Świat

Chutnik, Trzciński: Elegancki gniew

Sylwia Chutnik
Paweł Trzciński

Kiedy bezsilność bierze górę, zaczynają płonąć samochody. Pytanie, jak do tego doszło, że buzująca złość musiała wreszcie znaleźć ujście. I jak to się stało, że wolimy „eleganckie oburzenie” niż realne zmiany?


Ameryka po raz kolejny płonie, a problemu rasizmu nie daje się zakryć gwiaździstym sztandarem. Wydarzenia, jakie nastąpiły po morderstwie George’a Floyda, wyzwoliły rasistowską retorykę, która każe podać w wątpliwość efekt lat warsztatów antydyskryminacyjnych, raportów, spotkań i kampanii w stylu Black Lives Matter. Dyskusja, która toczy się wokół protestów, wskazuje również na poważny kryzys współodczuwania i zrozumienia grup mniejszościowych.

Popęda: Systemowy rasizm amerykańskiej policji zabija

Strategie oporu oraz ich przedstawianie pokazują również, że wolimy mieć niż być, dbając bardziej o dobra materialne niż o ludzkie życie. Przegląd internetowych dyskusji (w których dużo zwyczajowego już ścieku) pokazuje rozpuszczanie problemu rasizmu jako #alllivesmatter i prowadzi do wniosku, że najbardziej niedopuszczalne jest NISZCZENIE CUDZEJ WŁASNOŚCI. Jeżeli coś wywołuje oburzenie w dogmatycznie neoliberalnym kraju nad Wisłą, to nieposzanowanie dóbr materialnych i ogólnie przyjętych zasad handlu. Pal licho setki lat nierówności, prześladowań, morderstw. To piknik w parku dla internetowych martyrologów – przecież wiadomo, „myśmy mieli gorzej i jakoś nie rozwalaliśmy szyb”. Nic dziwnego, że część teoretyków i teoretyczek strategii oporu pokazuje akty wandalizmu jako symbolicznie najbardziej dotkliwą formę sprzeciwu w dobie globalnego kapitalizmu. Przykładem jest choćby dyskusja o działaniach Antify. Jak widać, trafia ona w czułą strunę nawet tradycyjnie obojętnych na każdą krzywdę (poza swoją) uczestników każdego internetowego shitstormu.

Martin Luther King pisał o działaniach „tworzących napięcie”. Rozumiał je jako „nasilenie emocji, która sprzyja konstruktywnemu działaniu i rozwojowi”. Działanie takie jest przeciwieństwem bycia sympatycznym człowiekiem i unikania konfliktów. To naciśnięcie przycisku z napisem: „nie” i wyrażenie własnego zdania, nawet jeśli miałoby to oznaczać tarcia i spór. Ostatecznie rasizm Kingowi także odebrał życie.

Nie próbujcie tłumić społecznego gniewu. On powróci jeszcze silniejszy [fragment książki]

Tomasz S. Markiewka w książce Gniew zwraca uwagę na zbiorowe doświadczenie wściekłości i sprzeciwu, które prowadzi najczęściej do protestów takich jak strajk, demonstracja czy zamieszki. Trudno, aby frustracja i realne zagrożenie życia owocowały tylko pokojowymi akcjami. Kiedy bezsilność bierze górę, zaczynają płonąć samochody. Pytanie, jak do tego doszło, że buzująca złość musiała wreszcie znaleźć ujście. I jak to się stało, że wolimy „eleganckie oburzenie”, jak nazwał je Paweł Klimczak, niż realne zmiany? Czy przemawia przez nas wszystkowiedzące ja, które jest w stanie doradzać grupom represjonowanym, jaką formę protestu mają wybrać, czy to po prostu kompletny brak empatii?

Kluczowe pytanie brzmi: kto i w jakim celu zagospodaruje budzący się gniew?

Dzień po podpisaniu homofobicznej Karty Rodziny przez prezydenta Andrzeja Dudę grupa młodych osób urządziła spontaniczne Tęczowe Disco pod Pałacem, aby pokojowo zaprotestować przeciwko dyskryminacji. Organizatorki dostawały pouczenia, że zwołując zgromadzenie w dniu Bożego Ciała, dolewają tylko oliwy do ognia i dają pożywkę TVP. Oburzenie młodzieży na działanie prezydenta powinno być wszak skonsultowane z adresatami, prawda?

14 rzeczy, których zabronił Duda, zakazując propagowania LGBT

Dla nas to po prostu brak współodczuwania. Co chyba nie dziwi, kiedy wiemy, jak ma się to uczucie w naszym kraju. W 2016 roku przeprowadzono globalną ankietę, której celem było sprawdzenie różnic w poziomie empatii pomiędzy narodowościami. Przebadano ponad 100 tysięcy osób z 63 krajów. Badani mierzyli się z takimi zdaniami jak: „czasami próbuję wyobrazić sobie, jaka jest perspektywa moich przyjaciół, by móc lepiej ich rozumieć” czy „często przejmuję się osobami znajdującymi się w gorszym położeniu ode mnie”. Polska ulokowała się na miejscu 60. Na 63 możliwe. Pomijając metodologiczne ograniczenia, była to ankieta, w której ludzie wprost określali swoje postawy, więc teoretycznie każdy z badanych mógł próbować stawiać się w lepszym świetle. Oczywiście poza osobami, dla których przejmowanie się innymi lub tym, co inni myślą, jest mało ważne lub stanowi wręcz oznakę słabości i frajerstwa.

Na tych wnioskach poprzestaniemy, bo implikacje wyników powyższych badań są gigantyczne, od poziomu debaty publicznej po jednostkowe dramaty. W kontekście rasizmu naszego powszedniego przyjmuje się różne strategie wobec zmian językowych. Przede wszystkim wzdycha się z umęczeniem, że „teraz to już nic nie można powiedzieć”. Terminu „politycznej poprawności” używa się głównie jako obelgi czy kpiny. Towarzyszą temu utyskiwania na współczesne czasy, bo przecież „kiedyś można było mówić, a teraz mówić nie wolno”, tymczasem „na YouTube jest taki filmik i tam mówią, że można mówić”. Podpieranie się szemranymi źródłami ma być ostatecznym argumentem na to, że „poprawność” bierze się z ideologii (wiadomo, lewackiej) zrzuconej na umęczoną Polskę przez Unię Europejską i ogólnie Zachód, który z nudów to już sam nie wie, co ma robić. Impregnowanie na jakiekolwiek argumenty przypomina stupor, w który wpada się w momencie nadmiaru bodźców. Ledwo bowiem w kraju przetoczyła się 57363 odsłona dyskusji o feminatywach, a tu zabrania się wierszyka o Murzynku Bambo! A przecież (tu sięganie po ogólnie przyjęte autorytety typu słownik PWN) w języku polskim określenie to nie jest pejoratywne, bo tak powiedział jeden biały pan. Można więc śmiało kpić z dziewczynki trzymającej w czasie protestu napis „Don’t call me «Murzyn»”, gdyż nie wie, co mówi. Nie będzie Murzyn mówił nam, że nie jest Murzynem.

Podobnie kilka miesięcy temu odmawiano osobie z Ukrainy prawa do edukacji w kwestii poprawnego określania kraju jej pochodzenia („w Ukrainie”, a nie „na Ukrainie”). Zadziwiający jest ten upór przed przyjęciem perspektywy osób, których dotyczy dane zagadnienie. Tak jest również z osobami niebinarnymi (no właśnie: „osobami”), z niepełnosprawnością (a nie „niepełnosprawnymi”) czy pracownicami seksualnymi (nie „prostytutkami”). Po co te kilometrowe dyskusje o tym, co MY mamy do powiedzenia w tej sprawie – nie lepiej posłuchać tych, których określenia dotyczą bezpośrednio? Neguje się również istotę języka politycznej poprawności, czyli dbałość o nieurażanie mniejszości. „Urażanie” oznacza dla wielu osób cackanie się z dziwakami, cenzurę i terror politycznej poprawności. Na przekór więc brną w swoje pedalsko-murzynowe-żydki i są z siebie naprawdę dumni. Jakby bronili bastionu normalności, definiowanej oczywiście przez nich samych. Przez ich tożsamość. Emocje i empatia są „pedalskie”: co mnie obchodzą twoje uczucia, myślisz, że mnie ktoś kiedyś o to pytał? Moja krzywda jest większa niż twoja, a jakoś żyję i nie rozwalam sklepów. Mój ból jest większy niż twój.

Przestańcie mówić „Murzyn”. Serio

I tu wracamy do naszego rozbudowanego „ja” i indywidualnej perspektywy zakrywającej wszystko naokoło, w tym statystki, badania czy opracowania naukowe. Punkt widzenia już oficjalnie stał się koronnym argumentem w każdej debacie. Nie ma wiedzy, jest opinia, najlepiej głośno wykrzyczana. Kakofonia intelektualna myli doniesienia prasowe, teorie spiskowe nadawane z piwnicy rodziców i badania naukowe.

Przykład wypowiedzi Urszuli Brzezińskiej-Hołowni pokazuje dokładnie, na czym polega problem Ja-centryzmu. Kiedy bowiem w wywiadzie sprzeciwiła się ślubom par jednopłciowych, użyła argumentu, że sama nie zna osób tej samej płci, które planowałyby małżeństwo. Ten fakt miałby wystarczyć w wieloletniej debacie o równości osób nieheteronormatywnych wobec prawa. Kiedy przy okazji protestów w Stanach komentatorzy i komentatorki sięgają po podobne rozumowanie (gdzie brat szwagra teściowej znał kiedyś czarnego i on był leniwy, więc sorry, ale policja dobrze robi), to zaprzeczają faktom i negują rasizm. Wszystko w imię osobistych doświadczeń, co jak wiemy, w kontekście uprzywilejowanej pozycji ma znaczenie porównywalne do zera.

Urszula Hołownia: „Nie znam osób tej samej płci, które planowałyby małżeństwo”. Jakub i Dawid: „Chętnie panią i pani męża poznamy”

Oczywiście, żyjemy w skomplikowanym świecie. Ale odkładając na chwilę socjopolityczne, historyczne, ekonomiczne i inne perspektywy przyjmowane choćby przy okazji wydarzeń w USA, interesująca nas tutaj kwestia jest nadrzędna. Pomijając chęć podjęcia dialogu, żeby on zaistniał, trzeba wiedzieć, jak się porozumiewać. Skuteczna komunikacja polega na tym, że jesteśmy w stanie zrozumieć interlokutora, jego motywację, sposób postrzegania rzeczywistości. Inaczej jesteśmy skazani i skazane na obecne monologi, bańki informacyjne, feedback loopy, enklawy i podziały. Na poziomie interpersonalnym prowadzi to do wielu dramatów, od zaburzeń psychicznych po przemoc, na poziomie grup społecznych do eskalacji, erozji struktur demokratycznych po dyktaturę. Negowanie głównego narzędzia skutecznej komunikacji, jakim jest empatia, jest równoznaczne z odmawianiem jednostkom bezpiecznego funkcjonowania w świecie społecznym. Istnieją twarde dowody statystyczne na to, że empatia lekarzy i lekarek jest skorelowana z polepszeniem stanu mentalnego i fizycznego pacjentów. Nawet wielki biznes spogląda coraz częściej w stronę empatii jako kluczowej kompetencji miękkiej wśród swoich managerów. Przyczyny oporu przed empatią były także przedmiotem badań. Ich rezultaty wskazują jednoznacznie – empatia wymaga wysiłku.

Jak to się ma do rasizmu i wykluczenia? Nie trzeba być mniejszością, aby być sojusznikiem czy sojuszniczką jej działań. Nie trzeba ciągle bazować na swoim doświadczeniu, aby rozumieć świat. Empatia to również zamknięcie się, choćby na moment, i posłuchanie grupy, która zazwyczaj nie ma możliwości zabrania głosu w przestrzeni publicznej. Bez tego nie wyjdziemy z bagna wykluczenia.

***

Sylwia Chutnik – pisarka, działaczka społeczna i publicystka. Uzyskała doktorat w Instytucie Kultury Polskiej UW. Wokalistka zespołu Zimny Maj.

Paweł Trzciński – psycholog, wykładowca akademicki, manager kultury, kurator muzyczny.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać