Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Obserwuj Obserwuj

Karaluchy, Modi i kres strachu

Protesty młodych „karaluchów” w Indiach rozbroiły podstawowe narzędzia, za pomocą których rządzący sprawowali dotąd władzę: strach, alienację i podziały społeczne.

Redaktor naczelny serwisu openDemocracy
Kontekst

🪳 „Ludowa Partia Karaluchów” (CJP) zaczęła się jako satyryczny mem na Instagramie, stworzony przez aktywistę Abhijeeta Dipke w reakcji na wypowiedź indyjskiego ministra sprawiedliwości, który demonstrantów i młodych bezrobotnych ludzi nazwał właśnie „karaluchami”.

🎓W czerwcu na placu pod XVIII-wiecznym obserwatorium astronomicznym Jantar Mantar w Delhi rozpoczął się protest młodych ludzi skupionych pod hasłami CJP. Bezpośrednią przyczyną demonstracji był wyciek pytań do egzaminów państwowych, jednak protest przerodził się w protest przeciwko autorytarnym rządom Narendry Modiego

✌️ Protest trwał do lipca i doprowadził do ustąpienia ministra edukacji. Było to pierwsze od wielu lat zwycięstwo ruchu społecznego w Indiach pod rządami Modiego.

Walka

Matka bała się, że córkę pobije policja. Ojciec na pewno zatrzymałby ją w domu, więc wyszła, nic mu nie mówiąc. Siostra, młoda mężatka, zaskoczyła ją tym, że koniecznie chciała iść razem z nią.

Poszły zatem – 21-letnia Rachna, ubrana w skromny czarny garnitur, który nosi na zajęcia ze studentami, i 23-letnia Mamta odziana w sari i nadal nosząca na nadgarstkach ślubne bransolety. Dwie córki pracującego fizycznie na dniówki ojca i matki, gospodyni domowej, pośród dziesiątków tysięcy innych, podobnych im młodych ludzi, o drugiej nad ranem w sobotę na Jantar Mantar – XVIII-wiecznym architektonicznym obserwatorium słonecznym, które od lat stanowi punkt centralny i duchowy matecznik demokratycznych protestów w Indiach.

Siostry nikogo na tej demonstracji nie znały. Nigdy wcześniej nie były w Delhi, najniebezpieczniejszym dla kobiet mieście w Indiach. Były wyczerpane podróżą, przytłoczone tłumem, w którym się znalazły, ale podekscytowane tym, że jednak przyjechały pociągiem z rodzinnej miejscowości, położonej niedaleko słynnego Taj Mahal w Agrze, do stolicy Indii, by wziąć udział w największym proteście jaki wydarzył się za ich, młodego jeszcze, życia.

„Zostaniemy tu tak długo, jak będzie trzeba” – powiedziała Rachna, nerwowo zwijając długi kucyk w ciasny kok. „Powiedziałam mojej didi, będziemy spały tu, na ulicy, dopóki minister edukacji nie złoży dymisji”.

Czytaj także Indie: Nowa ustawa wymazuje osoby transpłciowe. „To kontynuacja projektu kolonialnego” N. Zajączkowska rozmawia z Harish Iyer

Był lipiec 2026. Dwa miesiące wcześniej Ludowa Partia Karaluchów (ang. Cockroach Janta Party, CJP) była tylko internetowym żartem, wynikiem komentarza rzuconego bez zastanowienia przez sędziego Sądu Najwyższego Indii, który porównał część bezrobotnej młodzieży tego kraju do karaluchów właśnie. Już kilka tygodni później parta CJP zdjęła największy skalp w historii indyjskiej polityki ostatnich 12 lat, zmuszając wpływowego ministra edukacji do dymisji, po tym jak przez kraj przetoczyła się ogromna fala protestów, w tym jeden, trwający kilka tygodni, strajk okupacyjny. Bunt wywołały powtarzające się przecieki testów egzaminacyjnych.

W maju ponad dwa miliony osób studenckich przystąpiło do dorocznego egzaminu wstępnego dającego szansę na naukę w prestiżowej akademii medycznej. Egzamin przeprowadzono pod ścisłą kontrolą  w 13 różnych językach w ponad pięciu tysiącach ośrodków egzaminacyjnych. Kilka dni później wyszło na jaw, że pytania egzaminacyjne wcześniej wyciekły i były sprzedawane za setki tysięcy rupii tym, którzy zdecydowali się na egzaminie oszukiwać. Wyniki egzaminu zostały unieważnione, a ponowny miał odbyć się w kolejnym miesiącu.

W czerwcu przez trzy dni odbywał się inny egzamin, w którym wzięło udział blisko trzy miliony kandydatów i kandydatek, w tym Rachna i Mamta. Miał on wyłonić 32 679 nowych funkcjonariuszy policji w stanie Uttar Pradesh – zaledwie jeden procent spośród chętnych. Kilka dni później  szybko rozprzestrzenił się po sieci wpis, którego autor twierdził, że i tu pytania egzaminacyjne wyciekły. Tym razem władze zdementowały plotki i aresztowały młodego mężczyznę, który wpis opublikował, ale dla 99 procent zdających, którzy pracy w policji nie dostali, plotka zdążyła zamienić się już w fakt.

Podeszłam do egzaminu, aby zostać policjantką” – mówi Rachna. „Ja też” – dodaje Mamta. „Ale pytania wyciekły. Jak zwykle” – mówią już razem. Minister edukacji musi odejść”.

12 godzin później ich życzenie się spełnia – Dharmendra Pradhan odchodzi ze stanowiska. Wkrótce potem tłum się rozchodzi, pozostawia jednak za sobą cały szereg pytań. Kim byli ci młodzi ludzie? Dlaczego ich protest zadziałał, podczas gdy niezliczone inne demonstracje nie przyniosły żadnych ustępstw ze strony premiera Narendry Modiego i jego autorytarnego rządu? Czy energia tych właśnie protestów przełoży się na korzyści wyborcze opozycji, czy spowoduje „znaczące zmiany” – cokolwiek by to miało znaczyć?

Obecnie przyjmuje się, że powodem, dla którego ten konkretny protest zakończył się sukcesem, był fakt, że rząd Modiego zdradził powszechną w Indiach zasadę aspiracji:  jak przysiądziesz, zaliczysz egzamin na piątkę, zdobędziesz posadę, to dołączysz do klasy średniej. Poprzez odmowę powiązania tego buntu z wcześniejszymi, zwłaszcza z protestami dotyczącymi praw muzułmańskich obywateli kraju, demonstracje nie podważyły fundamentalnie rządzącego reżimu.

A jednak rozmowy z osobami koczującymi na Jantar Mantar wskazują na to, że uszczerbek dla rządu Modiego nie ogranicza się wcale do utraty jednego z wielu ministrów. Protesty „karaluchów” w Delhi, a także w innych miastach i miejscowościach kraju, wytworzyły nowy i niespodziewany rodzaj solidarności, który rozbroił podstawowe narzędzia sprawowania rządów przez reżim Modiego: strach, alienację i podziały.

Pakt z diabłem

Gdy Narendra Modi doszedł do władzy w 2014 roku jego reżim zaoferował indyjskim przemysłowcom, inteligencji, hinduistom z klasy średniej z dużych miast i zniecierpliwionym wyborcom z rejonów wiejskich iście faustowski pakt: wy nie patrzycie nam na ręce, a my w zamian robimy, co trzeba, żeby przemienić Indie w nowoczesną, kapitalistyczną gospodarkę na miarę rosnących aspiracji młodego społeczeństwa tego kraju.

Owo co trzeba”, jak się okazało, oznaczało poświęcenie wszystkiego i wszystkich – demokratycznych instytucji, mniejszości wyznaniowych, praw wyborczych i obywatelstwa, ziemi rolnej i rolników, lasów i zamieszkujących je ludzi, rzek i tych, dla których stanowią one świętość – na ołtarzu cięć podatków dla korporacji, likwidowania w perzynę praw pracowniczych i przepisów ochrony środowiska, rozdawnictwa przywilejów i prób przekształcenia Indii w teokratyczne państwo hinduistyczne.

A jednak do niedawna, chociaż indyjska gospodarka osłabła i przestała się rozwijać, a szeregi bezrobotnych zaczęły puchnąć, ów pakt trzymał się zadziwiająco trwale.

Czytaj także Kim jest człowiek, który podbił Kaszmir? Weronika Rokicka

Indyjskie społeczeństwo nie było przygotowane na brutalną przemoc, jakiej dopuszczały się rządząca Indyjska Partia Ludowa (BJP), jej poplecznicy, jej bojówki i zmilitaryzowane służby bezpieczeństwa w Indiach. Na blisko dekadę ludzie zasklepili się w szoku, podczas gdy bojówki hinduistycznych suprematystów otwarcie polowały i linczowały muzułmanów, policja szturmowała kampusy uniwersyteckie i biła studentów, sądy odmawiały krytykom władz zwolnienia za kaucją, gdy aresztowano ich za błahostki, komisja wyborcza pozbawiła praw wyborczych miliony osób, zaś paramilitarne oddziały zatrzymywały tysiące muzułmanów, oskarżały ich, że są nielegalnymi migrantami z Bangladeszu, a niekiedy zakładały im opaski na oczy, pakowały w marnej jakości kamizelki ratunkowe i wyrzucały do morza wzdłuż dzielonego przez oba kraje wybrzeża.

Przemoc państwa potęgowali, uzasadniali i celebrowali poplecznicy władz, w tym większość mediów. Jednocześnie demonstracje były zbywane jako działania terrorystów, zdrajców i antynarodowców, pacyfikowane przez policję i paramilitarne bojówki uzbrojone w pałki, gaz łzawiący i broń pneumatyczną. Lewicowców nazywano maoistami, badaczy i pisarki podżegaczami, rolników khalistańskimi terrorystami, muzułmanów portretowano jako agentów Pakistanu.

Ten reżim wytresował ludzi na tchórzy. Bo jeśli już o nic innego nie chodzi, stawką staje się twoje własne życie. Po prostu życie, nic innego” – powiedziała Neha Bora, przywódczyni studentek i studentów zrzeszonych w lewicowym Indyjskim Stowarzyszeniu Studenckim, która w ramach powstańczego zrywu przez 23 dni prowadziła strajk głodowy.

Tresują nas, abyśmy wszyscy bali się tak bardzo, że gdy oni dopuszczają się masowych morderstw, nikt się za nikim nie ujmie. Ale tresurę można odczynić. Wyuczonego można się oduczyć. I musimy się tego oduczać w każdym możliwym momencie, przy każdej okazji”.

Oduczyć się lęku

Nad Delhi przetaczał się monsun, a ślady owego oduczania widać było wszędzie. W autobusach, taksówkach i rikszach, na stoiskach z czajem, z papierosami, w nielicznych stołecznych parkach każda rozmowa dotyczyła niezwykłych demonstracji mających miejsce na Jantar Mantar. Były to złożone, wielowarstwowe, niekiedy frustrujące wymiany zdań, które od dawna stanowiły domenę ulicznej polityki, ale które przez ostatnie 12 lat jakoś ucichły.

Głosowałem na Modiego i teraz się tego wstydzę” – mówił mi Subhash Yadav, taksówkarz pochodzący z Biharu, stanu na wschodzie Indii, od lat mieszkający w Delhi. „Tyle jest bezrobocia, pytania egzaminacyjne wyciekają, a jeśli ktoś coś powie, od razu człowieka aresztują”.

Przez wiele lat Yadav uważał się za andh-bhakt, ślepego wyznawcę. Jego uwielbienie dla Modiego wzrosło jeszcze, gdy BJP spełniła dawno daną obietnicę zbudowania olbrzymiej hinduistycznej świątyni w mieście Ayodhya w miejsce XIII-wiecznego meczetu, który w latach 90. zniszczyli bojówkarze BJP.

„Ludzie pragną tego, czego nie mają” – mówi Yadav. „Za rządów [poprzednika Modiego] Manmohana Singha mieliśmy pracę, pragnęliśmy więc świątyni. Teraz mamy świątynię, ale nie ma pracy. Więc teraz potrzebujemy miejsc pracy”.

Czytaj także Największa, ale czy demokracja? Indyjska potęga i nasze dylematy Krzysztof Marcin Zalewski

Tuż przed protestami ulice oblepione były antyrządowymi plakatami i graffiti. O zmierzchu główna arteria prowadząca do miejsca demonstracji, ulica Tołstoja, wypełniała się młodymi dziewczynami i chłopakami z przewieszonymi przez ramię wysłużonymi plecakami – rekwizytem tych, którzy swoje młode lata poświęcają na przygotowanie do indyjskich państwowych egzaminów, gdzie dokonuje się ostra selekcja.

W miejscu, gdzie odbywał się protest, sieć wolontariuszy starała się kierować tłumem tak, aby ustawił się wokół dużej sceny, także obsługiwanej przez wolontariuszy i Abhijeeta Dipke – to ten właśnie młody mężczyzna w ramach sarkastycznego żartu stworzył instagramowy profil Ludowej Partii Karaluchów, który następnie zaczęło śledzić dziesiątki milionów Hindusów przekonanych o tym, że kryzys indyjskiej demokracji sięga o wiele głębiej niż wycieki pytań egzaminacyjnych.

Rząd nie rozumie, co się tutaj dzieje. Myślą, że ten protest to drobnostka” – mówi Saveen Gulia, który od dziesięciu dni mieszka na Jantar Mantar.  Porzucił pracę (układanie internetowych kabli światłowodowych na wiejskich obszarach stanu Haryana) i, zabrawszy ze sobą koc i trzy koszulki na zmianę, wskoczył w pociąg i przyjechał na protest. Mówi, że nikogo tu nie znał, ale szybko odnalazł się w świecie, który wydawał mu się niemożliwy. „Hinduiści, muzułmanie, sikhowie, chrześcijanie, wszyscy razem jak wielka rodzina” – opisuje, wciąż z cieniem niedowierzania, swoje doświadczenie pokojowej koegzystencji. „Słyszałem, jak w mediach mówili, że muzułmanie są tacy i owacy. Ale gdy tu przyjechałem, okazało się, że jeśli dobrze traktujesz ludzi, oni ciebie też dobrze traktują. Lepiej niż dobrze, wszyscy traktujemy się jak członkowie rodziny”.

Saveen Gulia obarcza winą media społecznościowe i tworzące się w nich bańki, które narosły przez 12 lat rządów BJP. „To oni zniszczyli braterstwo między ludźmi” – mówi. Reżim stworzył zawodowe zastępy internetowych trolli, które bezustannie promowały ideę, jakoby hinduiści i muzułmanie nie byli w stanie pokojowo współistnieć, a co dopiero żyć w przyjaźni, w tak złożonym społeczeństwie jak indyjskie.

To właśnie trolle wywołują fale oburzenia w związku z rzeczami, które wydają się być bez znaczenia, jak choćby reklama proszku do prania, w której muzułmański chłopiec i dziewczynka hinduistka obsypują się nawzajem kolorowym proszkiem podczas święta Holi. To przez forsowany przez trolle brak uznania dla czegoś tak intymnego i głębokiego jak przyjaźń całe pokolenie młodych, takich jak Saveen Gulia, przez większość swojego życia nie poznała tak naprawdę ani jednej osoby innego wyznania.

W kolejnych rozmowach na Jantar Mantar młodzi ludzie koczujący pod zaimprowizowanymi namiotami wyrażali zdumienie, radość i ekscytację wynikające ze spotkań z nieznajomymi, z którymi nigdy nie przyszłoby im do głowy porozmawiać, zaprzyjaźnić się, ani – w miarę tłamszenia protestów – wzajemnie chronić się przed policją uzbrojoną w pałki, które, jak niosła wieść, były nabite gwoździami.

Co wieczór przemawiają ludzie z miejsc takich jak Uniwersytet im. Jawaharlala Nehru, wykładają o kapitalizmie, o socjalizmie, o tym, dlaczego Indie wyglądają tak, a nie inaczej” – mówi mi Neha Dahat, 22-letnia absolwentka, która w Delhi dostała właśnie swoją pierwszą pracę. Ostatnie kilka nocy spędziła na demonstracji, prawie nie zmrużyła oka, bo chciała posłuchać zmieniających się wciąż na scenie opozycyjnych polityków, aktywistów i naukowców, którzy do późnej nocy przemawiali do tłumów. Wcześnie rano wstawała, wracała do domu, brała prysznic, przebierała się i jechała do pracy, by wieczorem wrócić na protest.

Codziennie rano budzę się i myślę, że poprzedniej nocy usłyszałam coś nowego, czegoś się nauczyłam. Kiedyś sądziłam, że naczytałam się wystarczająco dużo. A potem na proteście ktoś nagle wspomina o jakimś pisarzu, a ja myślę sobie: muszę to przeczytać. Teraz potrzebuję jeszcze więcej lektur”.

Oczy Dahat błyszczą, gdy wskazuje mi przenośną biblioteczkę, którą zorganizowała Indyjska Federacja Studentów, mówi że połyka tam książki. Staje się jasne, że chociaż uczestniczy w proteście, który na pierwszy rzut oka dotyczy świętości egzaminów państwowych, po raz pierwszy znalazła się także w społeczności czytelniczej zainteresowanej ideami spoza programu studiów.

Przekonałam się, że lubię spotykać nowych ludzi, wysłuchać wielu perspektyw, zrozumieć, jaki inni myślą” – opowiada. „Sądzę, że muszę być bardziej otwarta, rozmawiać z ludźmi, którzy żyją blisko ziemi, którzy przyjechali tu z daleka”.

Czytaj także Jak nacjonalizmy piszą historię na nowo Jason Stanley

Jako doświadczona działaczka ruchu studenckiego, Bora z Indyjskiego Stowarzyszenia Studenckiego mówi, że zdumiało ją, dla jak wielu osób tłumnie zgromadzonych na Jantar Mantar była to pierwsza w ich życiu demonstracja.

„To wszystko ludzie, którzy zwykli siedzieć w domu i nazywać nas antynarodowcami” – słyszę od niej. „Jeśli telewizja mówiła im, że protestujący to sami lewacy, sekta Sorosa i tacy tam, oni w to wierzyli. Ale ten protest sprawił, że mogli już nie dawać temu wiary”.

Musicie wiedzieć, że każdy, kogo nazwano antynarodowcem, każdy, którego wy uznaliście za antynarodowca, którego proces oglądaliście w telewizji i łykaliście to, w którego publicznych rozprawach braliście udział, którego trollowaliście w mediach społecznościowych, wszyscy ci ludzie, których uznawaliście za antynarodowców – to wy nimi jesteście. I jeśli dziś już nie dajecie temu wiary, bo to was nazywają antynarodowcami, może i tamci antynarodowcami nie są”.

Drwiny z Modiego

Być może najbardziej intrygującym dokonaniem 12 lat rządów BJP było przekonanie o niesłabnącej osobistej popularności Modiego.

Gdy podróżuje się po Delhi, brodata twarz premiera wyziera z bilbordów, z plakatów na przystankach autobusowych, na stacjach benzynowych, na lotnisku, na dworcu. W wywiadach, które prowadziłem przez lata, ludzie narzekali na stan kraju, na biurokrację i głupotę poszczególnych ministrów, ale milkli, gdy tylko ich pytałem, co sądzą o Modim. Często było to milczenie w obronie własnej, jako że policja rutynowo aresztowała osoby, które miały premiera obrazić, choćby tylko na prywatnych czatach na Whatsappie.

I nawet wobec narastającego niezadowolenia, gdy coraz szersze kręgi osób klęły po cichu, znosząc ciężar coraz większej arogancji władz, rząd i podległe mu media nadal utrzymywały, że Modi cieszy się poparciem, że tylko on jest w stanie naprawić Indie, że opór jest daremny.

A jednak te 36 dni czerwca i lipca, gdy dziesiątki tysięcy studentek i studentów zebrały się na Jantar Mantar, przezwyciężyło zbudowany na strachu kult jednostki, jakim otaczano Modiego. Młodzi postrzegają obecnie jego i jego przybocznych jako w najlepszym razie oderwanych od życia staruchów, w najgorszym – jako przedmiot drwin. Choć protestujący domagali się dymisji ministra edukacji, ich gniew w jawny sposób skupiał się na Modim.

Czytaj także Dlaczego kastowość wciąż tyle znaczy w indyjskiej polityce? Weronika Rokicka

Modi jab darta hai, toh Hindu-Muslim karta hai” („Gdy Modi się boi, szczuje hinduistów na muzułmanów”), często niosło się po Jantar Mantar, a w odpowiedzi ludzie skandowali: Modi jab darta hai, toh police ko aage karta hai” (Gdy Modi się boi, chowa się za plecami policji”).

Jeśli podczas tych pełnych uniesienia dni i nocy buntu była jakaś przestrzeń na kontemplację, to znajdowała się ona wzdłuż wschodniej pierzei Jantar Mantar.

To tu zachęcano odwiedzających do dopisywania się na wielkim białym transparencie, na którym nadrukowane były wizerunki młodzieńczych twarzy studentów z całego kraju. Niektóre z tych fotografii były zdjęciami, jakich wymaga się w zgłoszeniach na państwowy egzamin – białe tło i twarz wypełniająca 80 procent obrazu, wyśrodkowana, tak aby widać było uszy. Inne zdjęcia dawały wgląd w życie młodych w chwilach, gdy nie kują do egzaminów – łańcuch światełek za ubraną w połyskujący salwar kameez dziewczyną z Tamil Nadu, młodzieniec z Rajasthanu na tle zasłon w liściasty deseń, które pewnie wybrała jego matka, promienny uśmiech dziewczyny z Madhya Pradesh, zażenowany, acz zdeterminowany wzrok chłopaka, który próbuje zachować kamienną twarz, gdy mężczyzna w średnim wieku uchwycony w tle pochyla się, aby zawiązać sznurówki.

Ci uśmiechnięci młodzi ludzie, według ich krewnych i przyjaciół, popełnili samobójstwo w następstwie stresu związanego z koniecznością ponownego przystąpienia do egzaminu, który unieważniono z powodu wycieku pytań.

Przyjaciele, byliście tacy jak my” – napisał na transparencie ktoś w języku hindi. „Społeczeństwo, rząd i okoliczności chciały was odrzeć z człowieczeństwa, ale to wy wywołaliście rewolucję, która zalała ten świat. Spotkamy się ponownie”.

**
Aman Sethi jest redaktorem naczelnym magazynu openDemocracy. Wcześniej pracował jako zastępca redaktora naczelnego HuffPost, redaktor naczelny ds. strategii w BuzzFeed, dyrektor ds. redakcyjnych w Coda Media, naczelny HuffPost India, redaktor w „Hindustan Times” oraz korespondent zagraniczny w Afryce. Jest autorem książki publicystycznej  A Free Man.

Artykuł opublikowany w magazynie openDemocracy na licencji Creative Commons. Z angielskiego przełożyła Katarzyna Byłów.

Komentarze

Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
0
Komentujące wszystkich krajów, łączcie się!x