Historia

Żydowska biografia Henryka Marca

Ktoś Żyda chował, a jak się pieniądze kończyły, to w pole, tak mówili, tak to pamiętam.

„Wypowiem to jeszcze inaczej: czyż nie jest aby tak, że powinniśmy czym prędzej złapać za połę bliskich nam ludzi z pokolenia rodziców i dziadków, by im zadać pytanie: Gdzie byłeś, co robiłeś, kiedy w twojej miejscowości mordowano Żydów?”.

No i ?
No i co?

Na Łopacie nie było Żydów, to była nowa wieś, z parcelacji majątku, z reformy, ojciec za późno wrócił z wojny, tej pierwszej, jego ojcowizna była już podzielona, musiał ziemię kupić. Jak go z niewoli wypuścili, to pracował kilka lat w kopalni we Francji, tam zarobił na gospodarkę. Poza tym jak wojna wybuchła, miałem sześć lat, pamiętam raczej koniec wojny, a dokładniej lato i jesień 1944 roku, kiedy to trzy miesiące siedziałem w schronie, aż do epidemii tyfusu, i Niemcy nas do Ostrowca, do szpitala, wywieźli.

Chciałem bardzo jechać do miasta, do Łozorowa, do dziś tak mówię, a chodzi o Ożarów, małą mieścinę, teraz tam jest duża cementownia.

Ojciec i któryś z braci czasami jeździli do Ożarowa albo Opatowa na jakieś zakupy, coś tam załatwiać. Mnie nigdy nie zabrali, mówili, że przy wjeździe do Łozorowa „starą żydowicę trzeba w dupę całować”. To taki niby żart, to bracia, ojciec nie. Łozorowa nie widziałem, żydowicy się bałem. Jak się ma pięciu braci i jest się szóstym, najmłodszym, to nikt ci na wsi nie podskoczy, ale czasem w rodzinie trudno przeżyć.

Dwa, trzy razy, biegałem z chłopakami trupy oglądać, wtedy to jeszcze sensacja była. Cała wieś leciała, w pola, tam te trupy leżały, mówili, że żydowskie.

Ktoś Żyda chował, a jak się pieniądze kończyły, to w pole, tak mówili, tak to pamiętam.

Chowało się na wsi krowy, świnie i dzieci, można było i Żyda, dla pożytku, jak nie było pożytku, to koniec. Później, w 1944, trupów było dużo, różne, Niemców, Rosjan, sąsiadów. Jednego Niemca to sam zakopałem, gruby był, strasznie się namęczyłem, leżał blisko schronu, w którym myśmy siedzieli. Baliśmy się, co Niemcy zrobią, jak wrócą, bo to nigdy nie było wiadomo, kto u góry, raz Niemcy, raz Rosjanie, a po wodę i jakieś jedzenie trzeba było wychodzić.

Ci Żydzi to nie wiem, gdzie są zakopani, nie pamiętam, żeby ich gdzieś wozili, więc pewnie tam w polu.

W 1941 umarła moja mama, miałem mieć braciszka, ale mama zachorowała i umarła. Była w ciąży i coś poszło nie tak, i umarła. Nie wiem, czy o tym braciszku to wiedziałem przed śmiercią mamy, czy później mi tak powiedzieli. Ciotka Kanino coś takiego mówiła, że dziś mam wątpliwości, czy to nie była nieudana skrobanka. Dzieciom się o tym nie mówi, poza tym to babskie sprawy. Bardzo chciałem mieć brata, jak nas już sześciu było, to do głowy mi nie przyszło, że mogę mieć siostrę. Bardzo nie chciałem już być najmłodszy.

Władek tak jakoś po śmierci mamy dostał wezwanie na roboty do Niemiec, na roboty wyznaczali bodajże po skończeniu czternastu lat. Staszek już był w Niemczech u bauera, ale on chyba sam się zgłosił, a później z tych robót uciekał i wyzwolenia doczekał w jakimś obozie.

Pojechali do Ożarowa, Władek ze Stefanem, najstarszym bratem, jakieś zaświadczenie lekarskie załatwiać, żeby Władka na te roboty nie brali.

Władek, jak wrócił, to opowiadał, że egzekucję widział, trzydziestu Żydów pod murem ustawili i rozstrzelali, i że jeszcze kobity w jakichś łachach niemowlę znalazły, rozwinęły i to był chłopak, i zostawiły. To ja się o to dziecko dopytywać zacząłem, a on, że nie wie, co się z nim stało, i że pewnie Niemcy zabrali. Mama przed śmiercią też jechała do Ożarowa i mnie się przedstawiło, że ten chłopak to ten mój braciszek, co miał być, i dlaczego go zostawili, i w ryk.

To mi powiedzieli że miał zepsutego siusiaka i trzeba go było zostawić.

Ja nie wiedziałem, co to znaczy, że siusiak zepsuty, to któryś z braci powiedział, że ja mam zepsutą nogę i to podobnie z tym siusiakiem. Od urodzenia mam żylaki i takie czerwone plamy na lewej nodze, to jeszcze bardziej ryczałem, że mnie też gdzieś zostawią, bo noga ważniejsza od siusiaka, a przecież dziewuchy siusiaków nie mają i żyją.

Później to na jakiś czas spokój z Żydami miałem.

Jak nas do szpitala w Ostrowcu wywieźli, to Jaś na tyfus umarł. Z Jasiem to mi było najlepiej i bardzo mi było szkoda, że umarł.

Po wojnie zacząłem chodzić do szkoły, w wojnę szkoły nie było. Bracia się rozjechali, po Ziemiach Odzyskanych, na Łopacie tylko ojciec i Stefan został, ale on już był żonaty.

Siedem klas w Darominie skończyłem i pojechałem do braci, uczyć się, najpierw w Chorzowie, później we Wrocławiu.

We Wrocławiu miałem nauczyciela. Patriotę. Mówił, że o wolność trzeba walczyć i niepodległość najważniejsza. Mnie się partyzanci przypominali, takie kozaki z nich zawsze były, takich jak ja kilku w szkole było. Wódkę piliśmy i przy tej wódce Organizację założyliśmy, Harcerstwo.

Ktoś powiedział, że zna jednego Żyda z UB i on ze starszymi ludźmi mieszka, często go nie ma dłużej w domu i ci starzy sami, na pewno mają duży majątek, a Organizacja pieniędzy przecież potrzebuje. Ta Organizacja to na poważnie była, dwa pistolety mieliśmy.

Napad też zrobiliśmy, ja znowu najmłodszy byłem, to stałem na ulicy, na świecy, ale pistolet miałem, miałem strzelać, jakby niebezpieczeństwo było.

Ale ten stary to jakiegoś zawału dostał, chłopaki się przestraszyli i uciekli, jakieś tam drobiazgi zabrali, pieniędzy to chyba tylko na litr wódki starczyło. Bo myśmy po tym napadzie poszli się upić, to chyba taki kozacki zwyczaj, że upić się trzeba.

Jak wytrzeźwiałem, to już siedziałem. Tego nauczyciela to u nas na sprawie nie było, mówili pod celą, że to prowokacja była i pojechał do Szczecina następną organizację zakładać.

Przesłuchiwał mnie śledczy niewiele starszy ode mnie, też ze wsi, jak się zapomniał, to po wsiowemu gadał, jak ja. Wredny był, wykazać się chyba musiał, nie żeby jakieś wymyślne tortury, po gębie lał, to wszystko. Ten stary to jakieś dwa tygodnie po napadzie umarł, tak na sprawie mówili. Ten z UB, niby syn, albo wychowanek, na sprawie nie zeznawał. Tak że nie wiem, czy z UB i czy Żyd. No i mając siedemnaście lat, dostałem pięć lat. To i tak mało, jak mi odczytali, tak mało dostałem z uwagi na młody wiek.

Bandycki napad z bronią w ręku, posiadanie broni, próba obalenia ustroju, tak to mniej więcej było.

Prawie cztery lata siedziałem, z amnestii wyszedłem. Ojciec umarł, jak siedziałem, bracia mówili, że ze zgryzoty, o Henę ta zgryzota, Hena – tak na mnie wołali, Henryk mam na imię. Na pogrzebie nie byłem, przepustki nie dostałem, byłem później w Chorzowie, tam ojciec jest pochowany, ale grobu nie znalazłem.

Ja to recydywa jestem.

Siedziałem jeszcze siedem miesięcy w 1961.

Przyznaję, trochę wypity już byłem, to kozackie zalewanie smutków to za często wtedy mi się zdarzało. W restauracji Klubowa, dzisiaj to już kamienicy, w której była, nie ma.

Poprosiłem jakąś pannę do tańca, a facetowi, który z nią był, to się nie spodobało. A mnie jakby ktoś w pysk dał, bo to był ten sam śledczy, który mnie przesłuchiwał. Minęło dziesięć lat, to nie tak dużo,więc to na pewno był on. No i mu przylałem. Nie żebym znowu z ustrojem walczył, ale jak na zabawie chłopaka ze wsi pobije chłopak z innej wsi, to zniewagę trzeba pomścić. Nie ma tak, że Łopacie inna wiocha bezkarnie po gębie będzie kładła.

Później przyjechali jego koledzy z komendy na Łąkowej, bo on nadal w milicji pracował.

Z tych siedmiu miesięcy to pięć byłem w szpitalu więziennym. Ale nie żałuję.

Mówisz mi, że teraz kombatantów coraz więcej, że tacy jak ja to teraz Żołnierze Wyklęci, że ordery dostają, dodatki kombatanckie. Renta mała i zaległości w czynszu mam, pieniądze by się przydały.

Może im się należy, nie wiem, idiotą to ja byłem, jak miałem siedemnaście lat.
Teraz to już bandytą do śmierci wolę zostać.

Cytat na początku:
Jan Tomasz Gross. Upiorna dekada. Universitas. Kraków 2001, s. 59

Czytaj także:

Liga pamięta

Mojżesz

Krzesło

Schweine Jude

Przechrzta

„Moim przyjaciołom Żydom”

Tara

Deszczówka

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Zamknij