Rosyjskie dowództwo niechętnie werbuje kobiety. Tłumaczy się troską o „słabą płeć” i cytuje noblistkę Swietłanę Aleksijewicz: „Wojna nie ma w sobie nic z kobiety”. Jednak niektóre panie są gotowe poruszyć niebo i ziemię, by znaleźć się na froncie, wierząc, że na wschodzie Ukrainy ich kraj znowu walczy z nazizmem. Robią to z pobudek patriotycznych, podczas gdy mężczyźni częściej traktują wojnę jako sposób na rozwiązanie problemów finansowych.
Na początku inwazji żadna ze 1100 Rosjanek pełniących służbę w strefie działań wojennych nie znajdowała się na pierwszej linii. Mundur i broń są przypisane do mężczyzn. Do kobiecych zajęć należą te związane z opieką: są pielęgniarkami, lekarkami, salowymi. Ale nawet specjalistki z tych dziedzin często spotykają się z odmową przyjęcia do wojska.
Medyczki dzielą się na dwie grupy: te na etacie i ochotniczki. Pierwsze założyły mundur jeszcze przed wojną, gdy podjęły pracę w należących do ministerstwa obrony szpitalach i przychodniach. Po rozpoczęciu inwazji niektóre oddelegowano do strefy działań wojennych, nie pytając ich o zgodę. Ochotniczki z kolei zapragnęły ratować życie „naszych chłopców”, jak Rosjanie nazywają walczących w Ukrainie żołnierzy.
„Pomagać tym, którzy nas bronią”
Jedną z nich była doświadczona pielęgniarka Anna Sorokoumowa z Jakucji, która poczuła, że „nie może stać z boku”, gdy ranni potrzebują pomocy. W latach 2023-2025 pracowała w przyfrontowym szpitalu. Teraz odwiedza szkoły, serwującuczniom opowieści o wojnie. Pielęgniarka Natalia Sumygina z okolic Niżniewartowska chciała „walczyć o czyste niebo nad naszymi głowami” i pójść w ślady dziadków – weteranów wielkiej wojny ojczyźnianej. Gdy w lokalnym wojenkomacie (odpowiedniku WKU) usłyszała, że kobiet nie biorą, poszła na bezpłatny urlop i przez rok była wolontariuszką w szpitalu w Rostowie nad Donem, po czym została tam etatową pielęgniarką. Z kolei aktorka z Tuły Tatiana Kondajewa tak bardzo pragnęła „pomagać tym, którzy nas bronią”, że zamieniła scenę na wolontariat w jednym z donbaskich szpitali: kąpała rannych, sprzątała sale i myła toalety. A do tego – jak chwaliła się dziennikarzom – namawiała żołnierzy do przyjęcia chrztu i spowiedzi. Wróciła do domu, ale nie czerpie przyjemności z pracy w teatrze, bo życie w cywilu wydaje się jej „miałkie”.
Decyzje Natalii, Tatiany i Anny poparli ich najbliżsi. Inaczej było w przypadku Guzel Chabibuliny z Kazania – rozwódki, właścicielki świetnie prosperującego sklepu z ubraniami dla muzułmanek, matki dwóch synów (na oko nie mają jeszcze 20 lat, ale na pewno ukończyli 16 – w przeciwnym razie nie mogłaby ich opuścić). Po wybuchu wojny kobieta nie miała wątpliwości, „po której stronie leży prawda”. Obejrzawszy reportaż o przedsiębiorcy, który zamknął biznes i wstąpił do wojska, postanowiła zrobić użytek z dyplomu pielęgniarki i wyruszyć na front. Synowie tego nie zaakceptowali, ale marzenie Guzel, by „na wojnie spotkać ludzi silnych duchem i dużo się od nich nauczyć” okazało się ważniejsze od potrzeb najbliższych. Jest w Ukrainie od trzech lat, upaja się frontową codziennością i nie zamierza wracać do domu, tym bardziej że zakochała się w koledze i wzięła ślub.
Niektóre Rosjanki wyruszają na front, by być bliżej swoich mężów. Pracownicy wojenkomatów nie czynią przeszkód, bo – zgodnie z przyjętą normą – kobiety powinny zachowywać się jak dekabrystki, czyli rosyjskie arystokratki, które w drugiej połowie lat 20. XIX wieku pojechały za swoimi wysoko urodzonymi małżonkami na syberyjska zsyłkę. Julia Konowałow była zmęczona samotnością – jej mąż od początku wojny pełnił służbę w pociągu, w którym prane są ubrania żołnierzy. Skład porusza się po terenach przyfrontowych, dostarczając mundurowym czyste rzeczy i odbierając brudne. Julia podpisała więc kontrakt z ministerstwem obrony i teraz wraz z ukochanym dba o żołnierską odzież.
W 2023 roku 30-letnia pielęgniarka Ajdysmaa Mongusz z Republiki Tuwy poszła na front wraz z mężem Omakiem, choć najmłodsze z trójki ich dzieci miało wówczas tylko trzy lata. Przed podjęciem ostatecznej decyzji poradziła się szamanki. Ta orzekła, że oboje dożyją pierwszej przepustki. Pokrzepiona Ajdysmaa podpisała kontrakt, ale ku swojemu rozczarowaniu trafiła do innej jednostki niż Omak, więc ich kontakt ograniczał się do rozmów telefonicznych. Zobaczyli się dopiero po roku, podczas przepustki. Po powrocie na front Omak zginął. Podobno żona osobiście ewakuowała ciało męża z pola bitwy.
Gdy ta historia dotarła do uszu Władimira Putina, ten rozkazał nakręcić film fabularny o miłości dwojga patriotów. Poza tym spotkał się z Ajdysmaą na Kremlu i poprosił, by nie wracała na front. Ona jednak złożyła podanie do wojenkomatu. Swoją decyzję wytłumaczyła tak: „Wiem, że postępuję egoistycznie. Muszę przecież wychowywać dzieci. Ale proszę mnie zrozumieć – codziennie muszę żyć z myślą, że nie uratowałam jego [Omaka], najważniejszej osoby w moim życiu. Tylu żołnierzom pomogłam, a jemu nie potrafiłam”. Mówi, że nawet najmroczniejsza przepowiednia szamanki nie jest w stanie na nią wpłynąć.
„Mężczyźni nie są przyzwyczajeni do kobiet w swoich szeregach”
Czy Rosjanka może znaleźć się na pierwszej linii frontu z bronią w ręku? Teoretycznie tak, jeśli pomyślnie przejdzie rozmowę kwalifikacyjną w wojenkomacie, zda egzamin sprawnościowy i zaliczy obowiązkowe szkolenie wojskowe. Preferowane są osoby z doświadczeniem w służbach mundurowych. W rzeczywistości kobiety rzadko dopuszcza się nawet do złożenia dokumentów. W niektórych wojenkomatach informują o „zawieszeniu naboru kobiet”. W innych mówią, że kobiety uczą się wolniej od mężczyzn i dlatego w wojsku brakuje dla nich instruktorów. Ministerstwo obrony zniechęca rodaczki do służby wojskowej, uprzedzając je o dyskryminacji i możliwym molestowaniu przez kolegów. Tłumaczy, że „mężczyźni nie są przyzwyczajeni do kobiet w swoich szeregach i dlatego nie wiedzą, jak je traktować”.
24-letnia prawniczka Daria Mamajew z republiki Mari El wielokrotnie słyszała „niet” w wojenkomatach, choć jest absolwentką policyjnego liceum, potrafi strzelać i walczyć wręcz. Nie zniechęciła się i po długich poszukiwaniach znalazła prywatną kompanię wojskową „Weterani”, która przyjmowała kobiety. Wstąpiła do niej i została łącznościowcem. We wrześniu 2024 roku odniosła poważne obrażenia i musiała wrócić do domu, ale cieszy się, że „wniosła swój wkład we wspólne zwycięstwo”. Z kolei Natalia Nikanorowa z Uralu dzwoniła do wszystkich wojenkomatów w kraju w nadziei, że któryś rekrutuje kobiety. Zawiodła się, ale w nieformalnej rozmowie usłyszała, że panie są przyjmowane w stolicy Czeczenii. Przemierzyła cały kraj i dotarła do Groznego, gdzie jako snajperka dołączyła do batalionu „Borz” (po czeczeńsku „wilk”) wchodzącego w skład prywatnej wojskowej kompanii „Redut”, w rzeczywistości kontrolowanej i finansowanej przez GRU.
Ale najłatwiej trafić na front, udając się prosto na Donbas, gdzie Rosjanki już od 2014 roku pełnią służbę w tak zwanym pospolitym ruszeniu Donieckiej Republiki Ludowej, będącym tworem Moskwy i przez nią finansowanym. Najczęściej walczą tam mieszkanki Donbasu, które nienawidzą Ukrainy, ale dołączają do nich także kobiety z całej Rosji.
„Odzyskać” Donbas dla Rosji
Momentem przełomowym dla rusyfikacji wielonarodowego wówczas Donbasu była druga wojna światowa, gdy w obliczu niemieckiej ofensywy większość tamtejszych przedsiębiorstw oraz ich załogi ewakuowano za Ural. Po wojnie fabryki wraz z personelem pozostawiono w nowych lokalizacjach, zaś do Zagłębia Donieckiego sprowadzono rdzennych Rosjan, co ostatecznie zmieniło skład narodowościowy tego obszaru i uczyniło go rosyjskojęzycznym, z silnymi promoskiewskimi ciągotami. Dzięki temu kremlowska propaganda z łatwością trafiała do umysłów mieszkańców i doprowadziła do powstania ruchów separatystycznych, których członkowie poparli i umożliwili rosyjską okupację Donbasu w 2014 roku.
12 lat temu do tzw. pospolitego ruszenia wstąpiła 39-letnia Ilona Baniewicz (pseudonim „Bonia”) z Doniecka. Jako snajperka brała udział we wszystkich najważniejszych operacjach, m.in. w Iłowajsku i Debalcewe. Przyznała, że gdy ma na celowniku żołnierza ukraińskiej armii, nie widzi w nim człowieka, lecz cel. Przed wybuchem pełnoskalowej wojny wróciła do wojska – obecnie jest nie tylko snajperką, ale także dowodzi oddziałem dywersyjnym. Uczestniczyła w masakrze ludności cywilnej w Mariupolu. W wywiadach mówi, że wszystkie dzieci do lat 15, które mieszkały tam w chwili wejścia Rosjan w 2022 roku, powinny „zniknąć”, bo zbyt długo znajdowały się pod wpływem ukraińskiej propagandy i w efekcie stały się bezużyteczne dla Rosji.
Anna Ilasowa także pochodzi z obwodu donieckiego – urodziła się we wsi Nowomichajłowka, która, jak twierdzi, jest „okupowana przez Ukrainę”. Już w 2014 roku pomagała rosyjskim bojówkarzom i marzyła, by jej kraj został wchłonięty przez potężniejszego sąsiada, bo „Ukraina to oderwana od macierzy część Rosji”. W 2022 roku, kilka dni przed pełnoskalowa inwazją, wstąpiła do wojska. W 2024 roku otrzymała tytuł „Kobiety Roku Specjalnej Operacji Wojskowej”. Obecnie jest politrukiem i marzy, by Rosja opanowała całą Ukrainę. W fantazjach widzi siebie w galowym mundurze, spacerującą ulicami Lwowa lub Kijowa. Marzy o wskrzeszeniu Związku Radzieckiego – Moskwa powinna najpierw zaanektować Estonię, Litwę i Łotwę, a następnie wznowić stacjonowanie swojej armii w Polsce, krajach byłej Jugosławii i Bułgarii. Wierzy, że tylko obecność rosyjskiego wojska w Europie zapewni pokój po wsze czasy.



![Piotr Wójcik "Trumponomika [o ekonomii Donalda Trumpa]"](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2022/12/plomienie_trumponomika-okladka-171x267.jpg)

![Utracony kompas [o europejskiej lewicy]](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2026/03/plomienie_utracony_kompas-171x267.jpg)




Komentarze
Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.