Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Obserwuj Obserwuj

Straszenie wojną nie ma przypadku Polski większego sensu

Chciałabym się mylić, ale można prognozować, że rosyjska prowokacja, przed którą mają ostrzegać Amerykanie, nie odwróciłaby antyukraińskich nastrojów w Polsce, a tylko je pogłębiła – i doprowadziła do jeszcze większej erozji poparcia dla Ukrainy w tej wojnie.

ObserwujObserwujesz
Walka

W zmasowanych rosyjskich ostrzałach Kijowa zginęło w minionych dniach kilkadziesiąt osób. W ataku, który miał miejsce z 1 na 2 lipca – ponad 31 zostało zabitych, a ponad 100 rannych. W nocy z 5 na 6 lipca Rosjanie uderzyli znowu w stolicę Ukrainy. Kiedy piszę ten tekst, wiadomo o 12 zabitych osobach, ale w miarę jak będzie trwać akcja ratunkowa, będziemy się zapewne dowiadywać o kolejnych śmierciach. Ukraińcy przyznają, że brakuje im rakiet do Patriotów. O ile nieźle radzą sobie z neutralizacją wrogich dronów, to nie mają czym zestrzeliwać rakiet balistycznych, które czynią największe szkody.

Czytaj także Ukraińcy uczą się polskiego. A Polska wciąż nie nauczyła się integracji Kaja Puto rozmawia z Przemysławem Sadurą i Oleną Babakovą

Można te ataki rozpatrywać jako zemstę za skuteczną ukraińską kampanię dronową, która wywołała w Rosji potężny kryzys paliwowy. Ale to nie jest wojna afektów, prowadzona w myśl zasady oko za oko, ząb za ząb.

Rosjanie od początku, niezależnie od tego, czy Ukraińcy odnosili sukcesy zbrojne, czy nie, trzymają się strategii opartej na terroryzowaniu ludności cywilnej, w nadziei na złamanie oporu. Ukraińska armia, choć powodów do poddania się żądzy zemsty ma wystarczająco na parę dekad do przodu, konsekwentnie stara się niszczyć potencjał zbrojny Rosji. W tym roku, kiedy własna produkcja dronów i rakiet rozwinęła się na tyle, że umożliwiła Ukrainie regularne ostrzały terytorium Rosji, ukraińska armia celuje w zaplecze logistyczne, przede wszystkim w infrastrukturę naftową. Kijów nie celuje w rosyjskich cywili, przypadkowe ofiary w ludziach po rosyjskiej stronie są, ale nieporównywalnie mniejsze niż w Ukrainie.

Wymuszona samoorganizacja

Rosja po czterech latach „specjalnej operacji” znalazła się w trudnej sytuacji. Podgryza ją kryzys ekonomiczny. W środowisku lojalnych władzy ekonomistów trwa spór o to, czy należy utrzymywać wysokie stopy procentowe, by zapobiegać galopującej inflacji, czy zupełnie zignorować ten problem, byle uwolnić więcej środków, w tym na potrzeby wojny.

Ukraińcom udało się przenieść wojnę na terytorium agresora, czego skutki coraz mocniej doskwierają Rosjanom. Już nie tylko tym w przyfrontowych regionach, ale i mieszkańcom stolicy, a nawet dalekiej Syberii. Kryzys paliwowy potencjalnie niesie ze sobą potężne problemy, dosięgając wszystkich gałęzi gospodarki. Ale to też dawno niewidziane w Rosji wydarzenie społeczne.

Kreml od lat skutecznie walczy ze wszelkimi przejawami społecznej samoorganizacji i zgromadzeń publicznych. Kolejki na stajach benzynowych stają się pretekstem do spontanicznych rozmów i wymiany opinii na tematy polityczne. W końcu Rosjanie mogą tam sobie spokojnie podyskutować, czy rzeczywiście blokada wielu aplikacji i stron, a nawet całkowite wyłączenia internetu poprawiły ich poziom bezpieczeństwa i czy naprawdę wszystko idzie zgodnie z planem, jak powtarza Putin.

I nie, raczej nic nie sprawi, że Rosjanie poczują odpowiedzialność za wojnę czy napełnią się empatią wobec Ukraińców. Ale może stracą wiarę i cierpliwość do swojego przywództwa, o czym świadczyłyby trendy w badaniach opinii publicznej, przede wszystkim tych robionych przez państwowe rosyjskie sondażownie.

O czym mówi się w kolejce do stacji

Kreml stracił zdolność do kreowania dominującej narracji. Ta umiejętność, uprawiana w iście postmodernistycznym stylu, przez lata zapewniała rosyjskim władzom względny spokój, bo tłumaczyła Rosjanom, czemu tak jak jest, nawet jeśli im się czasem nie podoba, to i tak jest lepiej niż gdzie indziej, a już na pewno lepiej niż kiedyś – np. w kryzysowych latach 90.

W obliczu trwającego właśnie kryzysu Putin nie ma jednak Rosjanom nic do powiedzenia. W dziwacznym wywiadzie z lojalnym propagandystą, udzielonym pod koniec czerwca, rosyjski prezydent niepewnie czytał, mrużąc przy tym oczy, odpowiedzi z telepromptera. Sprowadzały się one do tego, że Rosja sobie świetnie radzi, deficytu paliw nie ma, zresztą wzrasta import (tak, Rosja teraz na potęgę importuje paliwo z Białorusi i Indii), zaopatrzenie na Krym wróci lada dzień, a wszystko, co robi ukraińska armia, robi po to, by wywołać podziały w rosyjskim społeczeństwie. Ale nie ma sensu się tym przejmować, bo na froncie rosyjska armia zdobywa kolejne wioski na Donbasie. To przecież powinno być najważniejsze dla Rosjan. Nie to, że nie mogą zatankować auta, że podrożał chleb, a jesienią będzie jeszcze droższy, bo rosyjscy rolnicy i agroholdingi nie mają paliwa, by zacząć żniwa.

Czytaj także Jak Polska i Ukraina mogą wyjść z najpoważniejszego kryzysu od 2022 roku? Ołeksandr Suszko

Aha, no i Putin przyznał, że Kijów proponował porozumienie, na mocy którego działania zbrojne zostałyby ograniczone do czterech ukraińskich obwodów na wschodzie kraju. Oznaczałoby to wstrzymanie ostrzałów – ukraińskich na rosyjskim terytorium i rosyjskich, takich jak ostatnie ataki na Kijów czy inne miasta, gdzie codziennie giną ludzie. Ale Putin odparł dumnie, że Rosja się nie zgodziła. Kolejny temat do rozmów w kolejce po paliwo.

Dla Polaków to Ukraina jest problemem

Zełenski, ogłaszając 40-dniową operację, która ma doprowadzić do zakończenia wojny przez Rosję, odwołał się do biblijnej symboliki 40 dni, która przełożyła się na rozpowszechnione w prawosławnej tradycji wierzenie, że dokładnie tyle czasu potrzebuje dusza po śmierci, by ostatecznie rozstać się ze światem doczesnym. Analogicznie putinowska Rosja to trup, który musi się z własną śmiercią pogodzić, by odejść w pokoju. Ale za tymi symbolicznymi konotacjami stoi pragmatyczny rachunek.

We wrześniu w Rosji odbędą się wybory do Dumy, a według różnych pogłosek i przecieków, na które powołują się rosyjskie niezależne media, tuż po nich miałaby zostać ogłoszona mobilizacja. Choć w elitach nie brakuje zwolenników zakończenia wojny, to Putin nie rozpatruje nawet takiego scenariusza. Na Kremlu rozumieją, że bez mobilizacji nie da się dalej prowadzić wojny przeciwko Ukrainie, ale jej ogłoszenie może rozhuśtać sytuację w kraju, więc przed wyborami nie można tego tematu zaczepiać. Dlatego w Kijowie rozumieją, że trwające lato to najlepszy czas na destabilizację sytuacji w Rosji.

Na tym tle w polskich mediach, a potem w zagranicznych przedrukach pojawia się informacja o potencjalnym ataku Rosji lub Rosji do spółki z Białorusią na Polskę, o czym mają alarmować anonimowe źródła amerykańskie. Ten news nie zajmuje jednak szczególnie naszej opinii publicznej. I nie dlatego, że rosyjskie zagrożenie mamy zinternalizowane na tyle głęboko, że zawsze jesteśmy na tę potencjalność ataku gotowi, a dlatego, że od tygodni polskie społeczeństwo żyje konfliktem z Ukrainą.

Największe zagrożenie eskalacją od 2022 r.

W ostatnich przedwakacyjnych odcinkach Bloku wschodniego dużo mówiliśmy o tym, że wbrew panującemu w Polsce nastrojowi, który pozwala snuć słodki sen o tym, jak nie wpuszczamy Ukrainy do UE, zagrożenie eskalacją ze strony Rosji jest największe od wiosny 2022 roku. Atak lub zbrojna prowokacja na kraj NATO może być rozpatrywana na Kremlu i w rosyjskim sztabie jako najlepszy sposób na wyjście z koziego rogu, w który Rosja zagnała się na Ukrainie. Wywoła chaos, a w zarządzaniu chaosem Rosjanie czują się najlepiej.

O ile w scenariuszu rosyjskiej napaści na państwo sojuszu północno-atlantyckiego najczęściej rozpatruje się państwa bałtyckie – o czym rozmawialiśmy z ekspertem OSW Bartoszem Chmielewskim – to w dzisiejszym kontekście społeczno-politycznym atak na Polskę wydaje się Rosji szczególnie kuszący.

Chciałabym się mylić, ale biorąc pod uwagę sytuację, można prognozować, że rosyjska prowokacja nie odwróci antyukraińskich nastrojów w Polsce, a tylko je pogłębi i doprowadzi do jeszcze większej erozji poparcia dla wsparcia Ukrainy w tej wojnie. Na to liczy Rosja, bo już teraz bardzo wyraźnie w wypowiedziach Putina i jego ludzi, m.in. Dmitrij Pieskowa, wybrzmiewa, że to jest wojna i to prawdziwa wojna z Europą, bo gdyby nie europejskie wsparcie, to dla podporządkowania Ukrainy wystarczyłaby „specjalna operacja”. Wyjęcie z układanki ukraińskiego zaplecza takiego puzzla jak Polska byłoby gigantycznym sukcesem Kremla.

Straszenie wojną nie ma jednak większego sensu w przypadku Polski, bo rosyjska wojna trwa u nas od dawna. To, że dzisiaj nawet przyjaciele Ukrainy, by wyrazić jej swoje wsparcie w obronie przeciwko rosyjskiej agresji, zaczynają od rytualnego potępienia UPA i Zełenskiego, pokazuje, że już zostaliśmy opanowani przez rosyjską wizję, w której ukraińska państwowość została zredukowana do neonazistowskiej junty.

Komentarze

Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
0
Komentujące wszystkich krajów, łączcie się!x