Świat

Nie tylko autorytarna władza. Wolności mediów grozi także… fałszywy symetryzm

Kiedy z jednej strony mamy prospołeczne żądania lewicy, a z drugiej radykalna prawica krok po kroku obtłukuje samą demokrację, przedstawianie ich jako przeciwnych, ale równorzędnych stron debaty fałszuje cały obraz. Jeśli dodamy do tego autorytarne rządy i platformy zarabiające na rozjuszaniu odbiorców, jaki może być stan mediów na świecie?

BERLIN – Prezydentura Donalda Trumpa rozpoczęła się od forsowania przez Biały Dom „alternatywnych faktów” dotyczących liczebności tłumów zebranych na Kapitolu z okazji jego inauguracji, a zwieńczona została hasłem „Mordować media”, wypisywanym na drzwiach Kapitolu przez jego popleczników. Trumpa już (chwilowo) nie ma, jednak media nadal są zagrożone – nie tylko zresztą w Stanach Zjednoczonych. Monitorująca ich sytuację grupa Reporterzy bez Granic (RSF) uważa, że wolność mediów stoi na „dobrym” poziomie w zaledwie 12 krajach – jeszcze nigdy ta liczba nie była tak niska.

Najwyraźniejszym zagrożeniem dla wolności prasy na świecie są autorytarne rządy. Niektóre spośród nich ostatnio zintensyfikowały nakładane na media ograniczenia, aby zapobiec informowaniu o politycznych porażkach swoich przywódców podczas pandemii. Na Węgrzech, które spadły na 92. miejsce w prowadzonym przez RSF światowym rankingu wolności prasy [Polska znalazła się w tym rankingu na 64. miejscu – red.], z zajmowanego jeszcze w ubiegłym roku 89., rząd zagroził wydawcom mediów pozwami za „blokowanie” rządowych działań mających na celu zwalczanie COVID-19. Pielęgniarki i lekarze mają zakaz rozmów z niezależnymi dziennikarzami.

Węgry, Polska, kto następny? Prawica przejmuje media

Autorytarne rządy doskonalą także mniej oczywiste techniki ograniczania pluralizmu w mediach. Nie wykupują państwowych ogłoszeń (częstszych podczas pandemii) w mediach, które są do nich nastawione krytycznie. Przedsiębiorcom sprzyjającym reżimowi stwarzają możliwości wykupu mediów, tak jak stało się to w Turcji, gdzie oligarchowie branży budowlanej, którzy skorzystali na niedawnym wzroście inwestycji, spłacają teraz polityczne długi wobec prezydenta Recepa Tayyipa Erdoğana, przejmując niezależne czasopisma.

Mimo że czynniki sprzyjające powstawaniu reżimów takich jak na Węgrzech czy w Turcji mogą być bardzo różne, wynikające z nich wzorce sprawowania rządów są często bardzo podobne, ponieważ rządy takie uczą się od siebie nawzajem. Fakt ten podważa typowe dla okresu po zimnej wojnie, pokutujące wśród liberałów złudzenie – nie tego, że historia zakończyła się w 1989 r., ale że jedynie demokracje są w stanie się czegoś nauczyć.

Demokracje cały czas popełniają błędy, ale ich wyjątkową zaletą, w myśl standardowej liberalnej narracji, jest to, że jedynie one są w stanie te błędy naprawić i wyciągnąć z nich wnioski. Z kolei autorytarne rządy mają rzekomo być pozbawione tej zdolności, przez co pogrążają się w stagnacji lub upadają tak jak Związek Radziecki. Autorytarne rządy z pewnością można pokonać, jednak naiwnością byłoby sądzić, że ich upadek jest nieunikniony, dlatego że same odcinają się od informacji i możliwości uczenia się. W istocie nieustannie rozwijają one nowe strategie, takie jak na pierwszy rzut oka neutralne ustawy, które de facto służą tłamszeniu społeczeństwa obywatelskiego.

Tam, gdzie prawicowi populiści jeszcze nie rządzą, wykształcili oni zdolność budowania kontropinii publicznej w internecie. Jej przedstawiciele oskarżają dziennikarzy o stronniczość i naciskają, aby ci udowodnili swój profesjonalizm, skupiając uwagę na tematach dla prawicy korzystnych – oraz, co mniej oczywiste, aby każdą kwestię opisywali zawsze z „perspektywy obu stron”. Wymóg wykazywania obiektywności przez opisywanie wszystkich politycznie istotnych perspektyw całkiem dobrze działa w prawidłowo funkcjonujących demokracjach, kiedy jednak któraś ze stron występuje przeciwko samym zasadom demokracji, takie dziennikarstwo staje się jej sprzymierzeńcem.

Bajka o nieliberalnej lewicy

Stany Zjednoczone są zaledwie najwyraźniejszym tego przykładem. Polaryzacja jest często przedstawiana jako zjawisko symetryczne. Niekoniecznie trzeba lubić senatora Berniego Sandersa lub popierać pomysły posłanki Alexandrii Ocasio-Cortez, ale zdecydowanie nie są to postacie podkopujące demokrację. Republikanie, którzy odmawiają uznania wyników wyborów prezydenckich z listopada ubiegłego roku i zmieniają prawo tak, by niektórym grupom wyborców utrudniać głosowanie, tak naprawdę dążą do zniszczenia demokracji. Zrównanie tych stron – często poprzez powołanie się na teorię podkowy, w myśl której les extrêmes se touchent (z franc. „bieguny się stykają”) – może wydawać się działaniem neutralnym. Jednakże, jak zauważył analityk mediów Jay Rosen, przedstawianie asymetrycznej rzeczywistości politycznej jako symetrycznej jest, w rzeczy samej, zniekształcaniem obrazu.

Dziennikarze być może nie są już „niekoronowanymi królami wykształconej demokracji”, jak ich pod koniec XIX wieku nazwał brytyjski dziennikarz W.T. Stead. Uczą się jednak wytyczać granicę między zwykłymi sporami o kwestie polityczne a tym, co stanowi zagrożenie dla podstawowych swobód, na których opiera się ich praca (nawet jeśli i o tę granicę toczą się spory).

Z kolei odbiorcy mediów zdają sobie sprawę z tego, że ocena mediów to złożone wyzwanie: dany wydawca może być bezstronny, ale nie niezależny – jego właściciel może w każdej chwili zmienić zdanie. Z drugiej strony fakt, że dana gazeta praktykuje to, co Timothy Garton Ash nazwał „przejrzystą stronniczością”, może być całkiem do przyjęcia: choćby interpretacja wiadomości z punktu widzenia socjalistów była na porządku dziennym w przypadku dzienników, których właścicielami były ugrupowania socjaldemokratów, dopóki dla czytelników było jasne, z czym mają do czynienia i dlaczego.

Nie tylko Orlen. Prasę regionalną mogą niszczyć też prywatni właściciele

Właśnie takiej przejrzystości brakuje w dzisiejszych wielkich platformach medialnych: każdy, poczynając od zwykłych użytkowników, a na wysoce kompetentnych badaczach kończąc, porusza się po omacku, nie wiedząc, w jaki sposób algorytmy danej platformy dzielą odbiorców na grupy i jaki priorytet nadają konkretnym wiadomościom. Nie powinniśmy przez to potępiać nowych form autoekspresji, jakimi są media społecznościowe. Trzeba jednak uwrażliwić się na to, jak autorytarne podmioty używają tych platform w celu symulowania poparcia i wygaszania sprzeciwu.

Część platform opiera się na modelu biznesowym, który najlepiej opisać mianem „kapitalizmu podżegającego”: użytkowników wciąga się w spór przez podżeganie ich coraz bardziej skrajnymi treściami. Nienawiść popłaca, jako że „zaangażowanie” można śledzić, a uwagę sprzedawać ogłoszeniodawcom. Nienawiść może także kształtować grono odbiorców, z którego – jak zaobserwował francuski teoretyk procesów społecznych Gabriel Tarde na początku XX w. – mogą wyłonić się zradykalizowane tłumy.

Platformy do wywoływania furii

czytaj także

Takie tłumy zaś często atakują dziennikarzy. Jednym z powodów, dla których demokracje takie jak Niemcy zostały zdegradowane w rankingu RSF, nie było to, że rząd represjonuje media, ale że zawodowi dziennikarze relacjonujący demonstracje przeciwko podejściu wobec COVID-19 przyjętemu przez kanclerkę Angelę Merkel spotykają się z coraz większą przemocą. Oczywiście, Facebook, Twitter i inne platformy mediów społecznościowych nie ponoszą wyłącznej odpowiedzialności za wywoływanie gwałtownych postaw. Jednak ściślejsza regulacja ich działań wydaje się również obecnie kluczowa dla ochrony wolności prasy.

#WorldPressFreedomDay

Dostęp do wolnych mediów jest bezcennym dobrem publicznym. Aby dowiedzieć się więcej, zapoznaj się ze specjalną kolekcją komentarzy Project Syndicate na temat niezliczonych wyzwań stojących przed współczesną branżą medialną.

Copyright: Project Syndicate, 2021. www.project-syndicate.org. Z angielskiego przełożyła Katarzyna Byłów.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Jan-Werner Müller
Jan-Werner Müller
Politolog, autor książki „Co to jest populizm?”
Jan-Werner Mueller jest profesorem politologii na Uniwersytecie Princeton i autorem wydanej nakładem Wydawnictwa Krytyki Politycznej książki „Co to jest populizm?”.
Zamknij