Na początek muszę się przyznać, że uwielbiam horrory i dlatego bałam się obejrzeć ten film. Jednak nie dlatego, że horror, ale dlatego, że łatwo można było spieprzyć temat. Bo przecież polskie kino gatunkowe to raczej festiwal porażek niż sukcesów i tak naprawdę sama myśl o tym, że można zrobić polski horror, delikatnie napawa lękiem.
Ale poszłam, bo ciekawość zwyciężyła. I poszłam, bo to horror o Kaszubach. A ja jestem z Kaszub i, jak to na prawdziwą Kaszubkę przystało, wierzę w ópich, wieszczych i mory. A cała ta trójca występuje w debiutanckim pełnym metrażu Marty Giec.
No i muszę przyznać, że występują w nim te nasze upiory po mistrzowsku. Choć wiadomo, że zaraz ktoś ze znawców folkloru się doczepi, że to nie do końca tak jak w życiu, ani nie do końca tak jak to naprawdę bywało. Tyle tylko, że to nie ma znaczenia, bo to film, a ten rządzi się swoimi prawami. I może być na bakier za każdą nauką.
Triki na mory
Zacznijmy więc od mory.
Mora, albo jak kto woli – zmora, przychodzi do nas, Kaszubów, nocą i dusi. Wchodzi nam na piersi i nie pozwala oddychać. Czujesz wtedy, że nie możesz złapać tchu, ale nie możesz się ani ruszyć, ani otworzyć oczu. Najlepiej, żeby ktoś cię wtedy po prostu obudził. Mora to z reguły kobieta, która mieszka gdzieś niedaleko, ale nocami przemienia się w upiora. No i najczęściej sama o tym nie wie.
Oczywiście mamy sposoby by ją oszukać. Jednym z nich jest rozrzucanie kapci przy łóżku tak, by nie była w stanie w nie wejść. Najlepiej jak oba są odwrócone do łóżka piętami. Przyznam się, że do dziś używam tego triku i potwierdzam, że działa.
Jest też wieszczy. To jeden z naszych wampirów. Wieszczy to ten, który na świat przychodzi w czepku, czyli w błonie owodniowej na głowie. W tę rolę w filmie Giec wcieliła się Iwona Bielska. Ależ to jest gra! Milcząca i przez to jeszcze bardziej przerażająca. Przemawia dopiero po śmierci i to wcale nie po polsku, a po kaszubsku. Wypowiada ledwie trzy zdania, ale za to naprawdę idealnie. Jak prawdziwa Kaszubka, która miała kontakt z językiem od dzieciństwa, a nie uczyła się go dopiero na potrzeby filmu.
Muszę pochwalić to, że choć kaszubszczyzny w Òpim mało, to na wysokim poziomie, czego nie można powiedzieć na przykład o wielkiej i osiem lat starszej produkcji Kamerdyner, w którym kaszubski kaleczył Kaszubom uszy i niekiedy sami musieliśmy czytać napisy, żeby zrozumieć co dany aktor chciał powiedzieć.
Historię babci Reginy, granej przez Bielską właśnie, opowiada nam jej córka, Helena (Magdalena Boczarska). To ta z pozoru najbardziej „normalna” z całej poharatanej emocjonalnie rodziny. Reginy ludzie się bali, bo potrafiła przepowiadać przyszłość, no i przez ten czepek była wampirem. Tyle że na Kaszubach wampir nie jest straszny za życia, ale dopiero po śmierci, bo wtedy staje się niebezpieczny dla żywych. Może wstawać z grobu i po prostu zabijać jak leci. Swoich i obcych.
Jak unieszkodliwić kaszubskie wampiry
Urodzić się na Kaszubach w czepku to prawdziwy niefart. Zresztą podobnie jak z zębami. Z zębami rodzi się òpi, ale też groźny robi się dopiero jak umrze i zostanie pochowany. Wcześniej żyje jak każdy i nikt nie wytyka go palcami.
Temu wszystkiemu można jednak zapobiec. Po prostu zanim zamknie się ich na wieki w trumnach, trzeba oporządzić zwłoki. Oporządzić, czyli zabezpieczyć. I to nie jest wcale takie trudne. Wystarczy wsypać takiemu do kieszeni garść maku albo wsadzić za pazuchę modlitwę bez słowa „amen” na końcu. Nie ma szans, żeby później wylazł i nas pozabijał. Po pierwsze dlatego, że musiałby zdążyć przeliczyć wszystkie ziarenka od zmierzchu do świtu – i to każdej nocy od nowa – albo dokończyć modlitwę, której przecież nie dokończy, bo nie ma „amen”. Więc sprawę mamy załatwioną.
W zasadzie można te nasze wampiry unieszkodliwić od razu po urodzeniu. To też dość proste. Zęby wyrwać, zemleć i podać dziecku razem z mlekiem. To samo z czepkiem, czyli łożyskiem – ususzyć, pokruszyć, dać do wypicia. I po sprawie.
Gorzej jak się tego wszystkiego nie zrobi. Wtedy ryzyko wzrasta i trzeba przedsięwziąć inne miary. Te najbardziej drastyczne, ale równie skuteczne. Nieboszczyka należy odkopać, odrąbać mu głowę szpadlem i ułożyć ją między nogami. Już na pewno nie wstanie. Tyle że tym szpadlem trzeba dać radę na trzy uderzenia, inaczej może się to wszystko nie udać.
W filmie się to prawie udaje. Prawie, bo druga córka Reginy wykonuje trochę więcej uderzeń, no ale przecież to fikcja i horror, a film rządzi się swoimi prawami. Nie bądźmy aż tak drobiazgowi. W realnym życiu na pewno by tak nie zrobiła!
Ostatnia pielgrzymka i gadu gadu
Szpadlem w filmie operuje Gabriela Muskała. Jest matką tytułowej wampirzycy, młodej dziewczyny (Wiktoria Kruszczyńska), której na chrzcie dali na imię Krystyna. Nie lubi jednak swojego imienia i każe na siebie mówić Trina, ku pamięci o Trinie Papisten, ostatniej oficjalnie straconej kobiety oskarżonej o czary w Słupsku w 1701 roku (wybór miasta jest zresztą świetnym twistem, bo to w nim dzieje się akcja filmu i z stamtąd pochodzi reżyserka). A Muskała jest matką okrutną, zimną i fanatyczną. W zasadzie jej boimy się bardziej niż jakiegokolwiek upiora, który pojawia się na ekranie. Wystarczy jej jedno spojrzenie, jeden suchy gest. Nie musi nic mówić, starczy, że się pojawia. Wraz z nią wchodzi niebywały niepokój i dyskomfort. Fenomenalna rola, bez dwóch zdań.
Jest jeszcze dom, w którym dzieje się większość akcji horroru (oczywiście z przerażającą piwnicą). Ponury, odrażająco oschły, obwieszony świętymi obrazami i wizerunkami prawdziwego papieża Polaka, który właśnie przyjechał z ostatnią pielgrzymką do Polski. Wszystko dzieje się bowiem w 2002 roku. Mamy więc zajmujący całe biurko komputer, łączenie z internetem przez modem i kultowe gadu gadu. Cała młodość stanęła mi przed oczami. Nawet pielgrzymka Jana Pawła II i to szaleństwo, które wtedy ogarnęło niemal całe Kaszuby, choć w tej turze wcale do nas nie przyjechał. Wróciło też wspomnienie dewocji i jakiegoś podskórnego lęku.
Bo Kaszuby są fanatycznie katolickie. Momentami wręcz ogłupiałe. I to przeraża bardziej niż podania o wampirach. Zresztą, wampiry nie są wcale na Kaszubach legendą, choć tak przeczytacie w wielu recenzjach Òpiego. Wampiry były naszą rzeczywistością i nikt nie straszył nimi dzieci. Też miałam dziadka, który urodził się z zębami, a kiedy zmarł w 1986 roku babcia oporządziła go do trumny i nikogo nie zabił. Wampiry, jak się do nich dobrze podejdzie, nie zrobią ci żadnej krzywdy, ale fanatyzm religijny poniszczył co najmniej kilka kaszubskich psychik.
W kaszubskich domach religia często była powiązana ze strachem. Odkąd pamiętam to najbardziej ze wszystkich trzeba było bać się Boga. A Bóg był wszędzie i wszystko widział. Wisiał przecież w każdym pokoju. Z każdej niemal ściany patrzyły na ciebie oczy świętych, albo straszyły ukrzyżowane fosforyzujące Chrystusy, który przerażały najbardziej, bo świeciły nocą. Przez jednego takiego, który wisiał nad moim łóżkiem, bałam się otwierać oczy nocą. Byłam pewna, że tuż obok tego przerażającego światła bijącego z krzyża, będzie stała jakaś dusza pokutująca. O, tych to się dopiero na Kaszubach baliśmy. Wszyscy bez wyjątku: i starzy, i młodzi, i dzieci. Od świętych wolne były tylko ściany łazienki. Tam jakoś nie wypadało ich wieszać.
Myślę sobie, że taki dom, w którym ze ścian łypie na ciebie groza, to prawdziwy rarytas na scenografię horroru. U Giec też mamy taki dom: duszny, maniakalny, odrażający, choć przecież na pierwszy rzut oka wszystko w nim wygląda standardowo. Tylko ci ludzie jacyś tacy pokiereszowani.
Horror bardzo kaszubski
W Òpim grają wyłącznie kobiety, co więcej, zrobiły go wyłącznie kobiety. Ich obraz jest tak jak ten dom – przerażający. Każda z nich jest zarówno ofiarą, jak i katem. Są wobec siebie okrutne, pełne oczekiwań i żalu. Obwiniają się za swoje niepowodzenia i nieudane życia. Wymuszają, niszczą się wzajemnie, wykorzystują. Nie wiedzą, że z pokolenia na pokolenie przenoszą te same traumy, z którymi nie potrafią sobie poradzić. Jedna ucieka w religię, druga w obsesyjne szukanie środka zapewniającego wieczną młodość. Każda z nich nosi w sobie przemilczaną i zamiecioną pod dywan prawdę. I pod tym względem ten film jest bardzo kaszubski.
W Òpim spotyka się więc horror psychologiczny, opowieść grozy i historia rodzinnej traumy, a to wszystko podlane sosem religijnego fanatyzmu. Czymś, co łączy te pozornie oddzielne światy, są właśnie Kaszuby. Nie mogłam się oderwać.
Owszem, Òpi ma swoje niedoskonałości. Jedną z nich jest choćby rola Heleny. Mimo, że jest doskonale grana przez Boczarską, to jednak czuje się niedosyt tej postaci, jakąś nie do końca dopowiedzianą opowieść. Można by też skrócić niektóre sceny, zwłaszcza przy krwawej końcówce, ale mimo to uważam, że takiego filmu jeszcze w Polsce nie było. Szukajcie go w kinach od stycznia 2027 roku.











Komentarze
Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!