Świat

Ameryka zawsze zaczyna od porażki [rozmowa Sierakowskiego]

Fot. Gage Skidmore/flickr.com CC BY-SA 2.0

My, Amerykanie, musimy teraz inwestować w sektor publiczny i to nie jest żaden socjalizm – mówi Daniel Fried, był ambasador Stanów Zjednoczonych w Polsce.

Sławomir Sierakowski: Ameryka dała się zupełnie zaskoczyć pandemii, choć widziała, co się dzieje, najpierw w Chinach, a później w Europie. To ostatni, żałosny akt „deklinizmu”?

Daniel Fried: Żaden rząd nie radzi sobie zbyt dobrze w walce z koronawirusem, może z wyjątkiem Korei Południowej i Tajwanu, ale amerykańskie problemy, które są dobrze udokumentowane, nie różnią się aż tak bardzo od tych, które widzimy w Europie. Koronawirus wywrze presję na społeczeństwa, na rządy i, jeśli mogę to tak nazwać, demokratyczny porządek. Z taką presją mieliśmy już do czynienia w przeszłości, czasem radziliśmy sobie z nią dobrze, a czasem wcale.

USA: Demontaż państwa to idealna pożywka dla wirusa

A obecnie?

Czarny scenariusz zakłada, że wrócimy do lat 30., czyli będziemy mieli do czynienia z globalną recesją, która silniej uderzy w świat demokratyczny niż w rządy autorytarne. Autokraci poczują, że nastał ich czas, a demokraci będą w rozsypce. Polakom nie trzeba przypominać, do czego prowadzi taki stan rzeczy. Tak wygląda czarny scenariusz, który jest możliwy, ale możliwy jest też trochę jaśniejszy, który zakłada, że nikt nie poradził sobie specjalnie dobrze w kwestii wirusa, kraje demokratyczne zachwiały się, ale jednak się podniosą.

Niemcy, zapóźnione technologicznie w stosunku do Chin i USA, okazały się bardziej skuteczne.

Dotyczy to tak samo Unii Europejskiej, jak i Stanów Zjednoczonych, choć w USA może to być trochę trudniejsze ze względu na osobowość i poglądy prezydenta Trumpa. Autokraci będą jednak wypadać coraz gorzej wraz z upływem czasu. Wszystko wskazuje na to, że Rosjanie i Chińczycy ukrywają prawdziwe dane dotyczące rozprzestrzeniania się wirusa. Mamy zatem pesymistyczny scenariusz, ale też taki, w którym demokracje na początku zawodzą (a nam, Amerykanom, zdarza się to dość często), ale po jakimś czasie zbierają się w sobie.

Mógłbyś podać kilka historycznych analogii?

Obecnej sytuacji nie można porównać do wojny, ale posłużmy się tym przykładem. Historia amerykańskiej wojskowości to historia początkowych porażek, które wraz z upływem czasu przeradzały się w zwycięstwa. Przez pierwsze dwa lata wojny secesyjnej Północ przegrywała bitwę za bitwą, dopóki nie pojawili się kompetentni dowódcy.

Podobnie rzecz miała się wcześniej z George’em Washingtonem, który nauczył się dowodzić dopiero wtedy, gdy przegrywał na wszystkie możliwe sposoby. Amerykanie nie byli też przygotowani do II wojny, a Polacy zapłacili nieproporcjonalnie wysoką cenę za naszą nieobecność na początku.

Tym razem mniej pesymistyczny scenariusz nie zakłada wprawdzie, że wszystko będzie dobrze, ale przynajmniej Polacy nie są po złej stronie, bo nie jesteście aż tak odizolowani geograficznie. Inną analogią może być rok 1945, kiedy zdecydowaliśmy, że nie możemy stawiać krajów demokratycznych w pozycji strategicznego niebezpieczeństwa.

Myślałem, że tych optymistów, których nie wytępił jeszcze Trump, dobiła pandemia i statystyki mówiące o 30 milionach bezrobotnych w sześć tygodni.

Demokracje nie są aż tak sprawne w reagowaniu na bieżące problemy i w podejmowaniu szybkich decyzji, ale są bardziej elastyczne w oswajaniu sytuacji na dłuższą metę. Weźmy za przykład koronawirusa. Odszedłem już na emeryturę i nie pracuję dla rządu Stanów Zjednoczonych, więc mogę mówić, co myślę. Rząd federalny, a zwłaszcza prezydent Trump, spektakularnie zawiedli w prawidłowej ocenie skali wyzwania, ale amerykańskie społeczeństwo i nasz zdecentralizowany system polityczny wypełniły tę lukę.

Gubernatorzy, zwłaszcza Nowego Jorku, Kalifornii i Dystryktu Kolumbii, podjęli działania już w połowie marca, niezależnie od sprzecznych informacji odbieranych od prezydenta, który musiał potem równać do działań gubernatorów. To jest przykład porażki na szczeblu federalnym, która została nadrobiona działaniami stanów.

Trump zrobił sobie test na wirusa. Amerykanie jeszcze nie

Ponad milion zakażonych i 70 tysięcy ofiar to nie są kompromitujące liczby dla USA? Ja wiem, że gubernatorzy nie są od walki z pandemią i zawiódł przede wszystkim Trump, ale taką samą jak on postawę prezentuje wielu republikańskich szefów stanowej administracji. Do dziś zachowują się lekceważąco wobec pandemii. To nie jest szersze zjawisko niż tylko osoba Trumpa? Przyznaję natomiast, że jest pewne podobieństwo w naiwności i lekceważeniu zagrożenia związanego z nazizmem oraz naiwności i lekceważeniu związanego z pandemią.

Nieadekwatna odpowiedź Ameryki na pandemię koronawirusa, szczególnie na poziomie federalnym, nie napawa dumą, ale jednak ciągle mówimy o mniejszej ilości ofiar per capita niż we Włoszech czy w Hiszpanii. Za to, jak zachowało się państwo, odpowiedzialność ponosi Trump. W tę próżnię decyzyjną wkroczyli jednak gubernatorzy poszczególnych stanów i prezydenci miast. Wielu poradziło sobie bardzo dobrze, co pokazało elastyczny charakter amerykańskiego systemu federalnego. Coś takiego nie może się odbyć w Rosji, ponieważ jej gubernatorzy są ściśle związani z Kremlem, nie mogą działać na własną rękę.

Na początku przynajmniej wydawało się, że mer Moskwy Siergiej Sobianin radzi sobie i może być rosyjską odpowiedzią na nowojorskiego gubernatora Andrew Cuomo.

Tylko w ograniczonym stopniu. Rosyjscy gubernatorzy obwodów nie mogą otwarcie przeciwstawić się prezydentowi Putinowi. Nie chcę przesadzać z tą analogią, ale sytuacja z Trumpem pokazuje, jak elastyczność całego systemu rekompensuje błędy popełniane na najwyższym szczeblu. W Stanach lekarze sprzeciwiający się prezydenckiej reakcji na koronawirusa mogą mówić prawdę. W Rosji troje lekarzy wypadło przez okna w podejrzanych okolicznościach. Przywodzi mi to na myśl tzw. spisek lekarzy kremlowskich pod koniec rządów Stalina. Tę elastyczność w radzeniu sobie z przeciwnościami, której brakuje systemowi Putina, stara się zrekompensować represjami.

Rosja po epidemii stanie się biedniejsza, ale i bardziej opresyjna

Jak to wpłynie na popularność Putina? Jego władzy coś może zaszkodzić?

Już od jakiegoś czasu dało się zauważyć oznaki spadającej popularności prezydenta Rosji. Koronawirus w połączeniu ze spadkiem cen ropy może przyspieszyć tę tendencję. Podobnie radziecki system stracił legitymizację pod koniec swojego istnienia. Parafrazując Hemingwaya, który mówił o tym, jak sam został bankrutem: najpierw stopniowo, a potem nagle.

Jakie to będzie miało konsekwencje dla zachowania się Rosji wobec Ukrainy, Chin, USA itd.?

Instynkt Putina może kazać mu szukać łatwych form agresji, żeby odwrócić uwagę od tego, co dzieje się w państwie, ale przy tak niskich cenach ropy rosyjskie zasoby topnieją. Rosja będzie kontynuować swoje kampanie szerzenia dezinformacji w Europie i Stanach. Ale nasilenie działań militarnych przeciwko Ukrainie wiąże się z ryzykiem, bo Rosjanie nie chcą tej wojny (dlatego też reżim Putina ukrywa prawdziwą liczbę ofiar po stronie rosyjskiej), a podjęcie ofensywy oznaczałoby kolejne ofiary. Putin mógłby próbować wzmocnić swoją współpracę z Chinami, ale robiłby to ze stosunkowo słabej pozycji, co rzadko kończy się sukcesem. Być może w którymś momencie rządzący dojdą do wniosku, że w interesie kraju leży stabilniejsza i bardziej produktywna relacja z Zachodem, ale to dopiero pieśń przyszłości.

Uchodźcy na greckiej granicy. Trochę jak przed I wojną światową – wszyscy wierzą, że kontrolują sytuację

Wróćmy do USA. Skoro problemy Ameryki są przejściowe, to może nawet wróci do roli światowego hegemona? Fareed Zakaria ukuł dobre sformułowanie „the rise of the rest”, żeby podkreślić, że to początek nie chińskiej dominacji, ale pluralizmu geopolitycznego. Czy taka sytuacja jest możliwa na dłuższą metę? Ta „reszta” różnie sobie radzi z pandemią. Korea i Niemcy nieźle, ale pozostali albo kompromitująco, albo źle.

Miałeś rację pytając o tzw. deklinizm, czyli opowieść o schyłku, która jest w amerykańskim dyskursie obecna już od XIX wieku. Zapewniam cię, że mówienie o schyłkowości było bardzo modne już w latach 60. ubiegłego stulecia, porównywano wtedy Stany do starożytnego Rzymu, potężnego, ale niezdolnego do dalszego funkcjonowania.

Godzinę temu słyszałem, jak Cuomo cytował Upadek Cesarstwa Rzymskiego na Zachodzie Gibbona.

Lubujemy się w takich rzeczach. W latach 80. wielu na prawicy mówiło o schyłku Ameryki, ponieważ demokracje były nieefektywne w radzeniu sobie z problemami w przeciwieństwie do potężnego, złego komunizmu.

Obawialiśmy się tego jeszcze w połowie lat 80., w przeciwieństwie do Reagana. Dyskurs schyłkowości nie odpowiada realiom, ale może odegrać pożyteczną rolę, jak w latach 50., kiedy Sowieci wystrzelili Sputnika. Tak przerazili Amerykanów [wystrzelenie Sputnika w 1957 roku było informacją, że Związek Radziecki jest w stanie wystrzelić rakietę z głowicą nuklearną, która doleci do USA – przyp. red], że w odpowiedzi administracja Eisenhowera wyłożyła ogromne pieniądze na badania, edukację i jak najlepsze poznanie Związku Radzieckiego, komunizmu i wszystkiego, co się może przydać w konfrontacji. W obecnej sytuacji wciąż jeszcze przed nami jest nadrobienie zaległości po początkowych pomyłkach.

Demokracje nie są aż tak sprawne w reagowaniu na bieżące problemy i w podejmowaniu szybkich decyzji, ale są bardziej elastyczne w oswajaniu sytuacji.

Czy mógłbyś podać przykład z historii, kiedy mieliście tak nieporadnego prezydenta, a system i tak zrekompensował jego błędy?

Akurat w kwestii prezydentury sytuacja jest rzeczywiście bezprecedensowa, ale wielu ludzi w administracji Trumpa stara się zaprowadzić względną stabilizację. Trump kontynuuje politykę Obamy względem Polski i krajów regionu, wspiera niezależność energetyczną, ale nie dorasta oczywiście do poziomu, na jakim powinien być lider demokratycznego świata. No, ale spójrzmy wstecz. Lyndon Johnson wciągnął Stany w katastrofalną wojnę w Wietnamie. George W. Bush najechał Irak, choć podjął też decyzję o integracji krajów bałtyckich z NATO. Byłem w tamtej administracji i pamiętam, że wielu traktowało wojnę w Iraku jako koniec współpracy krajów Zachodu. Wielka Brytania, Hiszpania i Polska były za, ale Niemcy i Francja przeciwko, to był bardzo trudny czas dla Zachodu…

Czy to nie wtedy właśnie zaczęła się epoka schyłku amerykańskiej dominacji?

Rozumiem ten punkt widzenia. Po 11 września popełniliśmy wiele błędów, wybraliśmy Trumpa. Ale pokolenie wcześniej, w późnych latach 70., tworzono bardzo podobne scenariusze o amerykańskim schyłku. Wśród ludzi istniało poczucie, że Ameryce się nie udało.

Znam tylko trzy osoby, które uważają, że świat jest nadal daleko w tyle za Ameryką. To Joseph Nye, ty i ja. Nawet Trump tego nie mówi, skoro deklaruje „Let’s make America great again”. Choć faktycznie tego sformułowania używano na długo przed nim.

Nie powiedziałbym, że świat jest w tyle za Ameryką, to byłoby zbyt aroganckie. Stany przechodzą teraz przez trudny czas i nie zamierzam tego ukrywać. W latach 30. mówiono, że demokracja zawiodła, a rozwiązaniem ówczesnych bolączek jest albo Hitler, albo Stalin. Zapomnieliśmy, jak pociągająca w tamtych latach była zarówno skrajna prawica, jak i lewica, politycznym trendem był wtedy prawie wszędzie autorytaryzm. Stany się od tego odcięły, ale zawiedliśmy w inny sposób.

Nie mówię jednocześnie, że sukces demokracji jest automatyczny, bo nie jest, to wymaga wiele wysiłku, a naszym celem nie powinno być pokonanie Chin, bo Chiny nie są naszym wrogiem, tylko potencjalnym partnerem, który może wiele skorzystać na międzynarodowym systemie. Niektórzy politycy w Europie i część amerykańskich republikanów przedstawia Chińczyków jako nazistów XXI wieku. Nie zgadzam się z tym.

Na koronawirusa Chiny polecają autorytaryzm

Nadzieje związane z oswojeniem autokracji przez współzależność gospodarczą skończyły się na Rosji. Z Chinami ma pójść lepiej?

Kiedy myślę o współczesnych Chinach, przychodzą mi na myśl Niemcy z czasów kajzera Wilhelma II, są niecierpliwi i głodni. Kiedy Chińczycy prowadzili swoje dyplomatyczne gierki na Morzu Południowochińskim, wciąż myślałem o dyplomacji wilhelmińskiej w czasach przed I wojną. Gdybym mógł cofnąć się w czasie do roku 1910, powiedziałbym cesarzowi: „Stary, wyluzuj, Niemcy sobie poradzą, ale nie ciśnij, bo dojdziesz do punktu, z którego nie będzie odwrotu”. Na tym polega różnica: Chiny nie są wrogiem, po prostu mają zbyt dużo pewności siebie i to może stanowić problem.

Chiny się wyluzują?

Jest potrzebna wspólna polityka Zachodu w postępowaniu ze wzrostem potęgi Chin, tak żebyśmy to my pozostali centrum, które wyznacza wzorce dla reszty świata. Ale obawiam się, że łatwiej to powiedzieć, niż zrobić. Jestem jednak w stanie wyobrazić sobie prezydenta Bidena, który tworzy wspólny front podobnie myślących krajów demokratycznych, żeby razem przeciwstawić się problemom. Zdaje sobie sprawę, że brzmię jak optymista.

Różnica między akademikiem a politykiem jest taka, że kiedy akademik patrzy na szklankę, to nie widzi tylko tego, czy jest w połowie pusta czy pełna, ale także to, że jest popękana, a przez szczeliny przecieka woda i jeśli będziesz chciał ją naprawić, to może ci strzelić w ręce i zaczniesz krwawić. Polityk widzi szklankę i mówi: „no, mogę coś z tym zrobić, potrzebuję taśmy izolacyjnej, jakąś słomkę, trochę drutu itd.”. Ja mam instynkt polityka, więc nie chcę narzekać na obecną sytuację, ale zastanowić się nad rozwiązaniem.


Jeśli nie zrobią tego Stany Zjednoczone, to przecież nie Unia Europejska, która niczego tak nie znosi jak podejmowania decyzji.

Macron to bardzo inteligentny człowiek, często się z nim zgadzam. Jest ambitny, a według mnie to dobrze. Ale Francuzi nie są w stanie przewodzić innym, nie mają tej siły, mogą co najwyżej wywierać wpływ. Niemcy ze swoją kulturą polityczną też nie są w stanie przewodzić. Chciałbym zobaczyć i Francję, i Niemcy, i Wielką Brytanię, które odgrywają znaczące role i dowodzą silną Unią, ale to nie obędzie się bez Stanów Zjednoczonych. Europejczycy mogą sobie narzekać na nas i nasze obecne przywództwo, ale nie chcą, żeby wiodącą rolę odgrywali Chińczycy.

Czy wszyscy?

Myślę, że jest w Europie pewna cyniczna niechęć do brania odpowiedzialności. Żeby po prostu żyć sobie z zakumulowanego kapitału wolnego świata. Jest kilka mniejszych krajów europejskich, które się do tego skłaniają. To jest rodzaj pozbawionego zasad szukania natychmiastowych korzyści. Polska, w przeciwieństwie do tego, bierze siebie na serio jako twórcę własnego bezpieczeństwa. Nie ma tu znaczenia, kto jest u władzy. Polskie rządy patrzą na zewnątrz i dostrzegają, że ich bezpieczeństwo jest zależne od zewnętrznych okoliczności, i starają się je ukształtować. Podobnie rozumieją to Francja i Niemcy, Josep Borrell, wysoki przedstawiciel Unii do spraw zagranicznych i polityki bezpieczeństwa, Szwecja do pewnego stopnia.

Guérot, Marsili: Odezwa do narodu europejskiego

czytaj także

Guérot, Marsili: Odezwa do narodu europejskiego

Ulrike Guérot, Lorenzo Marsili

Wróćmy do pandemii. Ian Bremmer twierdzi, że i tak koniec końców wynalezienie szczepionki zależy od Amerykanów, podobnie jak technologii śledzenia rozprzestrzeniania się wirusa, telepracy itd. I znowu to Ameryka będzie musiała rozwiązać najważniejsze problemy za cały świat.

No właśnie nie byłbym tego taki pewien. Są jeszcze Niemcy, Chińczycy, Japończycy, nawet Australijczycy mogą być pierwsi. Ale Bremmer może mieć rację w tym, że decydującą rolę będzie odgrywał amerykański potencjał technologiczny wymagany do gospodarowania życiem w nowych warunkach. Nic nie jest zagwarantowanie, nic nie przychodzi bez wysiłku. Ale to, co wnoszą kraje Zachodu, Stany Zjednoczone, Europa, Korea Południowa, Australia, to pewnego rodzaju elastyczność. Amerykańska polityka nie wydaje mi się dziś szczególnie inspirująca. Koszt będzie wysoki ze względu na już popełnione błędy. Ale kiedy przyjdzie czas na odbudowanie światowej gospodarki, łańcuchów dostaw, wtedy Stany będą musiały odegrać decydującą rolę. Byłoby to prostsze z Bidenem jako prezydentem, ale i teraz w administracji Trumpa są ludzie, którzy mogliby się tym zająć.

Kto na przykład?

Na przykład Steve Biegun, zastępca sekretarza stanu. Znam go od połowy lat 90., to republikanin szanowany przez demokratów. Kiedy byłem w administracji Clintona, pracował w Senacie dla bardzo konserwatywnego senatora, pomagał nam w rozszerzeniu struktur NATO.

Nie boisz się, że zostanie w końcu wyrzucony jak każdy, kto wyrasta ponad pewien poziom?

Nie zamierzam go wychwalać w jakimś wielkim przemówieniu, a i on pewnie nie będzie się za bardzo wychylać. Na pewno z prezydentem Bidenem to wszystko byłoby o wiele prostsze.

Szczepionka na koronawirusa prawem, nie towarem

czytaj także

Czy nie wydaje ci się, że to, co teraz oglądamy, ci ludzie stojący w kolejkach po zasiłki, niedofinansowana administracja, która sobie z tym zupełnie nie radzi, itd., musi doprowadzić do nieznanej jeszcze Ameryce zapaści?

Nie możemy oczekiwać, że tak rozbudowane programy pomocy socjalnej obędą się bez problemów. Mówimy tu o niespotykanych sumach pieniędzy, które trzeba zorganizować od ręki. Inną kwestią jest deficyt. Mówi się, że republikanie zajmują się nim tylko wtedy, kiedy prezydent jest demokratą, jeśli jest republikaninem, to wysokość deficytu przestaje być problemem. W obecnej sytuacji koszty pożyczania pieniędzy na rynku są rekordowo niskie.

Nie możemy dłużej odwlekać dofinansowania publicznej infrastruktury, bo odkładamy to od lat 60. Pozwoliliśmy, żeby nierówności społeczne sięgnęły poziomu z przełomu wieków XIX i XX, a skutki tego niszczą ludzi, także wyborców Trumpa. Nadmierne wzbogacanie się sektora prywatnego trwa już od lat 80. Pomyśl o dawnej Rzeczpospolitej i o tym, co stało się z nią po złotym wieku. „Za króla Sasa jedz, pij i popuszczaj pasa”. To jest to samo, wzbogacenie się magnaterii kosztem reszty społeczeństwa. To porównanie narzuca mi się już od jakiegoś czasu.

Jest też zasadne względem tego, co teraz odbywa się w Polsce, wystarczy spojrzeć na to, co dzieje się z konstytucją i z polskim systemem prawnym, podobnie rozmontowywaliśmy sobie ustrój I Rzeczpospolitej w XVII wieku.

My, Amerykanie, musimy teraz inwestować w sektor publiczny i to nie jest żaden socjalizm, tylko progresywizm spod znaku Teddy’ego Roosevelta. Teraz to, co progresywne, kojarzy się z bardzo lewicowymi poglądami, ale wtedy tak nie było. Chodziło o podtrzymywanie kapitalizmu poprzez tworzenie dla niego przeciwwagi tak, żeby kapitalizm grał według zasad ustanowionych przez prawo i żeby ustrzec się przed monopolizacją i oligarchizacją.

Takie wyzwanie stoi teraz przed Stanami Zjednoczonymi i musimy mu sprostać, jeśli mamy przetrwać tę falę „schyłkowości”. Stawaliśmy już przed podobnymi wyzwaniami w przeszłości, ale to nie znaczy, że teraz powiedzie się nam z automatu. Będzie to wymagało politycznego przywództwa, może republikańskiego, może demokratycznego, ale jak dotąd po stronie republikańskiej go nie ma. Tak czy siak wolę nasze problemy niż te, z którymi boryka się Putin.

Zawaliliśmy sprawę. Pozostaje minimalizować straty i wyciągnąć wnioski na przyszłość

Co Ameryka powinna zrobić w sprawie Chin? Wszystko wskazuje na to, że konfrontacja z Chinami przetrwa czas prezydentury Trumpa i pozostanie jego trwałą spuścizną. W cywilizowanej formie to są już poglądy także Partii Demokratycznej.

Jeśli chodzi o Trumpa, to istnieją dwa sposoby uprawiania polityki zagranicznej i dwa sposoby podejścia do Chin. Strategiczne podstawy administracji Trumpa mogą mieć pewną wartość, jeśli chodzi o wzięcie udziału w wyścigu mocarstw, co chyba umknęło Obamie. Ale są dwa problemy: po pierwsze, Trump zdaje się nie być w zgodzie sam ze sobą w tej kwestii. Bo jeśli uznał, że nadszedł czas walki mocarstw, to powinien dbać o porozumienie z krajami, które wyznają podobne wartości – Europa, G7 – a on tymczasem wydaje mnóstwo energii politycznej na utrzymywanie, że Xi i Putin to nasi przyjaciele. Nie wiem, jak to ma się niby zgadzać z jego własną doktryną.

Po drugie, tak jak powiedziałem wcześniej – Chiny nie są naszym wrogiem, dużo korzystają na obecnym systemie. Chińczycy chcą jednocześnie korzystać z systemu opartego na wspólnych zasadach i wykorzystywać go na swoją korzyść. Naszą polityką nie powinno być antagonizowanie ich, ale sprawienie, żeby przekraczanie reguł było nieopłacalne. Choć oczywiście łatwiej powiedzieć, niż zrobić.

Czy ta doktryna jest wykonalna w czasie rządów Xi, który – wszystko na to wskazuje – zakończył rządy biura politycznego partii i rozpoczął jedynowładztwo?

Nie jestem kompetentny, żeby przedstawić portret Xi, ale nie tworzyłbym polityki na podstawie tego, co może zrobić jeden człowiek. Potrzebujemy stałej, zrównoważonej polityki względem Chin, która nie będzie tak agresywna i histeryczna jak niektóre głosy, które słyszy się teraz w Stanach, ale która będzie w stanie przeciwstawić się Chinom, kiedy te będą chciały wykorzystać system i gwałcić zasady. Owszem, będzie to wymagało pewnej twardości, ale musimy pamiętać, że naszym celem nie może być pokonanie albo upokorzenie Chin. To niemożliwe względem gospodarki prawie tak dużej jak amerykańska.

Chiny to wciąż maksimum dwie trzecie amerykańskiej gospodarki, licząc względem dolara, do którego znowu wszyscy uciekli, jak w każdej sytuacji kryzysowej. System Rezerwy Federalnej musiał natychmiast zadeklarować, że będzie kredytował każdy zachodni bank centralny do dowolnej sumy, inaczej nie wiadomo, jak reszta Zachodu by sobie poradziła.

Jeśli wzrost strategicznego znaczenia Chin jest naszym największym wyzwaniem w XXI wieku, Ameryka powinna stworzyć wspólny front, połączyć gospodarczą potęgę Unii, Kanady, Japonii, Korei Południowej i innych państw. Z obecnego kryzysu powinniśmy wyjść, wzmacniając system oparty na regułach, a nie go osłabiając. A Trump sam nie wie, czy zgadza się ze strategią swojej własnej administracji czy nie, co doprowadza mnie do szału.

W styczniu Peter Navarro, główny doradca Trumpa w polityce zagranicznej, uważany przez mainstream amerykański za półwariata, przedstawił prezydentowi alarmujący raport na temat pandemii, przepowiadając, co się wydarzy, i w niczym się nie pomylił, w odróżnieniu od najbardziej cenionych autorytetów w światowej wirusologii. Tylko że Trump to zlekceważył. Stany mogły być pierwsze, a narobiły sobie wstydu, bo zareagowały prawie ostatnie.

Nie musisz zgadzać się z polityką Reagana, zwłaszcza wewnętrzną, ale miał spójną wizję strategiczną i w nią wierzył. A jego wizja strategiczna wobec komunizmu była zasadna i wszyscy na niej skorzystaliśmy. Są pewne punkty w deklarowanej przez Trumpa strategii, które są słuszne, ale on zachowuje się, jakby sam w nią wątpił. Jeśli Chiny są problemem, musimy się zjednoczyć i przeciwstawić.

Kiedyś poprosiłem Boba Kagana, żeby wymienił kilka znaczących postaci w Waszyngtonie, potencjalnych liderów, którzy uważają, że Europa nadal jest priorytetem, jeśli idzie o politykę zagraniczną. Zastanawiał się przez pół minuty i powiedział, że poza swoją żoną Victorią Nuland  nie widzi zbyt wielu chętnych. Cóż, Victoria Nuland jest lepsza niż dziesięciu innych…

Dlaczego przeszedłeś na emeryturę?

Byłem w dyplomacji przez 40 lat i nie wydaje mi się, żebym się odnalazł w administracji Trumpa. Poza tym są jeszcze inni, Steve Biegun, Sandy Vershbow, Ian Brzezinski, Tony Blinken, Mike Brzezinski, Michael Carpenter, Julie Smith, Alina Polyakova, Laura Rosenberger, zarówno republikanie, jak demokraci, byłaby z tych ludzi całkiem niezła administracja.

Poza Biegunem, który pracuje dla Trumpa, wszyscy pochodzą z administracji Obamy. A to on jeszcze przed Trumpem zaczął politykę oddalania się od Europy. W polityce zagranicznej zresztą to nie był polityk wielkości Wilsona, Trumana czy Trumpa. Ani tarcza rakietowa nie okazała się tarczą antyrakietową, ani czerwona linia w Syrii nie okazała się czerwoną linią. Poza porozumieniem z Iranem to była polityka zagraniczna „w pół kroku”.

Nie wymagałbym od demokratów dystansowania się od Obamy. Takie kobiety jak Polyakova i Rosenberger odnalazły w sobie wewnętrznego Harry’ego Trumana. Rosenberger jest demokratką, w kwestiach polityki wewnętrznej pewnie jest liberalną demokratką, ale jeśli idzie o sprawy zagraniczne, jest kontynuatorką polityki Trumana. Obie myślą podobnie do Madeleine Albright. Po stronie republikanów także Stephen Hadley, jest ostrożny, dokładny, wierzy w demokrację i w przymierza. A zatem Kagan się myli.

Prawica wyzwala Amerykę

Joe Biden, który prowadzi z Donaldem Trumpem we wszystkich sondażach, nawet w najbardziej prawicowych stanach, i w listopadzie może zostać prezydentem, wróci do strategicznego sojuszu z Europą?

Jako nowy wiceprezydent w lutym 2009 roku Biden wybrał się na Monachijską Konferencję Bezpieczeństwa i wygłosił mocne przemówienie, w którym zauważył napięcia na linii Stany–Europa za czasów prezydentury Busha i zobowiązał się je załagodzić, ale o to samo prosił Europejczyków. Myślę, że gdyby został prezydentem, obrałby podobny kurs. Dążyłby do odbudowania relacji z Europą, ale także wzywał do równego partnerstwa i podziału odpowiedzialności. Biden jest znany z wspierania Europy Środkowej i Wschodniej, Ukrainy, Gruzji, przeciwstawiał się też agresji Putina i myślę, że to pozostanie bez zmian.

***

Daniel Fried – polityk i dyplomata. Od 1997 do 2000 roku był ambasadorem w Polsce. Wcześniej, w latach 80. pracował dla amerykańskiej dyplomacji w Leningradzie, od roku 1982 do 1985 był politycznym attaché w ambasadzie w Belgradzie. W Departamencie Stanu odpowiadał za sprawy rosyjskie i polskie. Był politycznym doradcą Billa Clintona, później także George’a W. Busha.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Bio

Sławomir Sierakowski

| Socjolog, publicysta, współzałożyciel Krytyki Politycznej
Współzałożyciel Krytyki Politycznej. Prezes Stowarzyszenia im. Stanisława Brzozowskiego. Socjolog, publicysta. Ukończył MISH na UW. Pracował pod kierunkiem Ulricha Becka na Uniwersytecie w Monachium. Był stypendystą German Marshall Fund, wiedeńskiego Instytutu Nauk o Człowieku, uniwersytetów Yale, Princeton i Harvarda. Obecnie Richard von Waizsäcker Fellow w Robet Bosch Academy w Berlinie. Jest członkiem zespołu „Polityki", stałym felietonistą „Project Syndicate” i autorem w „New York Times”, „Foreign Policy” i „Die Zeit”.