Czytaj dalej

O tym, że w Polsce powstał język programowania, mówiło się we wszystkich demoludach

Każda usterka w komputerze powodowała, że cały żmudny proces programowania trzeba było przeprowadzić od nowa. Zdarzało się nawet, że maszyna padała, bo ktoś zerwał jeden z kabli zwisających luźno między poszczególnymi częściami maszyny. Po jakimś czasie ktoś wyciął z białego papieru majtki i biustonosze i powiesił je na tych kablach, żebyśmy przestali się o nie potykać. Fragment książki Karoliny Wasielewskiej „Cyfrodziewczyny”, która właśnie ukazała się nakładem Wydawnictwa Krytyk Politycznej.


Ewa Kardymowicz, wtedy Zaborowska, dołączyła do Zakładu Aparatów Matematycznych w 1961 roku, na chwilę przed tym, jak stał się Instytutem Maszyn Matematycznych.  – Może jedna trzecia, a może połowa kobiet w branży zajmowała się wtedy poważną pracą umysłową – wspomina Jan Borowiec. Co z resztą? – W maszynie XYZ posługiwaliśmy się kartami dziurkowanymi, po maszynach liczących IBM jeszcze sprzed wojny. Ktoś to musiał dziurkować i to była „robota głupiego”. Wykonywało ją wiele kobiet.

Pracownice te były więc kimś w rodzaju sekretarek: „tłumaczyły” ułożony przez programistów kod na „język” dziurek na kartach (dziurka oznaczała jeden, brak dziurki – zero), które następnie wkładało się do komputera. Nikt jednak nie traktował tego zajęcia jako typowo kobiecego. Bo w sekcji, którą dziś nazwalibyśmy programistyczną, też pojawiało się coraz więcej kobiet. – Dwa tygodnie po mnie przyszły kolejne dwie osoby, w tym jedna koleżanka – wspomina Ewa Kardymowicz.

Borowiec twierdzi, że Zakład nie poszukiwał geniuszy, ale według Kardymowicz wyniki w nauce miały znaczenie przy rekrutacji: – W kadrach trzeba było pokazać indeks, więc musiało tak być. Może też chcieli się upewnić, czy ja potrafię to, co powinnam, bo pracę magisterską pisałam z topologii.

– To tak jak ja! – mówi szef zespołu SAKO, Antoni Mazurkiewicz. O pokazywaniu indeksów nic jednak nie wie, bo nie miał wpływu na rekrutację swoich późniejszych pracowników. – Jak dla mnie kryterium było jedno: to, czy ktoś potrafi logicznie myśleć.

Ewa wybrała studia matematyczne na UW, bo od dziecka lepiej radziła sobie z przedmiotami ścisłymi. Tak, zaintrygowało ją ogłoszenie z Zakładu Aparatów Matematycznych, podkreśla jednak, że zależało jej w gruncie rzeczy na jakiejkolwiek pracy. Chciała odciążyć mamę, która utrzymywała ją sama. Ojca Ewy w 1943 roku rozstrzelali Niemcy; dziewczynka miała wtedy cztery lata. Niewiele poza tym pamięta z czasów okupacji. Późniejsze lata spędziła w Zakopanem, dokąd jej mama pojechała z nią w poszukiwaniu pracy – zajmowała się tam rękodziełem. To pod Tatrami przyszła programistka skończyła podstawówkę i liceum. – Do tej pory mam kontakt z przyjaciółmi z tamtych czasów. A prace mamy z tego okresu może pani tu zobaczyć – mówi, pokazując martwe natury na ścianach swojego mieszkania.

Ewa z dumą wspomina kilkadziesiąt lat swojej pracy. Ma pękatą teczkę ze świetnie zachowanymi dokumentami, nie tylko z Instytutu Maszyn Matematycznych. W latach 90. przeniosła się do Biblioteki Narodowej i odegrała znaczącą rolę w komputeryzowaniu jej katalogu.

W początkach Instytutu pionierzy informatyki pracowali  przy ulicy Koszykowej, w gmachu dzielonym ze studium wojskowym Politechniki. Musieli jednak często chodzić na Śniadeckich, gdzie mieściła się montownia pierwszych komputerów. – Stresujące było to przemieszczanie się, bo przechodziło się przez plac, gdzie ci wojskowi studenci stali w dwóch szeregach, akurat tak, że każda dziewczyna musiała przed nimi przedefilować. Słyszałyśmy różne komentarze – wspomina ze śmiechem Ewa. Ale kto już wszedł na Śniadeckich, ten potrafił przepaść bez wieści. – Jak się pisało programy, to się przychodziło do pracy w różnych godzinach dnia i nocy. Zamawiało się dostęp do komputera na pół godziny, żeby „puścić” program.

Gdzie są kobiety w IT?

czytaj także

Gdzie są kobiety w IT?

Johanna Nejedlová

A bywało i tak, że młodzi programiści spędzali tam całą noc: – Tak było, jak mieliśmy programowanie grupowe – wspomina Zofia Okrasińska, rocznik 1938, panieńskie nazwisko Galster. Dołączyła do Instytutu rok po Ewie Zaborowskiej. Podkreśla, że nigdy nie pracowała na XYZ, załapała się już na czasy kolejnej skonstruowanej tam maszyny, ZAM-2. Jednak tryb pracy się nie zmienił. – Nasz szef, Andrzej Wiśniewski, uważał, że możemy czuć się wyróżnieni, mając stały kontakt z tymi komputerami. Opowiadał, jak jeden z ówczesnych ministrów błagał go o godzinę pracy na maszynie, o dowolnej porze. Zawsze to sobie przypominam, jak teraz widzę te komputery w smartfonach, w rękach dzieci…

XYZ był prawdziwą gwiazdą. Opisywano go jako „wszechwiedzący” – według czasopisma „Młody Technik” potrafił „wyliczać orbity sputników i kierować rakietami”. Chyba nie dla wszystkich było jasne, że maszyna rozwiązuje wiele problemów, ale jedynie matematycznych.

– Kiedyś przyszła wycieczka rolników. I jeden z nich mówi do mnie: „Niech pan zapyta tej maszyny, co ja mam zrobić, żeby mi się świnie lepiej prosiły” – opowiada były inżynier technik z Instytutu, Ryszard Pomaski. Jego żona Krystyna, z domu Niemiec, urodzona w 1935 roku, to kolejna przyjaciółka Ewy z czasów pracy w IMM.

Co można było pokazać na komputerze takiej wycieczce, skoro programowanie zajmowało całe wieki? Antoni Mazurkiewicz wspomina, że mieli w Instytucie trochę gotowych programów, które pozwalały unaocznić możliwości XYZ. Maszyna wypluwała na przykład obliczenia trajektorii dwóch punktów, które sunęły po torach i miały się spotkać w wybranym miejscu.

„Weźcie dziewczynę, niech ona to policzy!” Kim była Katherine Johnson

W USA pierwszy komputer powstał na zlecenie wojska, w Polsce – był rezultatem pracy grupy hobbystów, ale wojskowi mieli świadomość, że mogliby z niego korzystać. – Bardzo byli tej maszyny ciekawi i bardzo się jej bali – opowiada Mazurkiewicz. – Im wyższy stopień, tym więcej lęku. Jak już przychodził generał i mówiliśmy: „Panie generale, proszę wcisnąć ten guzik”, to było pewne, że on do wciskania guzika wezwie adiutanta. Przecież nie wypadało, żeby taki wielki generał się pomylił albo, co gorsza, zepsuł maszynę!

XYZ był prawdziwą gwiazdą. Opisywano go jako „wszechwiedzący” – według czasopisma „Młody Technik” potrafił „wyliczać orbity sputników i kierować rakietami”.

A ta bardzo lubiła płatać figle akurat w obecności mundurowych. Ewa, Zofia i Krystyna nawet mówiły między o „efekcie generalskim”: – Zawsze coś się psuło albo zawieszało, jak akurat wizytował nas jakiś generał.

Ostatecznie jednak XYZ znany jest dziś głównie z obliczeń wykonywanych na zlecenie wojska. Choć jak wspomina Mazurkiewicz, pierwsi do maszyn z IMM przekonali się koledzy z Instytutu Fizyki. Cieszyli się, że w końcu mogą ich użyć do działań, których jeszcze do niedawna, licząc „na piechotę”, nie byli w stanie wykonać.

Kiedy Kardymowicz, Okrasińska i Pomaska pojawiły się w Instytucie, SAKO był na etapie ostatnich szlifów. Działał już SAS. Jak mówi Krystyna, przekładanie poleceń dla komputera na język zer i jedynek to była mrówcza robota. – Musieliśmy analizować każde słowo używanego przez nas kodu z osobna, żeby wiedzieć, jak je przetłumaczyć na te zera i jedynki.

Zofia próbuje sobie przypomnieć, czy pierwsze „robale” pisały z koleżankami do SAS-u. Chodzi o schematy blokowe, graficzny obraz algorytmów, czyli sekwencji działań, jakie ma wykonać maszyna zgodnie z poleceniami opisanymi w programie. W tamtych czasach rysowało się je na kartkach. Krystyna pokazuje mi całe ryzy papieru zapisane „robalami”.

O tym, że w Polsce powstał język programowania, mówiło się we wszystkich demoludach. Ewa już w 1961 roku znalazła się w ekipie prezentującej SAKO na konferencji w Kijowie. Był to dla niej powód do dumy, bo przecież nie pracowała przy tym projekcie od samego początku.

Życie SAKO, jak już wiemy, okazało się krótkie, bo kolejna generacja warszawskich komputerów, ZAM-3 i ZAM-21, wymagała już bardziej zaawansowanych języków i technologii. Zespół SAKO podzielił się wówczas na trzy grupy. W tej tworzącej translator ALGOL-u znalazły się Jowita Koncewicz i Maria Łącka. Krysia dołączyła do zespołu COBOL-a, podobnie jak Zofia Okrasińska. Ewa została zaangażowana do pracy przy systemach operacyjnych.

ALGOL powstał, rzecz jasna, przed SAKO, ale nie był dużo starszy. Międzynarodowy zespół matematyków, do którego należeli między innymi Peter Naur i John Backus, rozpoczął prace nad nim w połowie lat 50. To w ALGOL-u pojawił się element kluczowy dla całego późniejszego programowania – algorytmy. Stąd zresztą jego nazwa: ALGOL to skrótowiec od ALGOrithmic Language. Jego późniejszą, udoskonaloną wersję – ALGOL 60 – uważa się za „matkę” wielu współczesnych języków, między innymi Pascala.

ZAM-3 i ZAM-21 miały być pierwszymi komputerami wykorzystywanymi w przemyśle, stąd z kolei potrzeba stworzenia drugiego zespołu, który dostosowałby do nich COBOL-a, język programowania przydatny do zarządzania produkcją czy całym przedsiębiorstwem. – On jako pierwszy dawał możliwość tworzenia baz danych. Dlatego był potrzebny wszelkim działom przemysłu czy urzędom. Wynikały z tego czasem kuriozalne sytuacje. Kiedy jeden z naszych kolegów, Janek Wierzbowski, stworzył bazę danych dla jakiejś wojskowej centrali części samochodowych, w efekcie, jak wieść niesie, pewna liczba jej pracowników trafiła do więzienia. Bo kiedy pozbierało się wszystkie wykazy tych części i zrobiło z nich jeden zbiór cyfrowy, to wyszło, że wiele z nich było już tylko na papierze – wspomina Antoni Mazurkiewicz.

Byt kształtuje nieświadomość. Skąd tylu kuców w IT?

Najbliżej „serca” ZAM-3 i ZAM-21 znalazła się Ewa, która tak opisuje swoją pracę w zespole systemów operacyjnych:

– Przenosiło się dane na nową maszynę według supervisora z tej poprzedniej, z drobnymi zmianami. Supervisor to był pierwszy program, który wprowadzało się do maszyny, żeby ją uruchomić i żeby inne programy mogły na niej zadziałać. Na ogół, kiedy się go puszczało, natychmiast przestawał działać. Wiele rozkazów było jeszcze nie do końca opracowanych, z błędami.

To z tego powodu Ewa podróżowała do Wrocławia. Na początku lat 60. Elwro otrzymało dokumentację ZAM-21. – Jak mieli uruchamiać maszynę zrobioną w IMM i pojawiały się błędy, to trzeba było do nich jeździć i pokazać im, co tam jest do naprawienia. Im zresztą zależało na tym, żeby tych błędów było jak najwięcej, bo nie chcieli robić naszych maszyn – twierdzi Kardymowicz. I przyznaje wprost, że „to była niewdzięczna praca”.

Schematy blokowe, graficzny obraz algorytmów, czyli sekwencji działań, jakie ma wykonać maszyna zgodnie z poleceniami opisanymi w programie. W tamtych czasach rysowało się je na kartkach.

Współpraca między Warszawą a Wrocławiem układała się różnie. Marian Snowarski, który pracował w Ośrodku Prób oraz w Ośrodku Zastosowań Maszyn Matematycznych oraz w serwisie Elwro, twierdzi, że liczne informacje w literaturze, jakoby pierwszy komputer z rodziny Odra – skonstruowany w 1960 roku model 1001 – opierał się na projekcie Jerzego Gradowskiego z Zakładu Aparatów Matematycznych PAN, nie oddają całej prawdy. – Jeździliśmy do nich się uczyć, bo oni zajmowali się tym wcześniej. Zresztą IMM nie był jedynym takim ośrodkiem, którego pracom się przyglądaliśmy – inne były choćby w ZSRR. W żadnym wypadku nie kopiowaliśmy ich pomysłów. Projekty były nasze.

Podobnie było w przypadku bębnowej pamięci operacyjnej Odry 1001: według źródeł stanowiła „zmodyfikowaną wersję pamięci EMAL-2”, ale według Snowarskiego jej projekt dla Elwro stworzył główny technolog zakładu, Andrzej Niżankowski, tylko inspirując się tym, co powstało w stolicy.

ZAM-21 nie powtórzył sukcesu UMC-1 z Politechniki Warszawskiej. Po złożeniu przeszedł testy i okazał się zbyt awaryjny, żeby wejść do produkcji. Według Snowarskiego nie wynikało to jednak z nieudolności Warszawy czy złośliwości Wrocławia: – Składało się coraz lepsze te maszyny, te pierwsze wręcz z założenia były „testowe”.

„Houston, mamy problem. Jaki? Domyślcie się”

Elżbieta Jezierska-Ziemkiewicz, która brała udział w pracach nad UMC-1 jako studentka Politechniki Warszawskiej, a w latach 70. zasłynęła jako konstruktorka minikomputera Mera 400, uważa, że ZAM-y zostały „uśmiercone” z przyczyn politycznych: – Polskie projekty informatyczne dotykała „klątwa trzech lat”. Każdy z nich przez trzy lata podobał się decydentom, a później, gdy na ich miejsce przychodzili inni, forsowali swoją wizję rozwoju informatyki, na ogół nie mając do tego merytorycznego przygotowania. ZAM-y były rewolucyjne jak na swoje czasy. Wtedy plan był jednak taki, żeby IMM przestał być najważniejszym ośrodkiem koncepcyjnym i żeby stało się nim Elwro, które stawiało na kopiowanie technologii z Zachodu.

Antoni Mazurkiewicz nie chce porównywać UMC-1 z ZAM -ami. Wspomina tylko, że system wykorzystany w maszynie zaprojektowanej na Politechnice – nie zero-jedynkowy, a z wykorzystaniem liczby minus dwa – wydawał mu się „osobliwy”. Twierdzi jednak, że Instytut raczej nie widział konkurencji w ekipie Pawlaka: – On zawsze był dla nas autorytetem. Zresztą, wszystko w ówczesnej informatyce było nowe, a że nie rywalizowaliśmy ze sobą na wolnym rynku, tylko były to wszystko przedsięwzięcia czysto naukowe, raczej byliśmy tych innych projektów ciekawi.

Co motywowało grupę młodych ludzi z Instytutu Maszyn Matematycznych do ślęczenia po nocach w montowni komputerów?

Na pewno nie pieniądze. „Praca ta, tak bardzo interesująca i zaszczytna, była jednak bardzo nisko płatna – opisuje początki tej instytucji Leon Łukaszewicz. – Dwukrotnie wyższą pensję, a także upragnione mieszkanie niejeden z nas mógł łatwo otrzymać gdzie indziej. Zwróciliśmy się więc do profesora Kuratowskiego z prośbą o podwyżkę uposażeń. Otrzymaliśmy odpowiedź, że tak niskie płace są wprawdzie surowym, ale niezbędnym sprawdzianem młodych ludzi, czy praca naukowa jest istotnie jedynym ich powołaniem. »Gdybyśmy dobrze płacili, to kogo byśmy tu mieli?« – pytał z troską profesor Kuratowski.

Argument ten nie całkiem wówczas do nas przemówił, lecz oczywiście nikt nie opuścił tak cenionego przez nas Instytutu. Po jakimś czasie dla kilku z nas Instytut wystarał się również o mieszkania”. Pamiętajmy jednak, że był to czas odbudowy polskiej gospodarki po wojnie i w przestrzeni publicznej dominowała narracja o ofiarnej pracy na rzecz ojczyzny. Prawie nikt dużo nie zarabiał. Ponadto, dopóki komputery powstawały w zaledwie kilku egzemplarzach, były raczej ciekawostką naukową o tylko potencjalnym znaczeniu dla gospodarki. Dopiero gdy ruszyła seryjna produkcja odr, w Elwro pensje poszły w górę, a konstruktorzy maszyn i programiści dostawali od swojego zakładu pracy „benefity” w postaci mieszkań i samochodów.

Na przełomie lat 50. i 60. młodzi pracownicy warszawskiego Instytutu nie mieli zatem szans na kariery i pieniądze – podkreślają jednak, że bardziej cenili sobie panującą tam atmosferę. Wspólne ślęczenie nad „robalami” zbliżało. W trakcie pracy mieli wiele „pustych przelotów”, bo po wprowadzeniu programu do maszyny czekało się na wynik co najmniej pół godziny, o ile się w międzyczasie nie zawiesiła.

– Puszczało się program i szło do „Wróbla”. Akurat jak się zjadło coś słodkiego i wypiło herbatę, komputer wypluwał wyniki – wspomina Krysia.

Ewa: – Jak przynosiliśmy ciastka na noc, to liczyliśmy, czy zdążymy wybrać się po drugą porcję przed zamknięciem cukierni.

Być może rodzina Wróblów, właściciele istniejącego do 2017 roku kultowego lokalu na Noakowskiego, nawet nie wiedziała, jak znaczącą rolę odegrała w rozwoju polskiej informatyki.

Bywało też, że programiści robili się zwyczajnie głodni.

– Pokoju socjalnego jako takiego nie było, można było sobie co najwyżej zrobić herbatę. Jak pracowaliśmy w nocy, to przynosiliśmy czajnik albo kuchenkę i sobie gotowaliśmy, smażyliśmy – opowiada Krystyna.

Każda usterka w komputerze powodowała, że cały żmudny proces programowania trzeba było przeprowadzić od nowa. Zdarzało się nawet, że maszyna padała, bo ktoś zerwał jeden z kabli zwisających luźno między poszczególnymi częściami maszyny – do wczesnych lat 70. standardowe urządzenie składało się z kilku szaf zajmujących nieraz całe pomieszczenie, jeśli nie piętro budynku. – Po jakimś czasie ktoś wyciął z białego papieru majtki i biustonosze i powiesił je na tych kablach, żebyśmy przestali się o nie potykać – wspomina mąż Krystyny.

To właśnie atmosfera pikniku i panujące tu absurdalne poczucie humoru ujęły Zofię. Zaraz po studiach na fizyce pracowała w dwóch instytutach – energetyki oraz szkła i ceramiki. Nie czuła się tam jednak najlepiej. Za namową znajomych poszła do IMM: – Nie mogłam uwierzyć, że tam jest tak fajnie.

Nie bójmy się start-upów, tylko „Doliny Krzemowej nad Wisłą”

Tryb ich pracy był, jak na standardy PRL, niecodzienny. Władze Instytutu szybko uznały, że ci, którzy siedzą przy maszynie po nocach, powinni zaczynać pracę później. Nie była to jednak standardowa druga zmiana, tłumaczy Ewa: – My przychodziliśmy o dziewiątej, a reszta Instytutu o siódmej trzydzieści.

Co jakiś czas administracja czy dyrekcja się buntowała i kazała nam znów przychodzić tak jak wszystkim. Wtedy jednak pojawiał się problem godzin nadliczbowych, za które trzeba nam było zapłacić. Temat upadał i znów przychodziliśmy na dziewiątą.

Z przełożonymi udawało się porozumieć o tyle łatwo, że byli od swoich podopiecznych góra o kilka lat starsi. I nie bardzo mogli się powoływać na własny autorytet naukowy. – Mazurkiewicz dopiero przy nas robił doktorat! – zauważa Zofia. Jedynym profesorem, który zajmował się wtedy informatyką, był Leon Łukaszewicz. I krążyła plotka, że nie spieszył się z promowaniem doktorantów.

Samo programowanie było frajdą – w przeciwieństwie do jego aspektu czysto technicznego. Jak już wiemy, w pierwszych latach IT w Polsce i na świecie posługiwano się kartami perforowanymi, które wprowadzało się do komputera. Każdy program był zapisywany na kilku kartach (programiści pisali go na zwykłym papierze i przekazywali specjalnemu działowi, który w odpowiedni sposób dziurkował karty). Kiedy jedna z nich się zniszczyła albo wykryto na niej błąd, dorabiało się ją, nie trzeba było pracować nad całym programem od początku. I to można uznać za jedyną zaletę kart – mówią zgodnie ówczesne programistki.

Każdy program był zapisywany na kilku kartach. Kiedy jedna z nich się zniszczyła albo wykryto na niej błąd, dorabiało się ją, nie trzeba było pracować nad całym programem od początku.

– Karty były z papieru, więc łatwo się niszczyły. Poza tym ciągle trzeba było pilnować, żeby się nie pomieszały. Pamiętam, że robiliśmy na krawędziach rysunki. Kiedy karty były ułożone w stosik, na jego „grzbiecie” pojawiał się dzięki temu obrazek. Chodziło o to, żeby wiedzieć, w jakiej kolejności poskładać je z powrotem, jeśli się rozsypały – opowiada Zofia.

Po kartach weszły taśmy perforowane, też z papieru, które często się rwały. A wtedy trzeba było już nanosić na nową taśmę cały program od zera. Taśm plastikowych jako jeden z pierwszych zakładów w bloku wschodnim zaczęło używać wrocławskie Elwro. – Taśmy były dziurkowane przez dalekopisy. Jeśli jednak w którymś miejscu pojawił się błąd, można było dorobić brakującą dziurkę specjalnym urządzeniem. To był taki zmodyfikowany dziurkacz biurowy, trochę mniejszych rozmiarów. Nazywaliśmy go „łapką na myszy”, bo dokładnie tak wyglądał – wspomina Ewa.

O ile XYZ miał tylko czytnik i perforator kart, o tyle ZAM-y dysponowały już analogicznymi urządzeniami do obsługi taśm. Miało to uczynić je nieco bardziej poręcznymi dla użytkownika. XYZ był bowiem projektem eksperymentalnym, a ZAM-2 działał już choćby w Towarzystwie Ubezpieczeń i Reasekuracji WARTA. Najbardziej zaawansowany z komputerów tej rodziny, ZAM-41, powstał już na zlecenie rządu.

Nadchodzi koniec eldorado informatyków?

Maszyny tego modelu pracowały między innymi w Hucie Warszawa i Stołecznym Ośrodku Elektronicznej Techniki Obliczeniowej (SOETO). Miały mnóstwo urządzeń peryferyjnych, przez co zajmowały aż trzy pomieszczenia – obok wspomnianego czytnika taśm również dalekopis, monitor czy drukarkę i absolutną nowość – pamięć taśmową: na półcalowej taśmie magnetycznej o długości ponad siedmiu metrów dało się zapisać aż cztery megabajty danych.

Do czasu wprowadzenia tego rozwiązania największym problemem pierwszego pokolenia programistów była optymalizacja, czyli upakowanie jak największej ilości danych do ograniczonej pamięci.

– Programowanie XYZ było o tyle trudne, że on miał tysiąc dwadzieścia cztery słowa krótkie (osiemnaście bitów) pamięci operacyjnej i pięćset dwanaście (trzydzieści sześć bitów) Jowita Koncewicz z taśmą perforowaną, fot. archiwum prywatne pamięci bębnowej – tłumaczy Krystyna. – Dużo później weszły taśmy magnetyczne, które pozwoliły nieco swobodniej dysponować pamięcią. Do tego czasu trzeba było programy strasznie ścieśniać, żeby w tej pamięci się jak najwięcej zmieściło.

Liczby 512 i 1024 były w Instytucie tak często powtarzane, że programiści mieli je w głowie również w sytuacjach zupełnie niezwiązanych z komputerami: – Nasz kolega Jurek Swianiewicz jechał w delegację i dostał jako zaliczkę pięćset złotych. Pytał: „Dlaczego nie pięćset dwanaście?” – wspomina Ewa ze śmiechem.

Choć technologia rozwijała się w zawrotnym tempie i pojawiały się coraz to nowsze komputery, aż do lat 70. nie zmieniało się jedno: trzeba było wyjść z domu, żeby programować. Krystyna: – Chodziło się „na komputer”, bo w mieście był na przykład jeden egzemplarz jakiejś maszyny. Pamiętam, jak kursowałam do Pałacu Kultury, kiedy przygotowywałam pracę magisterską. Pracowałam na komputerze Ural, który zajmował tam całe szóste piętro.

Ewa: – Jak już wszedł IBM, to w mieście zrobiło się tych maszyn więcej. Jeśli jedna była obciążona, szło się gdzie indziej. IMM kupował wszelkie nowości i miał własny IBM 360, ale gdy kolejka do niego była za długa, można było próbować na przykład w ZETO.

Rewolucją było pojawienie się wrocławskich odr. Wprawdzie nadal nie były to pecety, na których można było pracować z domu, ale programowało się je szybciej i poręczniej. Mniejsze i sprawniejsze od dotychczas używanych komputerów, miały też monitory i klawiatury. Trudno to sobie dziś wyobrazić, ale XYZ był podłączony do oscyloskopu, na którego ekranie wyświetlały się jasne punkty („jedynki”) i ciemne przestrzenie między nimi („zera”), z kolei ZAM-41 nadal korzystał z dalekopisu. Odry były również tańsze od maszyn IBM, bo produkowano je w kraju. W drugiej połowie lat 60. pojawiły się na uczelniach i w zakładach przemysłowych.

– Programowanie stało się łatwiejsze i zabierało mniej czasu – wspomina Krystyna. – Dzięki klawiaturze i monitorowi można było pracować na komputerze w pojedynkę, bez operatorów, którzy dawniej uruchamiali maszyny.

I kiedy się wydawało, że wszystko dobrze idzie, pojawił się zgrzyt. Polskiej informatyce zafundowało go nawet nie państwo, tylko cała RWPG, która w 1969 roku uparła się produkować wspólnie jeden model komputera: klon IBM 360. Tak w dużym skrócie można opisać projekt RIAD – Jednolity System Elektronicznych Maszyn Cyfrowych.

Kosmos należy do Polek?

Każdemu z państw bloku wschodniego wyznaczono konkretny wycinek pracy. W Polsce miały powstawać procesory, pamięci taśmowe i drukarki – wszystko wzorowane na urządzeniach zza oceanu. Pracę nad nimi moje rozmówczynie z Elwro wspominają jako odtwórczą. Według nich RIAD zabił entuzjazm całego pokolenia młodych informatyków, którzy najpierw dostawali nagrody państwowe za pierwsze skonstruowane w Polsce komputery (tak było w przypadku Analizatora Równań Różniczkowych czy ZAM-2), a potem kazano im zarzucić dotychczasowe projekty i kopiować cudze pomysły. Zaletę RIAD miał jedną: był wspólnym wrogiem, który zjednoczył Warszawę i Wrocław.

RIAD zabił entuzjazm całego pokolenia młodych informatyków, którzy najpierw dostawali nagrody państwowe za pierwsze skonstruowane w Polsce komputery, a potem kazano im zarzucić dotychczasowe projekty i kopiować cudze pomysły.

– Oni konstruowali komputer, który miał być dokładnie taki jak IBM. Oprogramowanie mieliśmy wziąć od Niemców. Ale nie wszystko tam od razu pasowało, więc my w IMM mieliśmy odczytywać to IBM-owskie oprogramowanie i dostosować je do naszych maszyn. I to już robiliśmy z Wrocławiem na zasadzie takiej przyjacielskiej współpracy – mówi Ewa. Wprawdzie budowane we Wrocławiu riady, R-30 i R-32, miały inne (jak się okazało – lepsze) para- metry techniczne niż odgórnie zakładane dla tego projektu, jednak w przypadku oprogramowania pola do popisu nie było. Miało imitować IBM-owskie, i już.

Dla Ewy nie był to zresztą aż taki cios, jak dla wielu innych informatyczek, które RIAD wręcz skłonił do szukania nowego zajęcia: – Oczywiście, my też woleliśmy robić i programować swoje komputery. Ale nie mieliśmy wyboru – tłumaczy. – To była bardzo żmudna praca, może i ciekawa, ale w porównaniu z tym, co robiliśmy wcześniej, trochę naśladowcza. Do tego dochodziły odbiory, w czasie których oficjele z ZSRR oceniali postępy w pracach nad RIAD we wszystkich krajach RWPG. Ich atmosfera musiała zrobić wrażenie na Krystynie Pomaskiej, bo napisała o tym wiersz:

Siadły puchacze w ogromnej sali,
Co przyfrunęły z bliska lub z dali.
Puszą swe piórka, skrzydełka głaszczą,
Patrzą wokoło, czy już im klaszczą.
Bo każdy dudek kocha swój czubek,
A oni myślą, że czubki owe
Zdobią prześlicznie ich dumne głowy,
W których skłębiło się myśli wiele.
I płyną słowa jak miody pszczele,
Słodkie i gładkie, i grzeczne wielce.
Wieczorem za to, już przy butelce,
Języki raźno w gwarach przeróżnych
Dowcipy sypią do godzin późnych.
I przyjaźń płynie między nacjami,
Co sobie żyją gdzieś za górami,
W klimatach różnych i krajobrazach.
Dziś tu zjechali, aby o Bazach
Danych rozprawiać i o Systemach,
Co w całym świecie równych im nie masz.
Brat – Niedźwiedź Bury wszystkim przewodzi,
Wnikliwym okiem za każdym wodzi.
Jako gęś szara rządzić chce wszędzie,
Zasiada zwykle na głównej grzędzie,
Poślednie miejsca innym oddaje.
Tego pochwali, tego wyłaje,
Każdemu jakąś rolę wyznacza,
Łaski rozdaje z miną bogacza.

Atmosferę panującą wokół RIAD dobrze oddają też poświęcone mu teksty prasowe z tego okresu. „Trybuna Ludu”, pisząc o R-30, donosiła, że dostawcy podzespołów do maszyn cyfrowych nie realizują na bieżąco swoich zobowiązań. „Nierytmiczne dostawy materiałów i podzespołów wywołują […] zakłócenia w produkcji, nerwowość wśród załogi i inne ujemne zjawiska”.

Zielona Dolina Krzemowa w Polsce jest możliwa – ale zaklęcia o innowacjach nie wystarczą

RIAD był drastyczną zmianą w życiu programistek także dlatego, że do czasu jego wprowadzenia zajmowały się już tematami, które mocno wyprzedzały ówczesny etap rozwoju technologii. – Zakończyłam pracę przy systemach operacyjnych i przeszłam do działu, który skupiał się nieco bardziej na teorii. Badaliśmy możliwości wykorzystania sztucznej inteligencji, na przykład do rozpoznawania mowy – opowiada Ewa.

Obecnie AI, czyli sztuczna inteligencja, jest w powszechnym użyciu. Umożliwia choćby personalizowanie reklam na podstawie przeglądanych przez użytkownika treści w sieci czy identyfikację danej osoby, zwierzęcia albo rośliny na podstawie milionów ich zdjęć wykonanych z różnych perspektyw.

Jeśli chodzi o samo rozpoznawanie mowy, korzysta z tej funkcji każdy, kto porozumiewa się z wirtualnym asystentem, każąc mu na przykład znaleźć trasę na mapie w nawigacji samochodowej. W tamtych czasach była to pieśń przyszłości. Zofia: – Kiedy Mazurkiewicz bronił doktorat u Łukaszewicza, wszyscy „rodzinnie” poszliśmy mu kibicować. Jego praca dotyczyła możliwości odczytywania przez komputer tekstu z książki i, w dalszej perspektywie, rozpoznawania przez maszynę tekstu pisanego. Wtedy to było science fiction, a dziś to już jest rzeczywistość, w której żyjemy.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Bio

Karolina Wasielewska

| Autorka książki „Cyfrodziewczyny”
Autorka tech-feministycznego bloga Girls Gone Tech.pl i reportażu o pionierkach polskiej informatyki „Cyfrodziewczyny”, który ukaże się nakładem Wydawnictwa Krytyki Politycznej.