Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Przekaż Przekaż

Najdłuższa podróż, war-life balance i nowe „rozstrzelane odrodzenie”

To, co dzieje się teraz w Ukrainie, jest pierwszą linią frontu nie tylko współczesnej wojny, ale też współczesnej literatury. Trwa intensywne poszukiwanie nowego języka – takiego, który mówi krótko, bezpośrednio i trafia w sedno – mówi ukraińska pisarka.

Oksana Zabużko w Parlamencie Europejskim w Światowy Dzień Kobiet 2022 Rozmowa
Kontekst

📡 Nowe technologie – nagrania z frontu, relacje online – zmieniają sposób dokumentowania wojny, pokazując intymne, wcześniej nieopisywane momenty ludzkiego doświadczenia – mówi jedna z najbardziej znanych ukraińskich pisarek.

🪖 Współczesne teksty wojenne często powstają „na bieżąco”, zacierając granice między literaturą, dziennikiem a świadectwem i wprowadzając nowe formy narracyjne.

👥 Wojna ujawnia napięcia między tymi, którzy zostali, a tymi, którzy wyjechali, tworząc trudne do pogodzenia różnice doświadczeń i pamięci.

Walka

Agnieszka Wiśniewska: Kiedy zakończyła się pani „najdłuższa podróż”, opisana w książce o tym tytule?

Oksana Zabużko: W ciągu pierwszych 13 miesięcy tej, jak u nas się mówi, wielkiej wojny, byłam w domu przez trzy dni.

24 lutego 2022 roku była pani w Warszawie w związku z premierą książki Planeta Piołun.

Przyjechałam z walizką na trzy dni i bez komputera. Po wielu miesiącach wróciłam do Kijowa i teraz co parę miesięcy wyjeżdżam na dwa, trzy tygodnie na spotkania autorskie. Biorę ze sobą komputer.

Bała się pani wracać?

Nie, nie bałam się. Strasznie tęskniłam od pierwszej chwili. Nawet zaskoczyło mnie to, bo przecież wcześniej dość często mieszkałam za granicą. Tylko że wtedy nie było wojny. Okazało się, że na tym polega cała różnica!  Przedtem to były przeważnie rezydencje literackie, trwające do pół roku. Spory kawał życia spędziłam w Stanach, dlatego bardzo mnie boli to, co się tam teraz dzieje.

Czytaj także Kobiety piszą eseje. Wikipedia ich nie uwzględnia Kinga Dunin

Długo mieszkała pani w USA?

Łącznie dwa i pół roku. Polubiłam je. Zawsze mówię, że to tak, jak z mężczyzną. Nie sposób przeżyć z kimś dwa lata, jeśli czegoś w nim nie kochasz, więc ja naprawdę dużo rzeczy kochałam w tym kraju.

Zawiodła się pani?

Nie. To wszystko było przewidywalne. Przyjechałam do Stanów w 1992 roku. Ukraina pojawiła się na mapie, trzeba było czegoś młodzież nauczyć o tym nieznanym kraju i w tym celu mnie zaproszono. Widziałam jeszcze tę Amerykę wymarzoną przez ich prawicę – wielką i potężną, i widziałam, jak po upadku Związku Radzieckiego Stany się zmieniają. Pamiętam wewnętrzną panikę w Ameryce na początku lat 90. Byłam zaskoczona, jak zdezorientowane okazały się elity amerykańskie, które straciły sparingpartnera.

Pamiętam, jak na początku tamtej dekady byłam na spotkaniu ze środowiskiem akademickim. Siedzą świetnie ubrani i bardzo dobrze wykształceni ludzie, przemawia jakiś profesor od studiów politologicznych i mówi niby żartem, jak to Amerykanie, że ktoś z Departamentu Stanu mu powiedział: „We need Breżniew”. I cała sala się śmieje. A ja słucham tego wkurzona, bo my z trudem tego Breżniewa przeżyliśmy, a oni potrzebowali Rosji? Byłam chyba jedyną osobą na sali, która się nie śmiała.

Zimna wojna jasno definiowała sytuację i podział na „my i oni”. Pani mówi o sobie, że jest dzieckiem zimnej wojny, a dzisiaj jest pani pisarką i dokumentalistką trzeciej wojny, wielkiej wojny.

Nie wybierałam tego tematu. Odpowiedziałam na coś w rodzaju wojennej mobilizacji. Bo co może zrobić pisarz dla swojego kraju? Ja wiem, że po polsku brzmi to bardzo patetycznie. Trochę wstydzę się takich słów, ale tak jest.

Ile książek o wielkiej wojnie pani napisała?

W zasadzie przed Najdłuższą podróżą wydałam zbiór publicystyki i esejów pod tytułem „…i znów wsiadam do czołgu…” – jest to linijka z mego wiersza, który napisałam w sierpniu 2008 roku pod wrażeniem ataku Rosji na Gruzję, potem niektóre eseje z niej włączyłam do polskiego wydania Planety Piołun. Ukazała się w 2016 roku i dotyczyła wojny informacyjnej,  nazywanej dziś „hybrydową”. Chciałam wyjaśnić rzeczy, których większość Ukraińców jeszcze wtedy nie rozumiała. I jak widzę, Polacy też do końca nie wiedzą, jak to wyglądało, zanim przyjechały czołgi i na miasta zaczęły spadać pociski.

Przez co najmniej 10 lat dokonywano ataków na umysły. Celowe i wielowymiarowe oddziaływanie. Zdałam sobie z tego sprawę około 2012 roku. Wcześniejsze wydarzenia – dekada intensywnej rusyfikacji w mediach – to potwierdzały. Po reformie mediów na każdym kanale pojawiał się „redaktor z Moskwy”, czyli ktoś, kto formalnie miał prawo kontrolować, audytować, a w praktyce siedział i podpowiadał prowadzącemu tematy do programu. Pamiętam, że w Niemczech, od dwóch bardzo podejrzanych typów wyglądających jak postaci z satyrycznego filmu, usłyszałam pytanie: „Kiedy Ukraina się rozpadnie?”.  To było w 2007 roku.

Teraz wiemy, że plan zaczął działać niemal od razu po Pomarańczowej Rewolucji. Może nawet w jej trakcie. Mapy podziału naszego kraju już wtedy istniały. Gdy mnie wówczas o to pytano, byłam kompletnie takiego scenariusza nieświadoma. Żyłam, jak wszyscy moi rodacy, w innej rzeczywistości, w takiej naszej Belle Epoque, z której większość Europejczyków obudziła się dopiero 24 lutego 2022 roku. Próbowałam tym  spotkanym w Niemczech typom tłumaczyć, że nie rozpadniemy się, dlaczego mamy się rozpaść? Przecież wprowadzamy reformy, mamy demokrację…

Od tego momentu zaczęłam uważniej obserwować, jaki wizerunek Ukrainy jest sprzedawany na zewnątrz i jak przedstawiano sytuację przed Majdanem. Miałam wtedy o czym mówić.

We wstępie do Rodzinnej Europy Miłosza pisze pani, że bliski jest jej cytat z Abecadła o tym, że „widzimy siebie inaczej, niż ludzie nas widzą”. Czytając Najdłuższą podróż, miałam wrażenie, że objaśnia pani Zachodowi Ukrainę. I równolegle robią to inni pisarze i pisarki. Czytam i słyszę, że w Ukrainie rynek książki jest żywy, dużo wydajecie, są targi książki, jak np. Arsenał, na których przychodzą tłumy czytelników.

Była tam pani?

Nie. Słyszałam o tym i chciałabym znać pani opinię.

Wiele się teraz dzieje. Rynek książki jest bardzo aktywny, świat literacki tętni życiem. Moja najnowsza książka o wielkiej wojnie ukazała się w ubiegłym roku i jej premiera odbyła się właśnie na Arsenale, o którym pani wspomniała. Podpisywałam egzemplarze przez kilka godzin; kolejka liczyła według wydawcy około tysiąca osób. Książka to zbiór esejów pisanych głównie po pełnoskalowej rosyjskiej inwazji. W przygotowaniu jest polskie wydanie, które ukaże się w Agorze.

To publikacja bardziej skoncentrowana na przyszłości Europy. Po ukraińsku nosi tytuł Nasza Europa, po polsku może zostać zmieniony. Ja nazywam to „Europą Mazepy” – to odniesienie do projektu międzymorza bałtycko‑czarnomorskiego, w którym Mazepa zakładał równorzędność uczestników, niezależnie od wielkości państw. To był projekt oparty o wspólne bezpieczeństwo. Obserwując rozwój wydarzeń, zauważyłam, że zaczyna on wracać – najpierw ożywiły się kraje nordyckie, potem kolejne. W tej książce próbuję z różnych tekstów ułożyć kształtująca się, przyszłą sylwetkę Europy‑sojuszu.

Podczas „najdłuższej podróży” – tych trzynastu miesięcy – zobaczyłam, jak zbiorowa pamięć kształtuje się pod wpływem doświadczeń wojennych. Zachodnia Europa ma przede wszystkim traumę I wojny światowej. Obawa przed jej powtórką wpłynęła na to, jak zachodnioeuropejskie społeczeństwa reagowały na wybuch kolejnej wojny światowej i jak ją pamiętają po latach. W naszych regionach pamięć wojen i okupacji wyglądała inaczej. Jak pisał Timothy Snyder, „skrwawione ziemie” miały odmienne od zachodnich społeczeństw doświadczenia wojenne i powojenne. Na Zachodzie  „wojnę na wyniszczenie” utożsamiano i często nadal się utożsamia z Zagładą Żydów. To wpływa na rozumienie historii i polityki bezpieczeństwa. Po zakończeniu zimnej wojny szybko odżyło przekonanie „never again”; zapobiegnijmy wojnie, bo wszystko da się uregulować politycznie i gospodarczo, odżyła też retoryka „zmiany przez handel”.

Koniec historii, jak pisał Fukuyama.

Bardziej podobało mi się to, co pisał Harari. Wiosną 2014 roku byłam w Niemczech, by wrzeszczeć na kolejnej konferencji o agresji rosyjskiej. W wolnej chwili wpadłam do księgarni i trafiłam na książkę Harariego. Znalazłam u niego stwierdzenie, że w XXI wieku homo sapiens będzie miał wiele więcej szans umrzeć z nudów niż na wojnie. A wtedy do Donbasu weszli już Rosjanie. Strzelali tam do nastolatków mających przypięte żółto-niebieskie wstążki. Nigdy nie zapomnę uczucia, z jakim odstawiłam wtedy tą książkę z powrotem na półkę.

Teraz wy, autorki i autorzy z Ukrainy, opowiadacie nam o tej wojnie.

Teraz ta wojna mówi sama o sobie. Mówi na przykład dzięki nowym środkom technologicznym. Możemy ją ciągle obserwować. Z tej niewiarygodnie ogromnej ilości relacji i obrazów dowiadujemy się, co człowiek czuje i jak się zachowuje w obliczu śmierci. To doświadczenia, o których nie pisano wcześniej w literaturze. Weźmy ten filmik o żołnierzu: ponoć gdzieś na linii frontu, ubrany w ukraiński mundur. Widać tylko ręce mężczyzny. Siedzi w prowizorycznej, zbitej z desek budzie. Przed nim drewniane drzwi. W ręce trzyma rolkę papieru toaletowego, więc od razu wiadomo, gdzie jest. W pewnym momencie słychać dźwięk – nadlatuje dron i zaczyna się zniżać. Ten człowiek, który przed chwilą siedział z telefonem, nagle krzyczy z autentycznym przerażeniem: „Nie! Nie teraz, nie tutaj!”.

I ja to rozumiem. Absolutnie. Bo sama kiedyś podczas rosyjskiego ataku siedziałam w toalecie, kiedy za oknem padł strzał przeciwlotniczy. Wrażenie było takie, jakby to było tuż obok, może nawet na naszej ulicy. I pierwsza myśl: „Boże, jak mnie znajdą?”. Człowiek chce zachować godność w obliczu śmierci, boi się nie tylko samego końca, ale też utraty tej godności. To ludzkie i zrozumiałe. To zresztą częsty temat rozmów – zwłaszcza między kobietami – jakby pół żartem, pół serio: że zawsze trzeba kłaść się spać w ładnej bieliźnie, „na wypadek”, dla służb ratunkowych, które będą po nocnym ataku wyciągać nasze ciała spod gruzów. Jak się przygotować, a jednocześnie zachować w obliczu zagrożenia jakąś formę godności.

Czytaj także Hostomel, Czernihów, Niżyn. Twierdze na granicy Europy [listy o demokracji] Oksana Zabużko

To nie są żarty. Z literackiego punktu widzenia to tematy, o których wcześniej właściwie nie pisano. Dawniej literatura ich unikała.

Czyli literatura się przez wojnę zmieniła?

To jest czas poszukiwania nowego języka. Jeśli mam wskazać coś, co ostatnio najbardziej mnie poruszyło w literaturze związanej z tą wojną, to byłaby książka Artura Drona Hemingway nic nie wie. Została zakwalifikowana jako zbiór esejów, ale to nie do końca prawda. Formalnie można tak powiedzieć, ale to nie oddaje istoty tej książki, to raczej coś pomiędzy dziennikiem a publicznym pamiętnikiem. Autorem jest bardzo młody żołnierz, który chciał zostać pisarzem. Teksty powstają na bieżąco i są od razu publikowane.

Czytaj także Krzyż wam na drogę, chachły, czyli o toksycznej miłości Kinga Dunin

Tę wojnę – dzięki technologii i powszechnemu dostępowi do internetu – cechuje niezwykła bezpośredniość przekazu. Można ją w pewnym sensie obserwować na żywo, online. I to także zmienia sposób opowiadania o niej, zmusza do szukania nowych form i nowego języka.

O czym jest książka Drona?

To jest opowieść o śmierci kolegi z wojska, trochę jak u Remarque’a. Kolega ginie i ocaleńcy mają podczas ataku donieść jego ciało do samochodu ewakuacyjnego – dosłownie uratować martwego. Poległy jest „dokiem”, paramedykiem. Ta opowieść powtarza się cztery razy: moment ataku, ostrzału. Narrator, mówiący właściwie o sobie, opisuje, jak traci słuch, jak kręci mu się w głowie i uświadamia sobie, że jest kontuzjowany. Z trudem wydostaje się z jamy, w której się ukrywali, dociera do punktu i mówi, że potrzebuje „doka”, bo jest ranny. I wtedy słyszy, że „dok” zginął. Potem niosą jego ciało we trzech do samochodu ewakuacyjnego. To jest dla niego najstraszniejsze przeżycie w życiu.

Dopiero w posłowiu ta historia zyskuje pełniejszy wymiar. Narrator jedzie na Połtawszczyznę, skąd pochodził „dok”, i spotyka się z jego rodziną. Tam dowiadujemy się, że był nauczycielem. Syn „doka”, nastoletni chłopak, mówi do narratora: „Chodziliśmy z tatą w góry. Może kiedyś pójdziesz ze mną?”. I zaczyna go traktować trochę jak zastępcę ojca – kogoś tylko niewiele starszego od siebie, a jednak już wpisanego w tę rolę. Dopiero wtedy rozumiemy, że dla tych młodych żołnierzy „dok” był kimś więcej – był jak ojciec, opiekun.

Dlaczego ta książka zrobiła na pani takie wrażenie?

Czterokrotne powtórzenie tej historii działa jak świadomy zabieg literacki. To wbija ją w pamięć. Ja już tego człowieka nie zapomnę i czytelnik też nie zapomni. W świecie zalewanym przez nieustanna powódź informacji, które natychmiast wypierają się nawzajem, taka powtórka staje się sposobem ocalenia pamięci. Z tych powtarzających się kawałków w końcu wyłania się całość losu, i narratora, i zabitego nauczyciela. To właściwie jest powieść napisana już w języku nowego wieku.

Kiedy mówi pani o zmianie w języku, przypomina mi się wiersz „Niepoezja” Wiktorii Ameliny, w którym pisała, że nie jest poetką, tylko prozaiczką, ale w czasie wojny napisała o tym wiersz.

Wiktoria była osobą niezwykłą. Jedną z najlepszych, jakie spotkałam w życiu. Nazywała swoje wiersze „niepoezją”, bo to rzeczywiście jest jakiś inny gatunek. Wiersze, ale jednocześnie coś poza poezją. Wszyscy intuicyjnie czujemy, że jeśli coś da się łatwo przekazać, streścić, powtórzyć – to nie jest poezja. Poezja wymyka się przekładowi. Jest najwłaściwszym słowem ustawionym w jedynym możliwym porządku. Tego nie da się oddać inaczej. Dlatego tak trudno ją tłumaczyć, a już „przekazać” – to właściwie niemożliwe. Wszystko jest w języku, w intonacji. A tutaj nagle mamy coś, co daje się przekazać i co jednocześnie uderza z ogromną siłą.

Właśnie przygotowujemy w Krytyce Politycznej jej książkę, Patrząc na kobiety, patrząc na wojnę. Niedokończoną, bo Amelina została zabita.

I to też zmienia literaturę. Mogłabym o tym mówić bez końca, bo to mnie ogromnie interesuje. Mam wrażenie, że pewne rzeczy już się zestarzały: skupienie na klasycznej powieści, na rozbudowanej narracji, na retrospekcji. To nie tylko kwestia wojny, choć wojna ten proces przyspiesza. Chodzi o coś szerszego: o tempo współczesnego świata, o przemoc informacji, która nas zalewa. Nie mamy już czasu na takie luksusy, jak kiedyś. Literatura się zmienia i w tym stuleciu zmieni się na pewno. Mam poczucie, że to, co dzieje się teraz w Ukrainie, jest pierwszą linią frontu nie tylko współczesnej wojny, ale też współczesnej literatury. Trwa intensywne poszukiwanie nowego języka – języka, który mówi krótko, bezpośrednio i trafia w sedno.

Czytaj także Wojna w Ukrainie jest wojną dronową. A dron to także kamera filmowa Jakub Majmurek rozmawia z Oleksiyem Radinskym

Mam wrażenie, że skupiamy się na takich wynalazkach wojny jak drony, a przegapiamy to, jak wojna zmienia wszystko.

To brzmi okropnie, ale wojna jest częścią życia. Nie jest „antyżyciem”. Marks mówił o niej jako o „akuszerce historii” [właśc. mówił o „przemocy” – przyp. red.]. I rzeczywiście, w cieniu wojny zachodzą ogromne zmiany. Pojawiają się nowe rozwiązania, szczególnie w medycynie, i to już teraz widać. Postęp w technologiach protez jest wręcz niewiarygodny. Większość ran głowy nie jest dziś śmiertelna, ale często prowadzi do poważnych uszkodzeń twarzy. Żołnierze w czasie I wojny światowej po obrażeniach dolnej części czaszki, „straceniu twarzy” odbierali sobie życie. Dzisiaj sytuacja zaczyna się zmieniać. Nawet przemysł medycyny estetycznej znajduje tu swoje zastosowanie. Technologie wykorzystywane wcześniej do celów kosmetycznych – modelowania twarzy, ust – pomagają teraz w rekonstrukcjach.

W dyskusji o odporności Ukraina dzisiaj jest inspiracją, bo pokazuje, że się da. Ale czy nie macie już dosyć tego słuchania o ukraińskiej niezłomności? Sama niedawno w mediach opowiadałam o niezłomności Ukrainy i potem przeczytałam głos ludzi kultury, że już mają tego dość. Aż mi się głupio zrobiło,

Ale pani przecież nie Ukraińcom to mówiła.

I tak poczułam się głupio.

Po czterech latach ludzie funkcjonują normalnie, na ile się da. A jednocześnie zdarzają się momenty absolutnie graniczne. Mieliśmy na przykład całkowicie apokaliptyczną zimę. Mogę pani pokazać zdjęcie? Zrobiłam je na pamiątkę, żeby zapamiętać, jak to wyglądało.

(Pisarka pokazuje na telefonie zdjęcie siebie okutanej w wiele warstw ubrań).

To u pani w mieszkaniu?

Tak, w domu. U nas całe dzielnice były bez ogrzewania, czasem przez tygodnie. I te wszystkie filmiki, które oglądacie – jak ludzie nad Dnieprem tańczą, śpiewają, robią barbecue, urządzają sobie jakieś imprezy, pokazywały, że oni się po prostu grzeją. Wychodzą z domu, bo w domu jest nie do zniesienia.

Mieszkanie zamienia się w lodową jaskinię. Zwłaszcza jeśli ktoś ma ogrzewanie elektryczne. Do tego przestaje działać winda. A kiedy mieszka się wysoko, to zaczynają się kolejne problemy. Kurierzy z jedzeniem nie wchodzą wyżej niż na piąte piętro, jeśli nie ma windy – dalej trzeba radzić sobie samemu. Trudno, ale da się. Ale najgorsze jest zimno. Nie ciemność. Z ciemnością człowiek sobie poradzi. Po czterech latach wszyscy są już wyposażeni w powerbanki, jakieś zapasowe źródła energii. Natomiast chłód to naprawdę coś, co potrafi złamać człowieka.

I co robią ludzie? Żartują. Po prostu żartują.

Skąd się bierze taki humor?

Może jest podobny do żydowskiego humoru przetrwania, humoru ucieczki przed śmiercią? A może to po prostu humor żołnierski – bardzo podobny, właściwie taki sam. Kiedy przez całą dobę, dzień po dniu, próbujesz uniknąć śmierci, to uczysz się przeżywać. To jest właściwe słowo: przeżywać.

Dlatego nie mówi się tam patetycznie o niezłomności. Mówi się o rzeczach prostych, banalnych, o codziennych rytuałach. I żartuje się, czasem bardzo dosadnie.

Przepraszam za przykład, ale dobrze to pokazuje. Ktoś pisze: „Utknąłem w windzie z obcym facetem. W tle wybuchy, alarm wyje. Winda stoi. Facet się trzęsie, poci się i powtarza: «Boże, pomóż, Boże, pomóż». Po chwili pytam: «Przepraszam, czy z panem wszystko w porządku?». A on: «Jakie w porządku, człowieku, mnie się chce srać»”.

To jest właśnie ten rodzaj humoru. I zaraz pojawiają się komentarze: „I co, od tej chwili modliliście się razem?”. Normalna rozmowa, normalne reakcje. Zupełnie inne nastawienie do życia. To nie jest zaciśnięta szczęka i podniesiony podbródek. Gdzieś w środku jest siła, ale na co dzień chodzi o coś innego: żeby zachowywać się normalnie.

To jest ten wynalazek ukraiński – inny niż drony montowane w garażu – o którym słyszałam, że my na Zachodzie uczymy się work-life balance, to wy żeście war-life balance wypracowali.

To jest taki „war–life balance” (ponownie wskazuje zdjęcie na telefonie). Wygląda to bardzo konkretnie: kurtka męża, pod nią trzy albo cztery warstwy swetrów. A potem okazuje się, że marzną jeszcze inne części ciała – więc dochodzi wełniany szal, też owijany wielokrotnie. Patrzysz na siebie w lustrze i zaczynasz się śmiać. Robisz zdjęcie – na pamiątkę.

Drobne rzeczy. Ludzie stają się wobec siebie bardziej życzliwi. Wspierają się, pomagają sobie. Pojawia się coś na kształt poczucia wspólnoty, trochę jakby rodzinnej. Granice między ludźmi trochę się zacierają, bo wszyscy przeżywają to samo.

Pani mówi o tym, co teraz, ale ta wojna się skończy. Wtedy czeka was trudna rozmowa pomiędzy tymi, którzy zostali – okutani kilkoma warstwami ubrań w czasach mrozu – i tymi, którzy wyjechali. To już się dzieje. Kiedy czytałam Artema Czapaja Nienarodzeni do wojny – czytałam to po angielsku, nie ma polskiego wydania – znalazłam tam myśl, że odporność buduje się różnymi sposobami: przez literaturę, przez śmiech, przez żart, przez wszystkie te drobne narzędzia, które pozwalają przetrwać. Ale to wciąż jest wojna, ta wojna, która zmienia wszystko. Pisze pani o tym także w opowiadaniu Po trzecim dzwonku. Bardzo poruszył mnie moment, kiedy córka mówi do matki: „Mamo, co ty mówisz? To było przed wojną. Wojny nie było”. I matka musi to przyjąć. Uświadomić sobie, że tamten świat już nie istnieje, że rzeczywistość się zmieniła radykalnie.

Byłam w warszawskim Muzeum Etnograficznym i spotkałam kobietę z Ukrainy, która mnie rozpoznała. Okazało się, że mieszka tu od czterech lat, od pierwszych ostrzałów. Jej córka właśnie zaczęła studia. Mówiła: „Ja się po prostu boję wrócić”. Jest z Charkowa. I trudno się dziwić. Opowiadała, że tam zostało jej całe życie: mieszkanie, rzeczy, wspomnienia. Taki zamrożony rezerwuar pamięci i czasu. Ale przez te cztery lata ani razu nie odważyła się tam pojechać.

Czytaj także Ukraiński socjalista na froncie. Pytania o wojnę i pokój Sasha Talaver rozmawia z Tarasem Bilousem

Jeden z wydawców organizował wyjazd pisarzy do czytelników na południe Ukrainy: Odessa, Mikołajów. Zgłosiłam się. Do Chersonia jednak nie pojechaliśmy ze względów bezpieczeństwa. I trudno się temu dziwić. Trudno też mówić o jakimkolwiek wspólnym doświadczeniu, bo nawet w obrębie samej Ukrainy te doświadczenia są skrajnie różne. Jest przecież i Użhorod, gdzie nie ma nawet godziny policyjnej.

Słyszę tylko, że w Użhorodzie nowe knajpy się otwierają, jedna za drugą.

Tak jest. Po prostu tak jest. Ubiegłej zimy pojechałam do sanatorium w Zakarpaciu. Po kilku dniach pomyślałam sobie: dlaczego budzę się z poczuciem, że jestem za granicą? I wtedy uświadomiłam sobie: nie ma alarmów. Nie słychać syren. Nagle dotarło do mnie, że Użhorod to jedno doświadczenie, a taki Chersoń czy nawet Kijów – zupełnie inne. Absolutnie różne światy, ale wciąż ta sama wojna.

Mówiliśmy o I i II wojnie, o tym, jak one potem były opowiadane, jako taka uspójniona opowieść. Może ta wojna będzie opisywana przez wasze wnuki właśnie jako mozaika?

Poprzednie wojny także były mozaikami.

Tak, ale bieżąca polityka zawsze je uspójniała.

Oczywiście, wszyscy pamiętamy, kiedy zaczęła się I wojna światowa – strzał w Sarajewie, do cholery! Ale czytałam listy Lesi Ukraińki, która zmarła w 1913 roku i to, jak w swoich pismach z 1912 roku dokładnie opisuje obrazy wojenne ze swojej podroży do Egiptu i losy ludzi, którzy uciekali przed rzezią Turków. Siedem kobiet z dziećmi w jednej kabinie. I jaki to był widok, kiedy nie pozwalano im zejść na brzeg, choć statek stał w porcie – widok żołnierzy, szarość mundurów, wojsko na nabrzeżu… To już była wojna! Jeszcze nie padł strzał w Sarajewie, a Bałkany już płonęły. I to pokazuje, że kwestia opowiadania historii jest niezwykle istotna.

Dlatego cieszę się, kiedy dziś tłumaczone są książki Artema Czapaja czy Arema Czecha i osobiście zawsze wzrusza mnie historia Wiktorii Ameliny.

Mnie wzrusza moment, kiedy Wiktoria Amelina odnajduje zapiski Wołodymyra Wakułenki u niego w sadzie. Zwitek ukryty pod drzewem wiśni przez pisarza zamordowanego przez Rosjan.

Wtedy jako pierwsza powiedziała, że ma to straszne przeczucie własnej śmierci, że będziemy świadkami drugiego „rozstrzelanego odrodzenia”. Jest już tylu pisarzy, którzy zginęli… Wiktoria odeszła bardzo wcześnie, dopiero zaczynała, dopiero dochodziła do pełni swego talentu. Miała wiele do powiedzenia. Nasze ostatnie spotkanie, nawiasem mówiąc, miało miejsce w Polsce, w Karpaczu. Siedziałyśmy w restauracji od obiadu aż do północy, rozmawiając.

Wiktoria Amelina zmarła w wyniku ran po ostrzelaniu pizzerii w Kramatorsku. Miała 37 lat.

Jakoś trzeba z tym żyć. Jest też poczucie winy, kiedy młodsi giną, prawda? Paskudne uczucie, które wszyscy nosimy. Przeżywający zawsze mają poczucie winy wobec tych, którzy zginęli. Wszystko to razem tworzy coś skomplikowanego, wymagającego wiele pracy nad sobą.

**

Oksana Zabużko – jedna z najbardziej znanych współczesnych pisarek ukraińskich i najważniejszych intelektualistek. Jako córka rodziców, którzy podczas radzieckich czystek lat 70. zostali wpisani na czarną listę, pierwszą książkę wydała dopiero po pierestrojce. Od ukazania się Badań terenowych nad ukraińskim seksem (1996, przekład polski: 2003), nazwanych „najbardziej wpływową ukraińską książką 15 lat niepodległości”, zajmuje się pisaniem. W Polsce ukazało się wiele jej książek, m.in. Najdłuższa podróżMuzeum porzuconych sekretów Planeta Piołun.

Komentarze

Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
Komentarze w treści
Zobacz wszystkie