Czytaj dalej

Minister Wilczek nie miał pojęcia o motoryzacji zupełnie

Włosi od nas wzięli wtedy osiemdziesiąt tysięcy maluchów do sprzedania na własnym rynku. Myśmy ich prosili, żeby wzięli sto. Oni mówią, że mają rynek zbadany, ale że ich tak błagamy, to mogą wziąć sto, ale odpowiedzialność za osiemdziesiąt. A Wilczek chciał czterysta tysięcy – fragment książki Aleksandry Leyk i Joanny Wawrzyniak „Cięcia. Mówiona historia transformacji”, która właśnie ukazała się nakładem Wydawnictwa Krytyki Politycznej.


Edward (1935), inżynier. Pracę w FSO rozpoczął w 1953 roku na montażu silników, kończąc zaocznie technikum i studia na Politechnice Warszawskiej. Szybko awansował na główne stanowiska kierownicze. W latach 1978–1982 dyrektor Przedsiębiorstwa Handlu Zagranicznego „Pol-Mot”. W latach 80. dyrektor naczelny FSO. W 1989 roku ponownie zatrudniony w „Pol-Mot” jako przedstawiciel w Jugosławii. Przeszedł na emeryturę w 2000 roku.

[…]

Wtedy często mówiono: „Fabryka Samochodów Omawianych”, nic nie umiecie robić, tylko o licencjach rozmawiacie. Nasz Ośrodek Badawczo-Rozwojowy wyprodukował kilkanaście prototypów, bardzo ciekawych. Ale żaden nie mógł wejść do produkcji, bo nikt nie miał pieniędzy, a dokładnie dolarów. Ja poleciłem temu ośrodkowi: „Panowie, macie jak najszybciej wytonować nowy prototyp samochodu średniolitrażowego”. I został wykonany samochód ze wszystkimi częściami, oryginalnymi, chyba ze trzy sztuki, do dzisiaj w muzeum motoryzacji można go oglądać. Mimo że takich prototypów się nie pokazywało, to ja go zawiozłem specjalnie pod Stadion Dziesięciolecia na wystawę motoryzacyjną. Dziennikarze pytali, dlaczego nie można go wyprodukować. A ja mówię, że tylko licencjodawca może dać kredyt w dolarach, pół miliarda. Podjąłem przegląd szesnastu firm, z każdą były rozmowy, ale trochę było też niechęci, bo wtedy myśmy nie rejestrowali „Solidarności” i niektórzy mówili: „My tym Polakom nie damy kredytu”. Takie polityczne problemy.

Na końcu stanęło na tym, że zamiast produkować własny samochód, wybieraliśmy między Japończykami z Daihatsu i Włochami, czyli Fiatem. Rząd popierał Fiata, a Jaruzelski koncepcję japońską, bo premier Japonii powiedział, że jak FSO podpisze z nimi kiedyś jakiś kontrakt, to będzie to łącznik Polski z Japonią, przyjdą do Polski nowe technologie. Była kiedyś wielka narada rządu z premierem Messnerem i jego zastępcami, i oczywiście generałem Jaruzelskim. Trwała od dziewiątej wieczorem do pierwszej w nocy. Ja opowiadałem się za koncepcją japońską. Wygrałem to i zaraz mi polecono, żebym wziął ministra i pojechał do Japonii, aby to sfinalizować. Jednak sprawa znowu zaczęła się wlec, ponieważ Klub Paryski postanowił uchwalić, żeby Polsce nie dawać żadnych kredytów w związku z nierejestrowaniem „Solidarności”. Jak byłem w Japonii, rozmawiałem z szefem Mitsui, to nie była firma od samochodów, ale od finansowania. Mówię: „Panie prezesie, dlaczego pan, który ma eksport na pewno większy niż cała Polska, robi problem z pół miliardem dolarów?”. Na to on odpowiedział: „Proszę pana, pan ma rację, nas jest na to stać, ale Klub Paryski zabronił”. „Ale wy nie jesteście w Klubie Paryskim”. „Tak, nie jesteśmy, jakbyśmy wyszli przed orkiestrę, toby nas tutaj zapluli. W związku z tym czekamy, żeby ktokolwiek dał Polsce mały kredycik. A wtedy my dajemy natychmiast”.

Jak Fiat zobaczył, że jest na straconej pozycji, to oświadczył nam, że daje nam licencję na Uno. Poza tym obiecali zgodę na eksport, poza rynkiem włoskim i dwoma rynkami, gdzie Fiat miał swoje montownie. Tylko eksport na Zachód pozwoliłby nam spłacić kredyt, który wynosił pół miliarda dolarów. Włosi widzieli, że oferta japońska jest bardzo ciekawa, i sami się zaczęli starać. Wpadli na genialny pomysł: my, Fiat, jesteśmy prywatną firmą i nas nie interesuje uchwała Klubu Paryskiego. Chyba 3 grudnia 1988 roku mieliśmy parafować kontrakt, ale wtedy ministrem przemysłu był Mieczysław Wilczek, który nie miał pojęcia o motoryzacji zupełnie, sam powiedział na konferencji: „Ja się na motoryzacji tyle znam, że wiem, jak się kluczyk wkłada do stacyjki” – więc ten facet na drugi dzień zerwał kontrakt. Włosi się obrazili, a ja złożyłem rezygnację.

Fabryka Sensów Osobistych przywraca społeczną historię FSO

Po kilku tygodniach Wilczek pojechał do Fiata. Włosi od nas wzięli wtedy osiemdziesiąt tysięcy maluchów do sprzedania na własnym rynku. Myśmy ich prosili, żeby wzięli sto. Oni mówią, że mają rynek zbadany, ale że ich tak błagamy, to mogą wziąć sto, ale odpowiedzialność za osiemdziesiąt. A Wilczek chciał czterysta tysięcy; oni go pytali, jak je będzie sprzedawał – wtedy rynek maluchów to około pięć procent. Nie przyjął go Agnelli, prezes Fiata, bo był obrażony za zerwanie umowy. Tak się skończyła rozmowa z Fiatem – kompromitacja. Bez konsultacji zerwać kontrakt parafowany to była jakaś paranoja. Tak się nie robi. To był pierwszy krok w kierunku likwidacji FSO, bo jakby ten kontrakt został podpisany, to do dziś by fabryka krążyła, może byłaby własnością Fiata.

[…]

Do tej zmiany musiało dojść, bo inaczej byśmy żyli biednie

Ja nie należę do tych ludzi, którzy plują na PRL od A do Z. Zapomina się, że ktoś odbudował Warszawę i wiele innych miast, ktoś zbudował wiele fabryk, hut i tak dalej. Nasza fabryka zbudowała dla pracowników dwa budynki hotelowe, a potem jeszcze trzy dwunastopiętrowe bloki obok Kanału Żerańskiego. Na każdym wydziale czy zakładzie był punkt lekarski, a za bramą fabryki przychodnia lekarska i własny – mały, co prawda – szpitalik. Pamiętam również, że działając społecznie w ówczesnych związkach zawodowych, miałem udział w przydzielaniu mieszkań. Trzeba było pojechać do każdego, kto czekał na przydział, i zobaczyć, jak on mieszka. Do dziś mi z pamięci nie wychodzi, jak pojechałem do jednego z pracowników.

Mieszkał w takiej jakby suterenie, było chyba po deszczu i w tej klitce żeśmy chodzili po kostki w wodzie. Kiedy byłem dyrektorem naczelnym, fabryka zatrudniała trzynaście tysięcy ludzi i miała czternaście filii, w tym dwie w Warszawie: na Rydygiera i na Annopolu, gdzie poprzedni minister przemysłu maszynowego postanowił zbudować fabrykę oświetlenia. Postawił kilka hal i biurowiec, ale w momencie, kiedy go odwołano, to od razu dyrektor Zjednoczenia, któremu te oświetlenia podlegały, powiedział, że mu to niepotrzebne. Do mnie doszła wiadomość, że on to sprzedaje, dogadaliśmy się i ja to kupiłem. Fabryka zbudowała kilka ośrodków wypoczynkowych, od Mazur, przez morze, po góry. W pewnym momencie osiągnęliśmy taki sukces, że sto procent dzieci naszych pracowników miało zabezpieczone kolonie.

Ale ten PRL zbankrutował, bo państwa nie da się prowadzić w ten sposób jak wtedy. Przedszkola darmo, szkoła darmo, lekarz darmo. Wszystko darmo, a skąd pieniądze, to już gorzej. Do tej zmiany musiało dojść, bo inaczej byśmy żyli biednie. Według mnie transformacja była bardzo potrzebna i dobrze, że się tak zdarzyło. Uważam, że Polska dała wspaniały przykład, jak można bezkrwawo przeprowadzić transformację, i tego powinni się uczyć i naśladować w innych krajach. Ale po transformacji usłyszałem gadanie, że niewidzialna ręka wolnego rynku wszystko załatwi. I tak żeśmy na tym jechali ze dwadzieścia lat. Teraz wszyscy, którzy tak mówili, wycofują się z tego, bo niestety to nie jest prawda. Jeśli państwo nie patrzy, żeby coś się nie zawaliło albo żeby pomóc, albo żeby uruchomić nowe inwestycje, to niestety, samo się to nie stanie.

Jak przyszedł pan Balcerowicz, spotkałem dyrektora FSO. Mówi, że tragedia, że są zadłużeni. Ja mówię: jak to, przecież jak ja odchodziłem, to zostawiłem dosyć dużą rezerwę finansową. Tak, ale jak przyszedł Balcerowicz i rąbnął podatki, to jesteśmy w jednym wielkim długu i tylko szukamy, żeby nas ktoś kupił. W związku z tym przyszli Koreańczycy, przy czym potem oni zbankrutowali. Przyszedł następny, Ukrainiec, który wywiózł do siebie wszystko, wszystkie maszyny z tłoczni, ze spawalni, a to, co mu nie pasowało, sprzedał i rozebrał hale, żeby nie płacić podatku od nieruchomości. Po drodze przedstawiciele polscy szukali jakiegoś nowego inwestora.

Przywrócić dumę Ursusa

Znalazła się firma Magna z Kanady, która produkowała samochody różnych marek. Wszystko zostało dogadane na dziewięćdziesiąt parę procent i został jeden temat: że jak taki inwestor wchodzi, to państwo robi dla niego jakiś gest, w podatkach czy w innych sprawach. Do ministra finansów udała się delegacja. Pytają: „Czy nie mógłby nam pan obniżyć na ileś lat podatku”. A on pyta „Dlaczego?”. Oni na to, że uruchomiają fabrykę i zatrudniają jakieś trzy tysiące pracowników. A minister na to: „A co nas to obchodzi, my mamy tu w Warszawie 2,4 procent bezrobocia”. Rozmowa skończyła się na niczym i Magna się zwinęła. A za jakieś niecałe trzy miesiące podpisała kontrakt w Kaliningradzie. Inny przykład jest taki, że w Polsce produkcja samochodów przez ostatnie pięć lat spadła o jakieś czterysta tysięcy, z prawie miliona do sześćset tysięcy. Natomiast Węgry nie miały żadnych samochodów osobowych, autobusy Ikarus i nic więcej. Dzisiaj posiadają cztery fabryki samochodów, w tym jedyna fabryka Mercedesa poza Niemcami i w Europie największa fabryka silników Opla. Pytam się, jak reagowały polskie władze, jak mówiły, że niewidzialna ręka wolnego rynku wszystko załatwi. To jest chore pojęcie.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać