🇧🇾 18 maja 2021 roku władze Białorusi zablokowały Tut.by, największy niezależny portal informacyjny w kraju.
⚖️ W marcu 2023 roku redaktorka naczelna Tut.by Maryna Zołatawa, wraz z dyrektorką portału Ludmiłą Czekiną, została skazana na 12 lat więzienia za „nawoływanie do działań mających na celu wyrządzenie szkody bezpieczeństwu narodowemu Republiki Białorusi” i „podżeganie do nienawiści”.
🕊️ 13 grudnia 2025 roku, w wyniku negocjacji władz Białorusi z Amerykanami, Maryna Zołatawa została wraz ze 113 innymi więźniami politycznymi wywieziona do Ukrainy.
Julia Aleksiejewa: Ponad pięć lat temu władze Białorusi zamknęły Tut.by. Niedługo później represje objęły kolejne niezależne redakcje. Mieliście poczucie, że coś takiego może się wydarzyć?
Maryna Zołatawa: Do czegoś takiego nie da się w pełni przygotować. Już podczas kampanii wyborczej w 2020 roku było wiadomo, że nie będzie łatwo. Kiedy zaczęto zatrzymywać osoby uczestniczące w protestach, a pod koniec maja Siarhieja Cichanouskiego i jego współpracowników, zatrzymywano również dziennikarzy. Najpierw na kilka godzin, rzekomo w celu ustalenia tożsamości. We wrześniu zaczęto wymierzać areszty administracyjne, w listopadzie pojawiły się pierwsze sprawy karne i wyroki więzienia. Stało się jasne, że będzie jeszcze gorzej.
A jednak wiosną 2021 roku, kiedy wielkie protesty uliczne już wygasły, przez chwilę wydawało się, że następuje pewne uspokojenie. Czekaliśmy na wyjście Kaci Barysewicz [ówczesnej dziennikarki Tut.by skazanej w związku z publikacją dotyczącą śmierci Ramana Bandarenki – przyp. JA]. Areszty administracyjne wciąż się zdarzały, tuż przed rozbiciem Tut.by sądzono Lubę Kaspiarowicz, która relacjonowała proces studentów.
Poczucie zagrożenia więc było. Ale nikt nie spodziewał się, że zamkną cały portal i zatrzymają 15 osób z różnych działów.
Zaraz potem powstało Zierkało, projekt kontynuujący działalność Tut.by. Istniał wcześniej jakiś plan B?
Rozważaliśmy z kolegami i kierownictwem różne warianty rozwoju sytuacji. Braliśmy pod uwagę między innymi całkowite zablokowanie dostępu do portalu i zastanawialiśmy się, co wtedy robić. Ale kiedy powstawało Zierkało, byłam już zatrzymana, więc do dziś składam tę historię jak układankę, rozmawiając z różnymi osobami.
Nie wiedziałam, że powstanie osobny projekt pod taką nazwą. Później koledzy pytali mnie o zdanie. Byłam wdzięczna, że nasza praca jest kontynuowana.
Do dziś trudno mi sobie wyobrazić, przez co przeszli białoruscy dziennikarze. Najpierw wiele osób musiało uciekać z Białorusi, między innymi do Ukrainy. Po wybuchu pełnoskalowej wojny musieli uciekać ponownie. Cały czas ryzykowali wolnością, mierzyli się z blokadami i uznawaniem kolejnych portali i kanałów za „ekstremistyczne”.
Nie mogę się przyzwyczaić do warunków, w jakich funkcjonują dziś białoruskie niezależne media. Legalne zdobywanie informacji na miejscu wydarzeń czy po prostu robienie reportażu w Białorusi stało się właściwie niemożliwe. Oczywiście nie można mieć o to pretensji do dziennikarzy. Odpowiadają za to białoruskie władze.
Jak pani pamięta dzień zatrzymania?
Byłam w domu. Był poranek, ale nawet dość późny jak na takie wizyty – zazwyczaj lubią przychodzić o siódmej albo jeszcze wcześniej, kiedy człowiek się nie rozbudził. To był czas pandemii, więc pracowaliśmy głównie zdalnie. Właśnie skończyliśmy kolegium, na którym omawialiśmy, jak następnego dnia powitamy Kacię Barysewicz.
Nagle usłyszałam łomot. Nie do drzwi mieszkania, ale do drzwi przedsionka. Do dziś nie rozumiem, dlaczego nie mogli po prostu zadzwonić. Otworzyłabym im. Zdążyłam napisać na czacie, że do mnie przyszli, i poszłam otworzyć. Dzieci były w szkole, mąż pracował z domu. Przeszukanie długo trwało. Pokazali mi dokument dotyczący artykułu 243 kodeksu karnego, czyli przestępstw podatkowych. Rozumiałam, że to pewnie potrwa długo. Wyciągnęłam więc sznurowadła z płaszcza i założyłam buty bez sznurowadeł.
W areszcie spędziła pani prawie dwa lata. Jakie panowały tam warunki?
Na tle wszystkiego, co było później, areszt nie był najgorszy. Zwłaszcza „Wołodarka”, czyli areszt przy ulicy Wołodarskiego. Reżim był tam stosunkowo łagodny. Oczywiście warunki bytowe były nieprzyjemne: nie było ciepłej wody, cele były stare i małe, coś sypało się z sufitu, w rogach była pleśń, zdarzały się myszy czy małe szczury.
Ale w porównaniu z tym, czego doświadczały osoby przetrzymywane przez 60 dni albo dłużej na Akreścina, to było dość „lajtowe”. Najważniejsze, że na Wołodarce miałyśmy dostęp do książek. Do niedogodności szybko się przyzwyczajasz. Znajdujesz nawet sposób, żeby codziennie się umyć, choć masz tylko zimną wodę.
Dużo mówi się o celowym umieszczaniu w celach prowokatorów czy informatorów. Spotkała się pani z tym?
Wydaje mi się, że plotki o prowokatorach są trochę przesadzone. Więzienie sprawia, że ludzie stają się bardzo podejrzliwi. Ktoś na ciebie dziwnie spojrzał – na pewno współpracuje z administracją. Nie podzielałam tego rodzaju paranoicznych podejrzeń.
Więzienie jest też miejscem, w którym trafiasz na ludzi, których sama sobie nie wybierasz. Czasem bardzo trudnych. Z czasem uczysz się po prostu z nimi współistnieć. Zdarzało się, że późno w nocy przyprowadzano osobę będącą na zjeździe po używkach albo kogoś bardzo konfliktowego. Myślisz wtedy: „Kurczę, jakoś trzeba z tym człowiekiem przenocować”. A rano zastanawiasz się, jak pomóc jej się umyć, bo sama nie bardzo rozumie, co się dzieje. Z czasem do takich rzeczy zaczynasz podchodzić z humorem. Humor bardzo pomaga, szczególnie jeśli w celi jest kilka osób, z którymi dobrze się rozumiesz.
Po dwóch latach zorientowałam się jednak, że zwyczajnie kończy mi się cierpliwość. Latem 2023 roku nie byłam już szczególnie życzliwa. Byłam zmęczona.
Proces sądowy był w tej monotonii jakąś odmianą?
Tak, to były pewnego rodzaju „przygody”. Od rana siedzisz w poczekalni, patrzysz, kto przyjechał, skąd, na jaki proces. Dowiadujesz się różnych rzeczy. Po powrocie przynosisz wiadomości do celi, bo między celami trwa wymiana informacji. Dla mnie najważniejsze było to, że mogłam widywać naszą dyrektorkę Ludmiłę Czekinę. To bardzo podnosiło mnie na duchu.
Proces trwał od 9 stycznia do 17 marca. Posiedzenia odbywały się prawie codziennie, od rana do wieczora. Czasem kończyliśmy po osiemnastej, co bardzo niepokoiło konwój. Żałuję, że proces był zamknięty. Chciałabym, żeby ludzie usłyszeli, co tam padało. Z Ludmiłą czasem po prostu się śmiałyśmy, bo niektóre zeznania i materiały sprawy trudno było potraktować poważnie.
Co było najbardziej absurdalne?
Ekspertyzy naszych materiałów. Równolegle ze sprawą karną komisja pod przewodnictwem Lilii Ananicz [przewodniczącej Republikańskiej Komisji Ekspertów oceniającej materiały informacyjne pod kątem „ekstremizmu” – przyp. JA] uznała materiały Tut.by za ekstremistyczne. GUBAZiK [wydział białoruskiego MSW do walki z przestępczością zorganizowaną i korupcją – przyp. JA] przekazał komisji kilkadziesiąt naszych materiałów: około 30 artykułów, a poza tym zdjęcia i filmy z platform społecznościowych, opatrzone własnymi uwagami.
Na przykład było tam zdjęcie naszego brzeskiego korespondenta w słonecznikach, ale z podpisem, że został zwolniony z komisariatu po zatrzymaniu 11 sierpnia 2020 roku. GUBAZiK stwierdził, że zdjęcie „specjalnie nastawia czytelników przeciwko milicji”. Czyli to nie wy nastawiacie ludzi przeciwko sobie, zatrzymując dziennikarza, tylko my, kiedy o tym piszemy?
Inny ekspert, Iwanowski, doktor nauk technicznych, analizował nasze teksty i twierdził, że zawierają wezwania do konkretnych działań, choć żadnych takich wezwań tam nie było. Jestem lingwistką, więc pytałam go: gdzie konkretnie widzi wezwanie, skoro nie ma nawet odpowiednich form gramatycznych?
Ciekawe były też zeznania świadków ze śledztwa. Właściciele sklepów internetowych, moderatorzy i użytkownicy forów składali niemal identyczne zeznania, słowo w słowo. Kiedy później przychodzili do sądu, mówili już coś zupełnie innego. Sąd uznawał jednak, że zeznania ze śledztwa są bardziej wiarygodne, bo wtedy świadkowie rzekomo lepiej pamiętali wydarzenia. Siedziałyśmy z Ludmiłą, patrzyłyśmy na siebie i się śmiałyśmy. Raz prokuratorka zwróciła nam uwagę. Ale naprawdę trudno się nie śmiać, kiedy czujesz się jak w procesie Kafki.
Spodziewała się pani wyroku 12 lat więzienia?
Nie. Na początku przygotowywałam się na cztery lata. Kiedy zaczął się proces, pomyślałam: może osiem, patrząc na wyroki innych osób. Byłam przekonana, że nie dostanę więcej niż słynna opozycjonistka Masza Kalesnikawa. Pomyliłam się. Kiedy prokuratorka powiedziała: „12 lat”, byłam zaskoczona, ale nie czułam strachu. Rozumiałam już, że nie wyjdę szybko, zwłaszcza po wybuchu wojny. Miałam jednak nadzieję, że nie odsiedzę całych 12 lat.
Jak wyglądał „etap”, czyli transport do kolonii?
To było jedno z najmniej przyjemnych doświadczeń. Dość dobrze znoszę niedogodności bytowe, ale miałam dwie bardzo ciężkie torby i kajdanki na rękach, bo osoby uznane za „ekstremistów” transportuje się w kajdankach. Musiałam sama targać bagaże.
Był sierpień 2023 roku i straszny upał. W wagonie ciągle palono papierosy. Nasz przedział przypominał te znane z wagonów sypialnych, tyle że był zamknięty i bez okna. Na dwóch poziomach jechało 11 osób wraz z bagażami. Podróż trwała dobę. Najpierw rewizja osobista do naga na Wołodarce, potem pociąg do Homla, postoje po drodze, areszt w Homlu i wreszcie kolonia.
Jakie było pierwsze wrażenie?
Fajne! Naprawdę. Było lato. Po szarych ścianach aresztu nagle zobaczyłam kwiaty, niebo bez krat, jasne słońce. Kobiety w różowych sukienkach, bardzo opalone. Po areszcie, gdzie wszystkie byłyśmy blade, wyglądały cudownie. Dziewczyny żartowały, że to „kolonijna opalenizna” – miały opalony trójkąt na dekolcie od sukienki.
Wiedziałam oczywiście, że to tylko zamiana jednego więzienia na drugie, ale fizycznie przestrzeni było więcej. Emocjonalnie było trudniej. Na Wołodarce, choć siedziałam w zamknięciu, mogłam zajmować się swoimi sprawami, przede wszystkim czytać. W kolonii właściwie nie miałam wolnej minuty. Trzeba było przywyknąć do krzyków i ogromnej liczby ludzi.
Cela w areszcie miała 14,5 metra kwadratowego i była przeznaczona dla ośmiu osób. Czasem było nas dziesięć, materace leżały na podłodze i trudno było w nocy dotrzeć do toalety. Ale przynajmniej przyzwyczajałaś się do tych kilku osób. W kolonii mój oddział liczył około 90 kobiet. Nigdy nie jesteś sama. Nawet w toalecie. To było dla mnie bardzo trudne.
Można było liczyć na solidarność innych kobiet?
To zależy od człowieka. Niektóre osoby bardzo potrzebują bliskości. Ja lubię być sama. Ale spotkałam tam pokrewne dusze. Czasem wystarczyło po prostu usiąść obok siebie i się uśmiechnąć. Tyle że takie osoby mogły nagle zostać przeniesione do innego oddziału, żebyśmy nie nawiązywały zbyt bliskich relacji.
Pracowała pani jako szwaczka. Ile można było zarobić?
Osoby oznaczone jako „ekstremistyczne” kierowano przede wszystkim do szwalni, chyba że nie pozwalał na to stan zdrowia. Zarabiałam od 20 do 50 rubli miesięcznie [ok. 25–60 złotych – przyp. JA]. Trochę ponad 50 rubli było rekordem.
I z tego trzeba było się utrzymać?
Tak. Ceny w więziennym sklepie były podobne jak w zwykłych sklepach na Białorusi, ale jako osoba znajdująca się na liście „ekstremistów” nie mogłam dostawać przelewów od bliskich. Miałam tylko swoją pensję. Wypracowałam więc system. Kiedy raz na trzy miesiące dostawałam paczkę, przez jakiś czas nie chodziłam do sklepu. Odkładałam pensję przez dwa miesiące, a w trzecim kupowałam nabiał, ser, jakieś proste produkty.
Jak administracja traktowała osoby uznane za „ekstremistyczne”?
Zwracano na nas większą uwagę i częściej karano za drobiazgi. Raz dostałam zakaz długiego widzenia z bliskimi za to, że na chwilę zastąpiłam inną kobietę przy furtce oddziału. Łącznie dostałam trzy kary: dwa razy zakaz długiego widzenia i raz krótkiego. Myślę, że zwykła więźniarka za podobne rzeczy nie zostałaby ukarana. Ale na tle innych „ekstremistek” i tak miałam stosunkowo dobre warunki. Nigdy nie trafiłam do SZYZA, czyli karceru, ani do PKT, celi o zaostrzonym rygorze. Ludmiła była raz, ale inne kobiety trafiały tam wielokrotnie.
Widziałam osoby traktowane szczególnie surowo. Na przykład obrończyni praw człowieka Nasta Łojka spędziła wiele miesięcy w PKT. W SZYZA nie masz właściwie nic. Dostajesz zielony kostium, warunki higieniczne są bardzo złe, a do tego jest potwornie zimno.
Próbowano panią nakłonić do współpracy z administracją?
Nie. Jeśli sama o nic administracji nie prosisz, ma mniej powodów, żeby przychodzić do ciebie z takimi propozycjami. W więzieniu mnóstwo jest natomiast plotek o informatorach. Kiedy trafiłam do oddziału, kilka osób ostrzegało mnie przed innymi kobietami, mówiąc, że współpracują z administracją. Przez cały ten czas nie zobaczyłam na to ani jednego dowodu.
Administracja oczywiście miała swoją sieć informatorów. Po prostu nie jestem pewna, czy była tak rozbudowana, jak się powszechnie uważało.
Miała pani w kolonii w ogóle czas dla siebie?
Cały czas musisz być w gotowości. Idziesz napić się kawy i w tej samej chwili ktoś woła cię do jakiejś pracy. Nie możesz po prostu usiąść i się zrelaksować. Dopiero po 21:30, kiedy kładziesz się do łóżka, możesz odetchnąć. Napisać list, przeczytać kilka stron książki, bo wiesz, że już nikt cię nie zawoła.
Biblioteka w kolonii była znacznie uboższa niż w areszcie. W pewnym momencie zakazano książek w językach obcych i niektórych autorów. Na moich oczach komuś zabrano Archipelag GUŁag Aleksandra Sołżenicyna. Niektórzy mówili, że nie chcą czytać książek o doświadczeniach więziennych. Mnie przeciwnie – takie książki motywowały i pomagały wytrzymać.
Mówi się, że presja w kolonii nie musi polegać na przemocy fizycznej. Na czym pani ją odczuwała?
Nie wiem, czy zawsze trzeba mówić o celowej presji administracji. Samo to miejsce jest skonstruowane tak, że człowiek znajduje się w ciągłym napięciu. Mnie osobiście nie rusza, kiedy ktoś na mnie krzyczy. No dobrze, krzyczysz – i co z tego? Ale kogoś innego może to całkowicie wybić z równowagi. Ktoś zaczyna płakać, wpada w depresję, zastanawia się, czy robi wszystko źle. Rozumiem, że ludzie mają różną odporność. Kolonia jest bardzo brzydkim zjawiskiem i w takiej postaci nie powinna istnieć. Widziałam tam osoby, które moim zdaniem potrzebowały pomocy medycznej, a nie pobytu w więzieniu.
Można sobie w takim miejscu pozwolić na słabość?
Jeśli pokażesz, że bardzo łatwo cię zranić, mogą zacząć się problemy. Jeśli ludzie widzą, że jesteś odporna, częściej dają ci spokój. Słabszego łatwiej zaczepić.
Brakowało pani dostępu do informacji?
W pewnym momencie wyłączyłam w sobie tryb redaktorski i dziennikarski. To, co działo się w kraju i na świecie, bardzo mnie przygnębiało. Wokół było mnóstwo problemów, a do tego moja sytuacja i sytuacja rodziny. Byłam mniej więcej na bieżąco, ale szybko męczyłam się informacjami. Myślałam: ludzkość jest podobno taka mądra, wymyśliła sztuczną inteligencję, a jednocześnie urządza sobie jakieś średniowieczne bitwy.
Kiedy Rosja rozpoczęła pełnoskalową wojnę przeciwko Ukrainie, śledziłyśmy ją bardzo uważnie, licząc, że szybko się skończy. Z czasem zainteresowanie słabło.
Najbardziej śledziłam informacje, które mogły mieć wpływ na sytuację więźniów politycznych. Kiedy w 2025 roku rozpoczęła się „amerykańska fala” negocjacji, dużo o tym rozmawiałyśmy. Oglądałyśmy rosyjską i białoruską telewizję państwową i próbowałyśmy czytać między wierszami. Przez pewien czas prenumerowałam nawet „Sowiecką Białoruś”.
Miała pani przeczucie, że zostanie zwolniona?
Nadzieja pojawiła się 12 grudnia. W porze obiadowej gdzieś zniknęła Masza Kalesnikawa. Wszystkie to zauważyłyśmy, ale potem wróciła na kolację, więc było jasne, że nigdzie nie wyjechała. Po pracy zobaczyłam pasek w wiadomościach: w Pałacu Niepodległości trwają negocjacje amerykańsko-białoruskie. Pomyślałam: coś się wydarzy.
Wieczorem wezwano mnie na punkt kontrolny. Miałam nadzieję, że może tym razem przyszła moja kolej. Przedstawiciel administracji odbył ze mną jednak zupełnie zwyczajną rozmowę. Pytał, jak mi się żyje w oddziale, co zrobiłabym po wyjściu. Zapytał nawet, czy podobają mi się zajęcia w klubie. W ostatnim półroczu zaczęto tam wyprowadzać więźniarki polityczne – między innymi mnie, Maszę Kalesnikawą, Kacię Andrejewą. Powiedziałam, że zamiast klubu wolałabym siłownię. Usłyszałam: „Nie, siłownia jeszcze nie. Będziecie dalej chodzić do klubu”. Trochę się rozczarowałam.
A około drugiej w nocy ktoś zaświecił mi latarką prosto w twarz. Strażnicy robią tak podczas kontroli, ale tym razem światło nie znikało. Usłyszałam: „Zbieramy się. Ubieramy. Z rzeczami na wyjście”. Wtedy zrozumiałam, że to koniec kolonii.

Wiedziałyście, dokąd was wiozą?
Nie. Kazano nam naciągnąć czapki na oczy. Kiedy odjechałyśmy kawałek od kolonii, kobieta siedząca obok szepnęła: „Chyba jedziemy do Nowej Huty [przejścia granicznego między Białorusią a Ukrainą – przyp. JA]”.
W Ukrainie przyjęto nas bardzo serdecznie. Najpierw trafiłyśmy do szpitala, potem na dobę czy dwie do hotelu. Szokiem było zobaczyć na własne oczy kraj ogarnięty wojną. Wszędzie ślady zniszczeń, miny przeciwczołgowe. W Czernihowie kilka razy schodziliśmy do piwnicy podczas alarmów przeciwlotniczych. Potem przestaliśmy.
Co pozwolono pani zabrać z kolonii?
Wszystko oprócz papieru. Wyjęto z toreb wszystkie listy, rysunki, zdjęcia, notatki, nawet czyste zeszyty. Zabrali także mój wyrok i dokumenty ze sprawy. Najbardziej żałuję czterech zeszytów z notatkami, które prowadziłam podczas procesu. Zapisywałam w nich najzabawniejsze i najbardziej absurdalne rzeczy z akt. Myślę, że całą tę górę papieru po prostu spalili.
Od uwolnienia minęło ponad pół roku. Jak pani teraz dochodzi do siebie?
Przeprowadziłam się do Warszawy i po prostu żyję. To taki kajf – chodzić, gdzie chcesz, robić, co chcesz. Mogę sobie na to pozwolić, bo mam rodzinę. Osoby, które trafiają tutaj same, często muszą natychmiast szukać jakiejkolwiek pracy, żeby się utrzymać.
Nauczyłam się polskiego, zdałam egzamin. Znowu uczę się prowadzić samochód, bo przez cztery i pół roku zdążyłam zapomnieć, jak to się robi. Jeżdżę na rolkach wzdłuż Wisły. Dużo czasu spędzam z rodziną i dziećmi.
Jak wyglądało pierwsze spotkanie z rodziną?
Wspaniale było w końcu ich przytulić. W dniu zatrzymania poprosiłam męża, żeby zabrał dzieci i wyjechał z Białorusi. Chciałam przynajmniej o nich być spokojna. Ostatecznie wyjechali dopiero w sierpniu 2022 roku. Przez cały ten czas właściwie się nie widzieliśmy. Tylko raz mogli do mnie podbiec i pomachać. Wieźli mnie zwykłym samochodem z aresztu do Komitetu Śledczego. Auto stanęło na czerwonym świetle i wtedy ich zobaczyłam. Zorientowałam się, jak bardzo się zmienili. Córka obcięła włosy, syn zrobił się bardzo wysoki. Później mieliśmy już tylko wideorozmowy. Teraz próbujemy nadrobić ten stracony kawałek rodzinnego życia. Córka jest już na studiach, syn w tym roku zdawał maturę.
A dziennikarstwo?
Jeszcze nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie.
Przeprowadzała już pani rozmowy z byłymi więźniarkami.
Bo to mnie osobiście interesowało. Ale nie mogę jeszcze powiedzieć, że wróciłam do zawodu.
Kiedy patrzy pani na rok 2020 z dzisiejszej perspektywy, czego pani najbardziej nie chciałaby stracić z tamtego doświadczenia?
Często to pytanie przybiera formę: „Czy nie żałujesz?”. Nie ma czego żałować. Niczego nie można już zmienić, ale też nie uważam tego za błąd. Jak błędem może być wola ludzi? To był logiczny skutek rozwoju sytuacji w kraju i emocjonalna reakcja na wyniki wyborów oraz przemoc.
Przez lata Białorusini myśleli, że nic od nich nie zależy. W 2020 roku nagle uznali: nie, jesteśmy wystarczająco samodzielni, możemy sami rozwiązywać problemy, pomagać sobie nawzajem, a nawet przeprowadzić normalne wybory. Nie spodziewałam się, że aż tyle osób będzie uczestniczyć w działaniach społecznych, że pojawi się tak wielka aktywność. Dla dziennikarki obserwowanie tego było wyjątkowym doświadczeniem. Myślę, że dopiero za jakiś czas będziemy potrafili ocenić rok 2020 naprawdę na trzeźwo.
Dlaczego pani zdaniem właśnie Amerykanie uruchomili proces negocjacji w sprawie więźniów politycznych?
Sama zadawałam sobie to pytanie, ale mam bardzo mało informacji, więc nie znam odpowiedzi. Rozumiem natomiast, że walka o uwolnienie białoruskich więźniów politycznych nie zaczęła się wraz z Donaldem Trumpem. W amerykańskiej polityce od dawna były osoby zajmujące się tą sprawą. W pewnym momencie Trump uznał chyba, że rola rozjemcy mu się opłaca. Później, biorąc pod uwagę choćby Wenezuelę czy Iran, ten wizerunek stał się dość kontrowersyjny. Jestem bardzo daleka od idealizowania polityków. Ale jeśli w jakimś momencie ich interes pokrywa się z naszym, trzeba z tego korzystać.
Niedawno zaapelowała pani nie tylko do władz USA, ale też do Unii Europejskiej o zaangażowanie w uwalnianie białoruskich więźniów politycznych. Część białoruskiej opozycji obawia się jednak, że negocjacje z reżimem oznaczają polityczne ustępstwa wobec Łukaszenki. Jaką rolę powinna odegrać Unia?
Zwróciłam się do jak najszerszego grona osób, które mogą mieć wpływ na ten proces. Nie tylko do Amerykanów i polityków Unii Europejskiej, ale też do władz Białorusi i zwykłych ludzi, którzy mogą zwracać uwagę na los więźniów. Nie jestem ekspertką w tych negocjacjach. Mogę wielu rzeczy nie wiedzieć.
Dla mnie jednak życie, wolność i zdrowie ludzi są najważniejsze. Trzeba wykorzystywać wszystkie możliwe sposoby, żeby ich uwolnić. Nie rozumiem podejścia w rodzaju: „Niech jeszcze posiedzą, aż rozprawimy się z reżimem”. Czy można coś takiego powiedzieć Irynie Mielcher, która od ponad pięciu lat jest uwięziona, której pogarsza się zdrowie i która wytrzymuje między innymi dlatego, że ma nadzieję wrócić do domu? Życie jednego człowieka jest droższe niż interesy polityczne. Jeśli jest możliwość negocjowania, trzeba negocjować. Rozmawiając nawet z człowiekiem, którego nie uważasz za prawowitego przywódcę, żeby uratować czyjeś życie, nie poniżasz się. Robisz coś dobrego.
Rozumiem, dlaczego ludzie mają różne podejścia. Przeszli przez straszne rzeczy, każdy ma własną traumę. Do tego dochodzi wojna i rola białoruskich władz w agresji przeciwko Ukrainie. Ale ja widziałam bardzo wielu ludzi za kratami. Każda rozmowa w więzieniu prędzej czy później kończy się pytaniem: „Kiedy w końcu pójdziemy do domu?”. Ludzie tracą zdrowie, więzi z bliskimi, a w końcu także nadzieję. To jest chyba najokrutniejsze. Dlatego trzeba zrobić wszystko, żeby wyszli. Mamy do czynienia z zakładnikami.
A jednocześnie trzeba myśleć o tym, jak zapobiec kolejnym zatrzymaniom. Po 1994 roku nie mieliśmy na Białorusi normalnej demokracji. Były zatrzymania, łamanie praw człowieka, represje wobec przeciwników politycznych. Ale nigdy wcześniej nie osiągnęły takiej skali. Trzeba więc szukać takich rozwiązań, żeby białoruskim władzom opłacało się nie zamykać kolejnych ludzi.










Komentarze
Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!