bardziej optymistyczne, ale fala probrytyjskiego głosowania taktycznego, która zapobiegła samodzielnej większości SNP, zaszkodziła również im. Partii Pracy nie pomogły próby zmiany narracji i coraz większa pod koniec kampanii popularność lidera Labour w Szkocji, Anasa Sarwara.

Ponieważ Sarwar zajmuje swoje stanowisko od niedawna, ta kampania to była pierwsza okazja, gdy dał się on poznać szerszej opinii publicznej. Mało więc prawdopodobne, aby ta niewielka w sumie porażka zaszkodziła jego pozycji w partii.

Zdecydowanie z ulgą może odetchnąć lider konserwatystów Douglas Ross. Torysi zdołali uniknąć strat i utrzymali tę samą liczbę 31 miejsc oraz pozycję liderów opozycji w szkockim parlamencie. Znów, na pewno pomogło im głosowanie taktyczne wielu ludzi na partie unionistyczne, czyli te opowiadające się za jednością Wielkiej Brytanii. Torysi skorzystali na zorganizowanym sprzeciwie wobec SNP.

Z pozostałych partii – Liberalni Demokraci stracili jedno miejsce i obecnie z czterema mandatami są jedyną partią w parlamencie, która w nim zasiada, ale nie ma pełnych praw klubowych przysługujących od pięciu miejsc wzwyż. To bolesna porażka dla partii niegdyś współrządzącej Szkocją, a obecnie walczącej o przetrwanie w polityce.

Dziś wybory w Szkocji. Oto nasz niezbędnik (w dwóch aktach)

Pozostałe trzy partie, które wystawiły pełne listy ogólnokrajowe, nie przekroczyły progu 2 proc. poparcia. Wśród nich jest partia Alba byłego lidera SNP Alexa Salmonda, który prawdopodobnie dalej będzie osuwał się w polityczny niebyt. Jego natywistyczna wersja nacjonalizmu, która miała dostarczyć samodzielnej zdecydowanej większości dla szkockiej niepodległości, prawdopodobnie właśnie utopiła jedyną szansę SNP na samodzielną większość w tych wyborach.

Szkoci wybrali bardzo silnie niepodległościowy parlament. SNP i Zieloni, partie mające niepodległość na sztandarach, uzyskały razem 72 ze 129 miejsc. Nicola Sturgeon bez wątpienia znajdzie w parlamencie mandat na proniepodległościowe rezolucje i walkę z rządem w Londynie o organizację kolejnego referendum.

Co prawda w pierwszych wypowiedziach premierka Sturgeon zapowiedziała priorytetyzację walki ze skutkami pandemii, ale oczywiste jest, że to raczej cisza przed burzą. Z tego zdaje sobie sprawę rząd centralny Borisa Johnsona, który do obrony unii pomiędzy Szkocją i resztą Królestwa wysłał ministra i byłego współszefa kampanii Vote Leave Michaela Gove’a.

Premier Johnson zdaje sobie sprawę, że w Szkocji jego starania przynoszą odwrotny skutek i tylko zwiększają poparcie dla niepodległości, więc musiał to zadanie delegować na Gove’a. Problem w tym, że delegował je na człowieka równie głęboko jak on umoczonego w zignorowanie wszelkich decyzji szkockich wyborców wokół wyjścia z UE, od wyniku referendum po wszelkie rezolucje szkockiego parlamentu w sprawie czy to członkostwa w unii celnej, czy to wolnego przepływu osób w UE. Gove zdążył też powiedzieć już, że patrząc tylko na wyniki w szkockich JOW-ach, więcej osób głosowało przeciw niepodległości niż za. Co jest technicznie prawdą, ale jeśli spojrzy się na bardziej demokratyczne listy proporcjonalne, to sumaryczne poparcie dla SNP, Zielonych i Alby wyniosło 50,1 proc. w sytuacji, kiedy frekwencja wzrosła do najwyższych od lat 63 proc.

Co więc nas czeka? Na pewno przedłużająca się batalia, nie tylko polityczna, ale zapewne też i sądowa w sprawie organizacji nowego referendum. W sprawach lokalnych SNP zapewne znowu utworzy rząd mniejszościowy, polegający w kluczowych kwestiach na wsparciu Zielonych. Obu partiom taki układ wydaje się odpowiadać, gdyż SNP może się pokazywać jako wiodąca siła proniepodległościowa, a Zieloni mogą wygrywać ważne dla siebie kwestie ekologiczne, w których i tak w większości SNP się z nimi zgadza.

Szkocja: najpierw deklaracja Unii, potem referendum nad niepodległością

Poważnym problemem dla SNP będą zapewne kolejne próby wojny podjazdowej w obszarze finansów, gdyż Szkocja nie jest pod tym względem autonomiczna i musi układać się z Londynem. Jak pokazała polityka torysów po ostatnich wyborach parlamentarnych, pieniądze z centrali znajdują się tylko dla tych regionów, które na nich głosują. W tych wyborach okazało się, że w zasadzie żadna partia nie ma radykalnie odmiennej od innych wizji kraju, a jedynym de facto różnicującym czynnikiem jest stosunek do niepodległości.

Jeśli więc SNP utknie w wojnach wokół referendum, które skutecznie zablokuje Londyn, to może się okazać, że za cztery lata Szkoci obudzą się dokładnie w tym samym miejscu. Tyle że biedniejsi.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Jacek Olender
Jacek Olender
Filozof, komentator Krytyki Politycznej
Rocznik 1987. Studiował konserwację dzieł sztuki oraz filozofię. W tej pierwszej dziedzinie zrobił doktorat w Londynie i obecnie jest pracownikiem naukowym na Wyspach. Pisze o nauce i polityce. Były członek partii Razem.
Zamknij

Zapisz się na newsletter Krytyki Politycznej
i bądź na bieżąco